Czasem rynek zachowuje się dokładnie tak, jak można było założyć, że się zachowa. Czasem, bo często pojawiają się nowe wydarzenia, które burzą wszelkie konstrukcje myślowe. Głównym powodem wzrostu indeksów amerykańskich w poniedziałek było to, że inwestorzy doszli do wniosku, iż jeśli kursy, nawet po takiej katastrofie jak czwartkowy „blackout”, nie mogą spaść, to musza wzrosnąć. Poza tym zareagowali na dobre dane makro. Rynek obligacji był spokojny, a rentowność spadała (mimo dobrych danych makro) na skutek dobrych informacji z rynku nieruchomości i po rekomendacji Goldman Sachs, który w swoim raporcie zachęcał do kupna długoterminowych obligacji. To pomagało rynkowi akcji.
Informacje ze spółek też pomagały bykom. Kwartalny raport Lowe’s był lepszy od prognoz, a Wal-Mart zwiększył prognozę sprzedaży. Poza tym nadal trwał proces zajmowania pozycji na akcjach spółek, które najbardziej zyskają na ożywieniu gospodarczym. Na tym zyskiwał Nasdaq. Peleton prowadziły spółki produkujące półprzewodniki, a wśród nich liderem był AMD. Indeksy w USA musiały w takich warunkach wzrosnąć. DJIA naruszył nawet opór techniczny, a indeks szerokiego rynku S&P 500 jest o krok od wygenerowania sygnału kupna. Martwi tylko mały wolumen znacznie umniejszający osiągnięcia byków. Zarówno DJIA jak i S&P 500 są tuż przed ważnymi oporami i aż się prosi, by niedźwiedzie zaatakowały korzystając z małego wolumenu. Na takim obrocie nagłe zwroty rynku nie są niczym niezwykłym. Mimo optycznej przewagi byków, szanse na pokonanie oporów były wczoraj jak 50:50.
W lepszej sytuacji technicznej są giełdy Europy. Byki rządzą tam bardzo wyraźnie, a indeksy pokonały ważne opory techniczne. Jest jednak ten sam problem: mały wolumen. Wczoraj inwestorzy kontynuowali zakupy, ale robili to nieśmiało. Oprócz wpływu rynków amerykańskich, rynkom pomagał wzmacniający się dolar i bardzo dobry odczyt indeksu nastroju instytutu ZEW. Przeszkadzała tylko świadomość przeszkód, przed którymi stanęły indeksy w USA, więc zmiany indeksów były niewielkie. Teraz wszystko zależy od wczorajszego zachowania rynku USA, bo dzisiaj będzie bardzo mało impulsów. W Europie o 8.45 dowiemy się, jakie są wstępne dane o francuskim PKB w drugim kwartale (prognozy mówią, że nie zmieni się), ale to nie będzie żaden impuls dla rynku. U nas o 16.00 dowiemy się, jaka była dynamika produkcji przemysłowej i ceny producentów. Rynek może próbować pod to zagrać. Bardziej istotne będzie porównanie do zeszłego roku, bo z powodu sezonu urlopowego nie można oczekiwać cudów, jeśli chodzi o porównanie miesiąc do miesiąca.
Wydawało się, że po takiej sesji jak poniedziałkowa, w Polsce nikt nie uwierzy w spadek indeksów na koniec notowań, gdy w środku będzie przeważała podaż. Takie zachowanie rynku wywołuje odruch warunkowy: kurs akcji spada — trzeba kupować, bo za chwilę będzie wyżej. Dotychczas tak właśnie było, ale takie przyzwyczajenie stanie się bardzo niebezpieczne w trakcie korekty, która w końcu nadejść przecież musi. Wolałbym kupować akcje wielkich firm po przecenie, ale tak zdaje się chcą zrobić wszyscy i dlatego ciągle nie było prawdziwej korekty. Jednak niedźwiedzie ciągle próbują ją wywołać. Już początek sesji był korekcyjny i tym razem udało się utrzymać indeksy prawie całą sesję na minusie i to przy rosnących wskaźnikach na świecie. Tak jak poniedziałkowy odwrót był bardzo „byczy”, tak wczorajszy atak podaży, który nastąpił, mimo że strona podażowa dostała ostrzeżenie po przedwczorajszym odwrocie, był „niedźwiedzi”. Duże obroty z małymi zmianami indeksów na wysokim ich poziomie najczęściej sygnalizują, że trwa proces dystrybucji, więc należy zachować szczególną ostrożność. Można założyć, że część zagranicznego kapitału przechodzi na budapeszteński parkiet. Węgierski indeks BUX zachowuje się znakomicie.