Czajnik na harleyu

Karol Jedliński
opublikowano: 22-11-2007, 08:30

Mikser made in China oznacza pieniądze. Kąpiele w  winie w spa wśród jezior dają zyski i frajdę.

Podwarszawski Milanówek słynął z krówek i jedwabiu. Teraz krówki robią wszyscy, a Zakłady Jedwabiu Naturalnego dogorywają. Zabija je import z Dalekiego Wschodu. W sąsiedztwie piętrzą się hale magazynowe, w których zalega chińszczyzna. Nie zwiewna, lecz z metalu i plastiku. Drobny sprzęt AGD, klimatyzatory, suszarki, roboty kuchenne. Dają zarobić.


Ssanie na firmowe
Do Milanówka importuje AGD z Chin Piotr Płochocki, właściciel MPM Product.

— Produkujemy trochę w Polsce, jakieś 10 proc. Ale kiedy czajnik z zakładu w Szczytnie kosztuje mnie na wejściu 30 zł, a w Chinach mogę mieć za 15 zł sprzęt tej samej klasy, to chyba jasne, że wybiorę tańszy — zastrzega biznesmen.

MPM Product stawia na budowanie marki, jest w trakcie ogólnopolskiej kampanii reklamowej z hasłem „W praktyce najlepszy”. Koszt: ponad 1,5 mln zł.

— Tysiące firm importuje coś z Chin. Ceną nie wygramy. Walczymy wzornictwem, marką, obsługą serwisową — zapewnia Piotr Płochocki.

W Chinach ma zespół pracowników dbających o jakość. Nierzadko te same fabryki robią sprzęt dla MPM i czołowych europejskich firm z branży.

Tefal ze swoją marką może śmiało narzucić wyższą marżę. Sprzeda się. Firma z Milanówka jeszcze niekoniecznie, ale nie narzeka. Nieprzerwanie od 18 lat jej przychody szybko rosną.

— Sprzedajemy już za granicą. Być może przejmiemy którąś z marek lokalnych w kraju nowej Unii, by szybciej zdobyć tamte rynki — rozważa szef MPM.

W początkach działalności MPM (nazwa powstała od pierwszych liter imion żony, syna i szefa przedsięwzięcia) rynkiem były warszawskie sklepy. Zaczęło się dość banalnie. Wycieczka po towar do Niemiec, w sumie jakikolwiek, sklepy miały ssanie na wszystko z Zachodu. Padło na sprzęt AGD.


Wrzenie cepa
Pierwszy transport zmieścił się na stole pingpongowym. Rozszedł się w kilka dni. Piotr Płochocki jest jednym z nielicznych, którzy w branży mikserów i sokowirówek zagościli na dłużej. Wytrzymał napór wielkich marek z Europy. Co w latach 80. zarobił jako współwłaściciel zakładu fotograficznego o powierzchni windy w bloku, zainwestował w salony. Przerzucił się na porcelanę, sztućce i garnki z wyższej półki.

— Trochę wyprzedziłem trendy, otwierając pierwsze w Polsce salony ze sprzętem AGD — zaznacza właściciel MPM Product.

Skoro wprowadzał zagraniczną konkurencję, potem łatwiej było mu ją przetrzymać. Na początku nie było trudno, wystarczył jeden produkt — czajnik elektryczny z komponentem strix, importowanym z Anglii. Strix do dziś pozostaje sercem każdego czajnika, czuwając nad dopływem prądu do urządzenia. Plastikowa obudowa to już proste jak konstrukcja cepa. I takich cepów z Milanówka, doprowadzających wodę do stanu wrzenia, sprzedawało się ćwierć miliona rocznie.

— Z czasem rynek stawał się bardziej wymagający i szukał całościowej oferty. Co rusz dodawaliśmy więc nowy produkt — przyznaje Piotr Płochocki.

Do dziś zebrało się ich dwieście. Zostały czajniki i miksery, pojawił się hit, robot wieloczynnościowy. Ku uciesze prezesa, swojska Kasia robi karierę.

