Nawet gdyby propozycja wprowadzenia w Polsce podatku liniowego pochodziła od diabła, prosto z piekła, to Platforma Obywatelska poparłaby go — powiedział (cytat z pamięci, może więc nie jest dosłowny, ale sens z pewnością tak) poseł PO, Jan Maria (nomen omen) Rokita.
Jednym z bardzo istotnych powodów wprowadzenia podatku liniowego na Łotwie, a przynajmniej tak twierdzi jeden z najlepszych polskich publicystów ekonomicznych (więc nie ma powodu, by mu nie wierzyć, prywatnie mój przyjaciel), były sprawy... językowe. Otóż po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości trzeba było wszystkie dokumenty przetłumaczyć z języka rosyjskiego na łotewski, również te dotyczące systemu podatkowego. A nie było to proste zadanie, bo przepisy dotyczące podatków, których i tak prawie nikt nie płacił, liczyły wiele tomów. Ileż to, przy tłumaczeniu, powstałoby błędów, literówek, różnic interpretacyjnych — strach pomyśleć. Odważnie postanowiono więc zaoszczędzić sobie tej bezproduktywnej pracy — wszak przepisy regulujące zasady ściągania podatku liniowego można pomieścić na dwóch kartkach papieru.
Jakiekolwiek by były pobudki wprowadzenia podatku liniowego w kolejnych krajach, faktem jest, że coraz więcej państw sąsiadujących z nami korzysta z jego dobrodziejstw. U nas, po nagłych zwrotach akcji w ostatnim tygodniu, wróciliśmy do punktu wyjścia: prywatnie, prawie każdy z polityków, zgodzi się z tezą, że byłoby to dla nas optymalne rozwiązanie, ale do jego wprowadzenia „nie ma sytuacji”, nie ma poparcia w tym parlamencie i w ogóle, co najwyżej można o nim porozmawiać. Jedynie politycy jednego ugrupowania, Unii Pracy, uparcie nie rozumieją, że lepsze (i większe) jest 15 proc. od dwustu, niż nawet 25 proc. od stu, że więcej jest pożytku ze stosunkowo niewielkiego kawałka smacznego tortu niż z połowy nawet zakalca. Oni zatrzymali się na etapie waciaka i walonków — i przy nich trwają, co najwyżej w wersji eleganckiej, wizytowej.
Niestety, czasami skuteczne przekonanie, że dwa dodać dwa naprawdę na końcu daje cztery, okazuje się najtrudniejsze.