Czasem warto strzelić z biodra

Karol Jedliński
opublikowano: 31-03-2006, 00:00

Janusz Grabowski — emigrant, kelner, marynarz, wielki boss od wódki — czyli historia wędrówki z polskiego promu do zarządu Absoluta.

Pokolenia Polaków pracowały na to, żeby panu ułatwić karierę...

Janusz Grabowski: No tak, pijany jak Polak — mówią we Francji. W Szwecji ludzie są jednak bardziej tolerancyjni i nie patrzą na człowieka tylko z perspektywy denka od butelki. Choć niektórzy znajomi podśmiewają się, na czym miałby Polak robić zagraniczną karierę, jak nie na wódce...

Nie powie pan, że paszport z orzełkiem nie pomógł?

J.G.: Pewnie, że pomógł! Polacy lubią wódkę, a Szwedzi potrafią ją sprzedawać. Tym bardziej że po wejściu Polski do Unii zniknęły wysokie cła. Absolut stał się bardziej dostępny. W zeszłym roku sprzedaliśmy tu 1,7 miliona litrów naszej wódki i na razie ten rynek jest numerem 7 dla Absoluta w skali świata. Ale ma potencjał na pierwszą trójkę. Ja idealnie wchodzę w ten schemat — kiedy trzeba, zakładam szwedzką czapkę, innym razem — zamieniam ją na polski moherowy beret.

Jak pan trafił do V&S Absolut Spirits? Z ulicy?

J.G.: Przez 20 lat krążyłem po Sztokholmie. Zbierałem doświadczenie, uczyłem się języka, kultury. I reguł, jakie tu obowiązują w biznesie. Dopasowywałem się do mentalności.

Podobno skandynawska mentalność wyklucza korupcję?

J.G.: I tam daje się „w łapę”, ale to raczej margines. Po północnej stronie Bałtyku nie było deprawującego PRL-u.

Krainy, z której pan uciekł. A może pana wyprosili?

J.G.: W pamiętnym dniu bez „Teleranka” byłem z kolegą na nartach w Austrii. Znajomy, który zostawił w kraju rodzinę, wrócił. Ja, gdy dowiedziałem się o stanie wojennym, a skipass się skończył, wybrałem inną opcję — sprzedałem deski i pojechałem do Szwecji.

Przypomina to żart o tym, dlaczego Polak sprzedał narty wodne. Bo nie znalazł pochyłego jeziora.

J.G.: Cała sytuacja może trąci absurdem, ale nam naprawdę nie było do śmiechu, choć po latach wszystko skończyło się happy endem. Kolega, który wrócił do Warszawy z nartami, też spadł na cztery łapy — w latach 90. był całkiem znanym ministrem. Mnie z kolei Sztokholm dobrze się kojarzył, bo to właśnie tam, podczas studenckiej praktyki, zarobiłem na narciarski wypad w przededniu stanu wojennego.

Zarobił pan, przemycając złoto czy... wódkę?

J.G.: Myciem okien, kelnerowaniem na statkach.

Od majtka do prezesa — kariera w iście amerykańskim stylu!

J.G.: Ale trwało to kilkanaście lat i miało dwa filary — statki i mosty.

Pod mostem pan...

J.G.: ...bynajmniej nie spałem. Ja miałem je budować, bo w Polsce studiowałem inżynierię mostową. To mnie tak na prawdę pchnęło do Skandynawii. No i to, że pozwolili Polakom się tam swobodnie osiedlać. Ale na miejscu było już mniej różowo — okazało się, że Szwedzi wszystkie mosty już pobudowali. Najpierw więc próbowałem swoich sił w gastronomii, prowadziłem własną restaurację w Sztokholmie. Ale to nie było to. Więc znowu trafiłem na morze — tym razem przesiadłem się na promy.

Został pan armatorem?!

J.G.: Ha, ha! Dobre sobie, mnie to wtedy może było stać na kotwicę. Zaczynałem od najniższych stanowisk. Znowu od kelnera. Skończyłem jako szef obsługi pasażerskiej na całą firmę.

