Deficyt może być trzy razy większy

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2008-12-08 00:00

Kryzys uderza nie tylko w dochody państwa. Każe też więcej wydawać. Zapłacą oczywiście podatnicy.

Na emerytury, zdrowie i samorządy może zabraknąć 20 mld zł. Dochody też zawiodą

Kryzys uderza nie tylko w dochody państwa. Każe też więcej wydawać. Zapłacą oczywiście podatnicy.

W przyszłym roku budżetowy klincz, przed którym stanął rząd w związku z kryzysem gospodarczym, może być bardziej bolesny, niż się wydaje. W czasie sejmowej debaty opozycja zwracała uwagę jedynie na to, że państwo może zebrać z podatków znacznie mniej, niż zakłada Jacek Rostowski, minister finansów. Mirosław Gronicki, jeden z poprzedników, szacuje tę różnicę na 18 mld zł — równowartość całego deficytu. Jednak eksperci ostrzegają, że kryzys zaatakuje też drugą stronę budżetu — w górę będą musiały pójść wydatki państwa.

Nagłe wydatki

— Chodzi przede wszystkim o Fundusz Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli gospodarka zwolni, pensje Polaków i zatrudnienie będą mniejsze, niż zakłada budżet (w tej części projekt się nie zmienił od czasów, gdy nikt nie przewidywał kryzysu). To oznacza, że ZUS zbierze znacznie mniej pieniędzy ze składek, a przecież świadczenia musi wypłacać. Nawet przy delikatnym spowolnieniu gospodarczym zabraknąć może 5-6 mld zł — szacuje Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club, były wiceminister finansów.

Analogiczna sytuacja dotyczy budżetowych dotacji dla samorządów, Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego i Narodowego Funduszu Zdrowia.

— Tu również wydatki są sztywne: nie można przestać leczyć, wypłacać rolniczych emerytur czy finansować działalności szkół. A zarobki wszystkich tych instytucji będą z pewnością znacznie mniejsze, niż zakłada budżet, są bowiem uzależnione od rynku pracy i kondycji firm — mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Eksperci szacują, że niedoszacowanie wydatków na te cele może w przyszłym roku kosztować podatników nawet ponad 20 mld zł.

Budżet w rynsztoku

Skąd rząd znajdzie te pieniądze? Według Mirosława Gronickiego, będzie robił wszystko, żeby utrzymać deficyt budżetowy na obecnym poziomie, a problem przerzuci gdzie indziej.

— Kryzys odbije się na budżetach samorządów i funduszy. Żeby zaspokoić braki, będą one mogły użyć rezerw, które uskładały w ostatnich tłustych dwóch latach lub zwiększyć zadłużenie — tłumaczy były minister finansów.

W ten sposób rząd zdejmie z siebie odpowiedzialność za wykonanie budżetu centralnego (formalnie, np. przed Trybunałem Stanu, odpowiada tylko za niego, inne obszary finansów publicznych są poza kontrolą). Jednak takie działanie może opóźnić wprowadzenie w Polsce euro.

— Finanse publiczne działają jak system kanalizacyjny. W przypadku przepełnienia, nawet jeśli przyciśniemy kamieniem jedną studzienkę, za chwilę wystrzeli inna — dwie przecznice dalej. Nieważne, czy deficyt rośnie w budżecie centralnym, czy w samorządach, rośnie w całym sektorze finansów publicznych — tłumaczy Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.

Właśnie na ten deficyt będzie patrzeć Unia Europejska, kiedy zacznie sprawdzać gotowość polskiej gospodarki do przyjęcia euro.

— Przyjęcie wspólnej waluty w 2012 r. jest mało prawdopodobne. Minister Rostowski sam przyznaje — i słusznie, że ta data nie jest dogmatem. Wejdziemy, kiedy będziemy gotowi — mówi Mirosław Gronicki.

OKIEM EKSPERTA

Janusz Jankowiak

główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu

Sztywne wydatki to stary problem

Zagrożenie niespodziewanym wzrostem wydatków z budżetu państwa to skutek starej przypadłości polskich finansów publicznych, czyli tego, że około trzech czwartych wszystkich wydatków to tzw. wydatki sztywne — określone ustawami. Żeby dokonać tu cięć, rząd musiałby przejść przez całą drogę legislacyjną, ze wszystkimi tego konsekwencjami (sporami w Sejmie, napięciami społecznymi). Z tego powodu mamy bardzo niewielkie pole działania na wypadek kryzysu. Dochody (czy to do budżetu centralnego, czy do ZUS, KRUS i NFZ) silnie reagują na wahania koniunktury, a analogicznych cięć w wydatkach zrobić się nie da. I dlatego deficyt rośnie.

Deficyt budżetowy spada w Polsce systematycznie od 2004 r. Jacek Rostowski, minister finansów, zapowiada, że mimo kryzysu będzie ciął go również w przyszłym roku. Ale deficyt w budżecie to tylko twór księgowy — nie pokazuje całej dziury w kasie państwa. Budżet centralny tworzony przez ministra finansów to bowiem tylko połowa całego sektora finansów publicznych. Druga połowa to różnego rodzaju fundusze i instytucje, które realizują zadania państwa (np. służba zdrowia, ubezpieczenia społeczne, gospodarka odpadami). Kiedy w kasie państwa brakuje pieniędzy, a wydatki pozostają bez zmian — deficyt sektora finansów publicznych musi wzrosnąć. Niezależnie od tego, czy odzwierciedla to deficyt budżetowy.

Zapowiadane przez rząd utrzymanie dziury w budżecie na niezmienionym poziomie ma duże znaczenie wizerunkowe państwa. Inwestorzy i międzynarodowe instytucje finansowe bardziej ufają państwom o zrównoważonych budżetach. Ale z punktu widzenia naszego wejścia do strefy euro, nie ma to żadnego znaczenia. Komisja Europejska mierzy bowiem poziom deficytu całego naszego sektora finansów publicznych, a nie tylko jego budżetowej połowy. Przed wybuchem kryzysu rząd planował stopniowe zmniejszanie tego całościowego deficytu w stosunku do PKB. Wszystko jednak wskazuje, że w 2009 r., a może też w 2010 r., pójdzie on w górę. Unijne kryterium deficytu wynoszące nie więcej niż 3 proc. PKB, które dzisiaj jeszcze spełniamy, wkrótce może okazać się poza zasięgiem. Jeśli po zakończeniu kryzysu szybko nie wrócimy "pod kreskę", integracja walutowa mocno się opóźni.