Dał nura w biznes

Magdalena Laskowska
opublikowano: 2005-08-16 00:00

Jedni chcą być policjantami, ja chciałem być nurkiem — mówi. Uczył się na mechanika, studiował politologię, aż powrócił do marzeń z dzieciństwa.

Ma 31 lat, żonę i córkę. Był mechanikiem samochodowym. Osiem lat temu pojechał na wakacje do Egiptu i zrobił coś, o czym zawsze śnił.

— Pierwszy raz zanurkowałem i bardzo mi się to spodobało. Kiedy byłem dzieckiem, o takim luksusie można było jedynie pomarzyć. Nie było ani odpowiedniego sprzętu, ani pieniędzy — wspomina Marcin Woźniakowski, właściciel Warszawskiego Centrum Nurkowego Dive Club.

W 2000 r. zapisał się na szkolenie instruktorskie. Dwa tygodnie ciężko pracował, nurkował w jeziorach, po nocach uczył się i wreszcie zdał egzamin z wyróżnieniem. Był teraz nurkiem z certyfikatem. Zdecydował, że będzie zarabiał na szkoleniu ludzi.

Na własną rękę

Pierwszą spółkę założył właśnie ze swym mistrzem z tego kursu. Z własnej kieszeni zainwestowali w kilka zestawów sprzętu do nurkowania. Kupili też mikrobus, bo potrzebne było miejsce dla klientów i sprzętu — ciężkich butli i kombinezonów.

Po niedługim czasie drogi obu panów pokojowo się rozeszły. Pod koniec 2001 r. Marcin Woźniakowski zarejestrował własną działalność gospodarczą. Początkowo nie miał ani siedziby, ani sklepu, ani wystarczającej ilości sprzętu (tylko 6 kompletów). Kontakt z klientami utrzymywał przez telefon komórkowy.

— Początek był ciężki. Gdy zebrałem grupę, musiałem jeździć po każdą chętną osobę i zajęcia przeprowadzać u kolegi w domu, bo nie miałem biura. Prowadzenie zajęć praktycznych graniczyło z cudem, bo właściciele pływalni nie tolerowali nurków. Wyzywano nas od brudasów i nie chciano wpuszczać do basenu. Wstyd mi było przed moimi uczniami. Na szczęście stosunek właścicieli basenów do nurkowania zmieniał się, gdy deklarowałem chęć solidnej zapłaty za udostępnienie toru — wspomina Marcin Woźniakowski.

Obecnie Dive Club współpracuje z basenami w Warszawie, Ożarowie Mazowieckim i Józefowie. Centrum nurkowe ma siedzibę w centrum Warszawy, oprócz właściciela jeszcze jednego stałego pracownika — Krzysztofa Sobczyka — i dwóch dodatkowych instruktorów. A także dobrze wyposażony sklep i wypożyczalnię, sale wykładowe, pomieszczenia na sprzęt, podstawowy serwis, sprężarkownię.

Orientalna przyszłość

Z Dive Club można wyjechać do Łagowa, Płaskowizny, Pisza, na Hel, w okolice Łeby — to miejsca, w których na dnie morza leżą wraki, wielka atrakcja dla nurków. Regularnie na wiosnę i na jesieni są wyjazdy do Egiptu. Jednak w tym roku ze względu na lipcowe zamachy terrorystyczne odwołano sierpniową wycieczkę — chętni zrezygnowali. Na październik grupa już się skrzyknęła.

Teraz firma zaczyna rozglądać się za bardziej egzotycznymi miejscami.

— W listopadzie jedziemy z czternastoosobową grupą na 12 dni do Meksyku. Za przyjemność trzeba zapłacić 8 tys. zł, ale atrakcji starczy na kilkadziesiąt lat. Na 2006 r. szykujemy specjalny wypad na Zanzibar. Chcemy wzmocnić turystykę zagraniczną: Dominikana, Malediwy... Zobaczymy, co jeszcze wymyślimy — opowiada Marcin Woźniakowski.

Energiczny nurek już rozmyśla o wspinaczce, bungee i innych atrakcjach w Dive Club. W zeszłym roku kupił pensjonat w Leleszkach na Mazurach, teraz pracuje nad zwiększeniem w nim liczby miejsc noclegowych i buduje salę konferencyjną. Planuje, że szkolącym się tam przedsiębiorcom pokaże, jak smakuje podwodny świat.