Cyfrową zmianę można polubić

opublikowano: 16-01-2018, 22:00

Narzędzia IT zwiększają wydajność, usprawniają działalność firm i napędzają innowacje. Trzeba jednak umiejętnie z nich korzystać

Dyskusje o cyfryzacji miejsc pracy nieuchronnie rodzą skojarzenia z fantastyką naukową. Natychmiast przypominamy sobie scenariusz „Terminatora”, serialu „Czarne lustro” i inne ponure wizje przyszłości. Nie trzeba jednak sięgać do science fiction, by nabawić się technologicznej fobii. Wielu pracowników przeraża konieczność opanowania firmowego oprogramowania — oczami wyobraźni widzą, jak z rynku wypierają ich młokosy po studiach, które na niczym się nie znają, ale z małpią zręcznością obsługują systemy CRM na swoich smartfonach.

Technologie zastępują pracowników, ale może to oznaczać przesunięcie ludzi na stanowiska wymagające kreatywności, empatii i umiejętności komunikacyjnych — mówi Krzysztof Jonak, dyrektor firmy Intel w Europie Środkowo- -Wschodniej.
Zobacz więcej

ZAMIAST:

Technologie zastępują pracowników, ale może to oznaczać przesunięcie ludzi na stanowiska wymagające kreatywności, empatii i umiejętności komunikacyjnych — mówi Krzysztof Jonak, dyrektor firmy Intel w Europie Środkowo- -Wschodniej. [FOT. ARC]

Sen z powiek niejednego specjalisty spędza postępująca automatyzacja zadań administracyjnych i roboty przy liniach produkcyjnych. Zastanawiają się, czy zdążą przejść na emeryturę, zanim maszyny na masową skalę zaczną odbierać zatrudnienie ludziom. Technologie mogą być przekleństwem — przyznaje Mary McDowell, dyrektor generalna Polycomu, która podaje przykład mediów społecznościowych i gadżetów mobilnych: stworzono je z myślą o łączeniu ludzi, a służą do wzmacniania uprzedzeń i podziałów.

To w życiu społecznym. Co się zaś tyczy biznesu — ludzie często nadużywają tych narzędzi, przez co zanikają bezpośrednie relacje i tradycyjne formy kontaktów. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, kiedy siedzący przy sąsiednich biurkach, zamiast zwyczajnie rozmawiać, wysyłają do siebie e-maile. Menedżerka nie może się doczekać, kiedy przełamiemy izolację, którą wzmagają wszechobecne ekrany, komunikatory i internetowe awatary.

I złudzenie anonimowości, gdy wchodzimy w przestrzeń cyfrową. — Trudniej zachować się niewłaściwie, gdy stoimy z kimś twarzą w twarz. W komentarzach on-line pozwalamy sobie na więcej — więcej przykrości, gniewu i agresji. Powinniśmy dążyć do tego, by między naszą osobowością cyfrową i tą z realu nie było żadnej różnicy — to najważniejsze w łączeniu ludzi — uważa Mary McDowell. Bezkrytyczni entuzjaści albo zajadli wrogowie — a pośrodku maleńka grupa osób, które widzą w technologiach zarówno zagrożenia, jak i szanse.

Na tym — według Krzysztofa Jonaka, dyrektora Intela w regionie Europy Środkowo-Wschodniej — polega główny problem społeczeństwa z nowymi technologiami. Dlatego w jego spółce pokazuje się dwie strony postępu cyfrowego: dobrą i złą. Przykładem jest big data, czyli uzyskiwanie z dużych zbiorów danych cennych informacji zarządczych, np. o rynkowej konkurencji, klientach i pracownikach. Podpowiedzi dawane przez potężne algorytmy komputerowe są ważne, ale to do człowieka należy ostatnie słowo.

— Aby z big data czerpać jak najwięcej korzyści, konieczna jest dobra strategia. Wspieramy pracowników w rozwoju umiejętności analitycznych. Wierzymy, że najlepsze efekty daje połączenie sztucznej inteligencji z ludzką — mówi Krzysztof Jonak.

