Odważna deklaracja premiera Donalda Tuska sprzed kilku tygodni, że w 2011 r. przyjmiemy europejską walutę, staje się z dnia na dzień coraz mniej realna. Zamieszanie na rynkach finansowych i związana z tym niepewność może opóźnić przyjęcie euro. Dużo ciemniejsze chmury nad projektem zbierają się w kraju. Wprawdzie resort finansów poinformował wczoraj, że prace nad harmonogramem przyjęcia euro są bardzo zaawansowane, to sprzeciw prezydenta i przynajmniej części opozycji (kluczowy z punktu widzenia zmian w konstytucji) może zniweczyć te plany.
Widać również rosnący sceptycyzm Narodowego Banku Polskiego do przyjęcia euro. Wprawdzie prezes Sławomir Skrzypek deklaruje, że bank centralny zachowa w tej sprawie stanowisko neutralne, jednak ostatnie zamieszanie wokół działającego w NBP Biura ds. Integracji ze Strefą Euro, zakończonego dymisją jego szefa dr. Cezarego Wójcika (pozostał w NBP, ale już nie jako szef BISE), może napawać pesymizmem. Biuro opracowuje raport o korzyściach i kosztach wprowadzenia euro i według skąpych wypowiedzi Wójcika władze NBP ingerowały w jego treść, by nie okazał się zbyt optymistyczny.
Dyskusja o euro nabiera z dnia na dzień barw politycznych. Politycy uwielbiają straszyć katastrofą gospodarczą, związaną, ich zdaniem, z przyjęciem wspólnej waluty. Może zerknęliby nie tylko na raport NBP, ale też na kolegów z innych krajów. Mocno doświadczona przez kryzys Islandia zastanawia się nad wyborem europejskiej ścieżki, a premier Danii przyznaje, że rezygnacja z euro mogła być błędem. Nie trzeba ich naśladować, ale posłuchać warto.
Adam Sofuł