To był najczarniejszy tydzień w mojej dotychczasowej karierze giełdowego inwestora. Idąc za radą Deutsche Banku, w poprzedni piątek kupiłem akcje TP SA. Broker ten wystawił bowiem bardzo korzystną rekomendację dla operatora, na którą — muszę to z żalem przyznać — dałem się złapać jak mucha na lep. Analitycy DB wycenili TP SA aż na 18,1 zł, podczas gdy kurs jej papierów na giełdzie oscylował wówczas wokół 14 zł.
Obserwując notowania we wtorek i środę nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przy olbrzymich obrotach (papierami „sypała” najwidoczniej zagranica) kurs TP SA spadał na łeb, na szyję. A wszystko za sprawą sprzedaży 65 mln akcji dokonanej przez trzy instytucje obdarowane nimi wcześniej przez Skarb Państwa. Co prawda, odbyło się to w transakcjach pakietowych, ale po bardzo niskiej cenie — tylko 13,1 zł za walor. I właśnie to spowodowało, że kurs na giełdzie spadł do identycznej wartości.
Jestem wściekły na Deutsche Bank. Żeby wyceniać tak wysoko wartość TP SA w obliczu grożącego rynkowi dużego nawisu darmowych akcji woła o pomstę do nieba. Czy nie należało zastosować jakiegoś dyskonta na wypadek niespodziewanej sprzedaży akcji przez BGK, BGŻ i ARP? Mam wrażenie — fakt, że nie poparte dowodami, bo ich nikt nie ma — iż optymistyczna rekomendacja DB służyć miała zagranicznym klientom banku chętnym do pozbycia się papierów operatora. Wszak podaż z ich strony ktoś musiał wchłonąć.
Śmieszą mnie komentarze całej rzeszy analityków mó- wiących teraz, że nadpodaż akcji musiała zaszkodzić wycenie TP SA na giełdzie. Ale dlaczego spece mówią o tym ryzyku dopiero po fakcie? Nie można było uprzedzić o nim wcześniej? Teraz to każdy, nawet laik, może stwierdzić, dlaczego notowania telekomu się załamały...