Wyścig z maszynami

Jeśli big data jest domeną korporacji, to w małych i średnich firmach upowszechnia się prostszy rodzaj analiz — business intelligence. Niezależnie jednak od technologicznego zaawansowania, oba systemy coraz częściej cechuje łatwość obsługi.

— Jeszcze niedawno analizy były zarezerwowane dla informatyków, matematykówi statystyków. Dziś dostęp do nich mają także osoby spoza tych dziedzin — wskazuje dyrektor Krzysztof Jonak. Raz technologie ułatwiają życie, innym razem zmuszają nas do przekraczania swojej strefy komfortu. Może to oznaczać zdobywanie kompetencji cyfrowych, pójście na kurs programowania. Brzmi strasznie? Refleksje regionalnego szefa Intela niosą optymizm: im bardziej jesteśmy otwarci na nowe umiejętności i wiedzę, tym mniej grozi nam technologiczne bezrobocie — czyli wynikające z robotyzacji i automatyzacji.

— Unikatowe kwalifikacje, gotowość zmiany zawodu, branży, emocje, które na razie są obce maszynom — to wszystko może przedłużyć naszą aktywność zawodową. Z robotami jest podobnie jak z analityką — pracują najefektywniej, gdy obok jest człowiek — tłumaczy Krzysztof Jonak.

Według sieci edukacyjnej Pearson technologie nie odbiorą nam pracy, ale zmienią gospodarkę i biznes. 70 proc. osób będzie musiało zmienić sposób wykonywania swojej profesji, a 20 proc. straci posadę na rzecz robotów. Szybko jednak znajdą nową. Choć jest warunek — muszą być gotowi na ciągłą naukę.

— Lekarze, programiści, prawnicy muszą ciągle się uczyć. Na razie jednak dotyczy to tylko niektórych zawodów. Ale niedługo trwająca całe życie edukacjastanie się normą. Kto to zlekceważy, sam wykluczy się z rynku — uświadamia Marek Jakimowicz, wiceprezes Pearsona na Europę Środkową i Wschodnią.

Czeka nas praca do osiemdziesiątki — przewidują w książce „100-letnie życie” wykładowcy w London Business School, Lynda Gratton (praktyka zarządzania) i Andrew Scott (ekonomia). Przerażające? Praca przyszłości nie będzie przypominać tej, którą znamy — stanie się łatwiejsza, przyjemniejsza i bezpieczniejsza. Jeśli scenariusz brytyjskich autorów się ziści, będzie to kolejny dowód na to, że technologie mogą być darem, a nie przekleństwem.

A może w chmurze?

Narzekania na technologie czasem biorą się stąd, że za wiele menedżerowie od nich oczekują. Piotr Rojek, prezes DSR, opowiada o firmach, które wdrożyły systemy ERP, a później spoczęły na laurach. Inwestycjom tym nie towarzyszą szkolenia pracowników z obsługi. Nie modernizują rozwiązań ani nie chcą wymienić ich na nowsze modele. Potem menedżerowie się dziwią, że efektywność ich przedsiębiorstw spada na łeb na szyję.

— Firmy rozwijają się nieustannie, mają większe potrzeby, więc oprogramowanie, które wystarczało pięć lat temu, teraz okazuje się niewydolne. Jego odświeżenie lub zakup nowego to ogromne koszty, na które kierownictwu trudno się zdecydować — opisuje Piotr Rojek.

Od czego są jednak proste w integracji zewnętrze rozwiązania w chmurze obliczeniowej? — Programy ERP w modelu SaaS, czyli dostępne przez internet, kuszą ceną, stosunkowo krótkim wdrożeniem, dostępnością z każdego miejsca, w którym jest internet. Łatwo je zintegrować z innymi narzędziami. To doskonała usługa także dla mniejszych podmiotów bez dużych zasobów finansowych i specjalistów IT — zachwala Piotr Rojek. Starożytni mieli rację: złe używanie nie jest argumentem przeciwko używaniu. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Cyfrową zmianę można polubić