Historia się zazębia — promy przecież mają dużo wspólnego z mocnym alkoholem.

J.G.: Na promach dużo się pije, ale dla mnie te luksusowe łajby były świetną szkołą. Bynajmniej nie picia, ale sposobu podejścia do konsumentów, zrozumienia ich potrzeb. 

 

Psychologia sprzedaży w praktyce?

J.G.: O to przecież chodzi — jeśli umiesz coś sprzedać, to jesteś w sam raz do każdej branży. A okazji do nauki było dużo, bo na promach jest pełno międzynarodowego towarzystwa.

Nauka nauką, ale przecież nie brakuje utalentowanych Szwedów...

J.G.: Jasne, poprawność polityczna i hasła równouprawnienia to jedno, a codzienność w Sztokholmie to już trochę inna bajka. Przede wszystkim nie ma co się nastawiać na to, że w pojedynkę doprowadzi się do rewolucji i wprowadzi się własne standardy pracy, zachowań...

Uszy po sobie?

J.G.: W Szwecji sprawdza się stara protestancka reguła — pracowitość jest doceniana. Tyle tylko że żeby zostać zauważonym, trzeba być lepszym niż inni. Jeśli będziesz równie dobry jak Szwed, to awansują właśnie jego.

Pan był zawsze lepszy?

J.G.: Byłem odważniejszy, bo nie miałem nic do stracenia. Kiedy trafiłem do Szwecji, startowałem od zera, musiałem gonić innych. Nie miałem czasu na zastanawianie się, kalkulacje, rozważania. Strzelałem z biodra, działałem ofensywnie. No i udało mi się przezwyciężyć to absurdalne, niezachwiane przekonanie, że „Polak potrafi”.

Ale chyba potrafi...

Przecież to wymysł komunistycznej propagandy!

Wiara we własne siły to chyba nic złego?

J.G.: Oczywiście, ale co rusz spotykam się z postawą Polaków typu: „na razie mi się nie chce, ale gdyby mi się chciało, tobym tych Skandynawów rozłożył na łopatki”. Zwykle kończy się na gadaniu...

To czym się możemy wykazać?

J.G.: Umiemy dość bezboleśnie nauczyć się patrzeć na pracę i karierę z punktu widzenia mieszkańców danego kraju. Łatwo się adaptujemy. Swoją drogą, czy wyobraża sobie pan, żeby w Polsce, w wielkim państwowym koncernie alkoholowym, a takim jest V&S Absolut Spirits, zarząd nie był choć w części wybierany z politycznego klucza? Żeby znalazł się w nim emigrant?

Czyli musimy się wszystkiego uczyć?

J.G.: Mamy wiele mocnych stron. Potrafimy zrozumieć inne kultury, bo wielokulturowość to dla Polaka przygoda, a nie męka. W dużej mierze dzięki temu jestem odpowiedzialny nie tylko za rynki Europy Środkowej i Wschodniej, ale także za Bliski Wschód, Afrykę i Indie. W Dubaju czy w Egipcie picie wódki to raczej kwestia mody. Tymczasem w Polsce, Rosji czy na Ukrainie to element kultury, tradycji. Tu nie ma brandy czy win, a wódkę pije się czystą, co np. dla Hiszpana jest niemałym szokiem. Ale to zdziwienie Polacy rozumieją. Produkt jest ten sam, ale trzeba go sprzedać trochę inaczej. No i to polska brawura....

W piciu?

J.G.: Bynajmniej. W podejmowaniu najtrudniejszych wyzwań. Dziś młodzi Polacy podbijają londyńskie City. Ja rocznie odwiedzam dziesiątki krajów, cztery miesiące spędzam, podróżując. Kiedy tylko pojawi się jakieś znudzenie, stagnacja, zapewne zmienię pracę. Trzeba się ciągle rozwijać. Jeszcze wszystkiego nie pokazałem!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu