Czas to pieniądz

  • Alina Treptow
27-04-2012, 00:00

Polscy biznesmeni nie oszczędzają na zegarkach – to wabik nie tylko na piękne kobiety, ale i na partnerów w interesach.

Kiedy patrzę na swoje zegarki, widzę historię mego życia i firmy — mówi Wojciech Kruk, założyciel i udziałowiec marki jubilerskiej W. Kruk.

Choć na przegubie znanego biznesmena można zobaczyć Zenitha (ofiarowanego przez żonę), Roleksa lub Patka Philippe’a, to z największym sentymentem wspomina niemieckiego Glashutte, ofiarowanego przez ojca z okazji zdanej matury. Miał kosztować starszego Kruka niemal połowę pensji.

— To było coś. Nadal trzymam go na pamiątkę — wspomina Wojciech Kruk.

Pierwsze wrażenie

Noszenie prawie 50-letniego, nawet sfatygowanego czasomierza mogłoby ujść znanemu biznesmenowi płazem, bo wpisuje się w zegarkowy savoir vivre. W tym kodeksie obowiązuje jedna zasada — na pewnym poziomie mężczyźnie po prostu nie wypada mieć kiepskiego taniego zegarka.

A na stary, podniszczony można mieć tylko jedną wymówkę — jest po ojcu, dziadku lub ciotecznym stryjku, który dostał go od przodka — nieślubnego syna Bonapartego — słowem: czasomierz z historią. Są oczywiście biznesmeni, którzy mogą sobie pozwolić na znacznie więcej. Na przykład taki Warren Buffett — lata tanimi liniami, chodzi w niedrogich chińskich garniturach marki Dayang…

Nawet zegarek z Tesco nie przyniósłby mu ujmy i tym bardziej nie byłby przeszkodą w prowadzeniu interesów.

Polscy przedsiębiorcy i menedżerowie muszą być jednak ostrożniejsi. Bo pierwsze wrażenie jest ważne nie tylko podczas spotkania z piękną kobietą, na którym on przekonuje ją, że życie z nim — przynajmniej dzisiejszego wieczoru — będzie usłane różami.

Złe buty czy kiepski zegarek mogą oznaczać nie tylko nieudaną randkę i brak perspektyw na kolejne, ale też słaby początek wspólnego biznesu. Znajomy po spotkaniu biznesowym przez dwie godziny opowiadał nie o świetlanej przyszłości projektowanego przedsięwzięcia, ale o tragicznych butach rozmówcy. Podobnie jest z zegarkami.

Nie warto oszczędzać

— Dobry zegarek na przegubie po prostu muszę mieć. Dodam, że drogi, bo nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że jestem „cheap” (tani) — mówi Józef Wojciechowski, założyciel i właściciel J.W. Construction.

Do ulubionych zalicza złotego sportowego Roleksa, bo nadaje się nie tylko na spotkania biznesowe, ale i zanurkować z nim można. Wiadomo. Sam przyznaje, że do zegarków podchodzi pragmatycznie — ma ich kilka, wartych od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych każdy. Nie oszczędza też na nich Wojciech Kruk.

Tylko zegarków pamiątek ma piętnaście. Wszystkich — kilkadziesiąt. — Mam trochę lat na karku, więc się uzbierało. W końcu mężczyźni to duże dzieci i lubią takie gadżety — tu jedno pokrętło, tam drugie, kilka mniejszych tarcz. Po prostu jest się czym bawić — przyznaje.

Przedsiębiorcy mówią też o prestiżu, bo z odpowiednim zegarkiem jego poziom szybko rośnie. Nie wszyscy jednak są w stanie zapłacić za to tyle co Józef Wojciechowski. Poza tym, zdaniem Waldemara Mellera, właściciela firmy odCzasu doCzasu (salon zegarków i biżuterii), nadal zegarków nie doceniamy.

— W przeciwieństwie do Azjatów, którzy kupują je na potęgę. To rynki wschodnie są motorem wzrostu dla producentów — informuje Waldemar Meller. Polski rynek drogich zegarków, podobnie jak cały rynek dóbr luksusowych, jest na początku drogi. Według szwajcarskich analityków, w 2011 r. sprzedano u nas ekskluzywne szwajcarskie zegarki warte ponad 100 mln zł.

Przedstawiciele firmy Hermitage Boutique szacują, że w kolejnych latach polski rynek będzie się rozwijał o 10-15 proc. rocznie. Takie cyfry nie przekonują liderów dóbr luksusowych.

— Długo poczekamy na Louisa Vouittona czy Patka Philippe’a. Rynki azjatyckie są dla nich ciekawszą alternatywą — uważa Wiktor Ruzik, menedżer salonu Hermitage Boutique.

Rady nie od parady

Co z inwestowaniem w zegarki? Kiedyś nie do pomyślenia były inwestycje w sztukę, może podobnie będzie z czasomierzami.

— To dobra, długoterminowa inwestycja. W Polsce nie ma jednak na nie zbyt wielu chętnych, a dotychczas nie wykształcił się rynek wtórny — tłumaczy Waldemar Meller.

Perełek z powodzeniem można szukać za granicą. Najlepiej inwestować w marki znane, ale jeszcze niepopularne, np. Hublot czy Ulysse Nardin. Tego typu inwestycje są jednak przeznaczone dla ludzi o mocnych nerwach, bo wiążą się z dużym ryzykiem. W czym tkwi haczyk?

— To marki, które odnoszą pierwsze sukcesy dzięki geniuszowi jednego człowieka. Co się stanie, gdy go zabraknie? — pyta Waldemar Meller.

Czasomierze Ulysse Nardin można kupić już za kilka tysięcy złotych, ale są też takie, których ceny przekraczają milion. No cóż, jak mówi słynne przysłowie: czas to pieniądz. Dosłownie. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ALINA TREPTOW

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Czas to pieniądz