— W robotach jesteśmy liderem w Polsce, mamy około 25 proc. rynku i stale się umacniamy — mówi Piotr Płochocki.


Whisky i wino
Najdroższe w ofercie są klimatyzatory, potrafią kosztować nawet kilka tysięcy. Marka MPM walczy o pozycjonowanie gdzieś w okolicach giełdowego Zelmera. Ten produktów w ofercie ma mniej, za to markę lepszą. Na dodatek ruszył z jeszcze większą kampanią.

— Wejścia na giełdę nie wykluczam, bo jest to jeden z dobrych sposobów rozwoju — przyznaje Piotr Płochocki.

MPM ma też chińską markę Smile, która jest tak tania, że np. zepsutego miksera się nie naprawia. Bardziej, w ramach gwarancji, opłaca się go wymienić na nowy. Piotr Płochocki pracuje jednak na to, by nie postrzegać go jako nudziarza od mikserów z Dalekiego Wschodu. W gabinecie stoi nagroda dla harleyowca roku, jeszcze z lat 90. Za co?

— Trzeba wypić odpowiednią ilość whisky — śmieje się biznesmen.

No i mieć motor.

— Na pierwszych targach Domexpo w Poznaniu miałem tylko jeden czajnik. Mało efektownie? Wjeżdżałem więc harleyem, a czajnik na siodło, na wabik — wspomina.

Do motorów i samochodów szybko się przywiązuje. W garażu ma m.in. triumpha spitfire’a z lat 60., londyńską taksówkę i leciwe land rovery, które swego czasu odrestaurował. Skoro samochody wypucowane, można zabrać się do nowego biznesu. Hotelarskiego, z wyższej półki.

— Rozbudowuję osadę Głęboczek na pojezierzu brodnickim. Spa oparte na winie. Będą winne kąpiele oraz kosmetyki z RPA — mówi Piotr Płochocki.

Ekskluzywnie, ledwie kilkadziesiąt miejsc. Dla szukających wyciszenia, regeneracji, niekoniecznie do szpanowania nową terenówką. Autorski projekt, dopieszczone cacko.

— Zwiedzałem podobne nowatorskie obiekty we Włoszech i w Austrii. Wyjątkowe miejsce trzeba budować wokół oryginalnego pomysłu — zaznacza prezes MPM Product.


Tunezja na Kujawach
Kiedy dekadę temu zaczynał budować hotel spa Villa Park w Ciechocinku, ówczesny dyrektor finansowy firmy pukał się w głowę. Teraz spa budują wszyscy. Chociaż Villa Park nie od razu zaczęła zarabiać.

— Byłem nowicjuszem, początkowa pustka w pokojach powodowała, że myślałem o sprzedaży hotelu. Przetrwałem trudny okres i w końcu zaskoczyło — przyznaje Piotr Płochocki.

Kupił kolejne cztery hektary w centrum. W przyszłym roku ruszy budowa hotelu na 250 pokoi, z aquaparkiem, w standardzie dwóch gwiazdek. Trzeba będzie wyłożyć jakieś 70 mln zł. Obiekt w sam raz dla Niemców z chudszym portfelem i dla Polaków szukających czegoś ponad kwatery z lat 60. Na tym zapał prezesa budowniczego się nie kończy. MPM jest właścicielem dwóch hektarów nad morzem, między Mielnem a Kołobrzegiem.

— AGD wciąż pozostaje silniejszą gałęzią biznesu, stabilniejszą, ale monotonną. Nic się tu nie wyczaruje. Hotelarstwo — tu są emocje. Nie tylko pragmatycznie, lecz także romantycznie — uważa prezes MPM Product.

Obie nogi biznesu dają pracę trzem setkom ludzi. Piotr Płochocki ma o nich ma wyrobione zdanie:

— Kadra to klucz do sukcesu, szczególnie w hotelarstwie.

Koszt weekendu w Villa Park w Ciechocinku jest nieraz porównywalny z ceną tygodniowego urlopu w Tunezji. A jednak goście przyjeżdżają na Kujawy. Zamiast krówek wolą kawior.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane