Dobroczyńca i agresor

Robert Korzeniowski
opublikowano: 26-06-2009, 00:00

Kibiców przyoblekających się w rozmaite barwy i wykrzykujących różne hasła postrzega się jako malowniczy dodatek do widowiska. A przecież bez nich sport nie miałby sensu. Nie jest wyłącznie sposobem samorealizacji zawodników.

Kbice tworzą popyt na sport. To dzięki nim sprzedają się pamiątki klubowe, bilety na mecze osiągają zaw-rotne ceny i działają płatne kanały telewizyjne, dzięki którym utrzymują się kluby i gwiazdy sportu.

Kibice to klienci, którzy żądają, wymagają i — co najważniejsze — dostają, czego chcą. Zgodnie z ich oczekiwaniami modyfikuje się regulaminy rozgrywek, w siatkówce wprowadzono zasadę, że każde uderzenie piłki o ziemię to punkt, a w lekkiej atletyce, że drugi falstart dyskwalifikuje zawodnika. Bo ludzie nie chcieli siedzieć godzinami na trybunach i czekać na rozstrzygnięcie. Dyscyplinom mało zrozumiałym trudno zaś wypełnić trybuny i sprzedać prawa do telewizyjnych transmisji. Dlatego sport będzie się rozwijał w kierunku, jakiego zażądają kibice. Maraton jest przecież mało widowiskowy, ale ponieważ mamy wielu fanatyków biegania, odżył i jako konkurencja ma się świetnie. Ludzie zarówno uczestniczą w maratonach, jak też je oglądają.

Amatorzy poszczególnych dyscyplin mają swoje światy i zwyczaje, a w sportach drużynowych dzielą się jeszcze na kibiców różnych zespołów. Specyficzną grupą są też kibice narodowi. Nieważne, czy biało-czerwoni będą jeździć na motorach, przerzucać piłkę przez siatkę czy kopać ją nogami — oni zakładają biało-czerwone szaliki i czapki i jadą ich dopingować. Kibice narodowi są przy tym w miarę zasobni i na ogół zachowują się bardzo przyzwoicie. Przed mundialem w Niemczech straszono nas tym, co mogą zrobić widzowie z Polski. Żadnych burd tam jednak nie było. Widziałem za to Polaków oplecionych jednym szalikiem z Ekwadorczykami po przegranym meczu z Ekwadorem i smutne piwo, pite po meczu z Niemcami. Bez fanatyzmu. Bo tam, gdzie odbywa się wielka impreza związana z reprezentowaniem barw narodowych, kibice wyzbywają się sekciarstwa. Zresztą, nie tylko nasi. Pamiętam, jak na stadionie w Monachium podczas lekkoatletycznych mistrzostw Europy w 2002 roku siedziałem otoczony przez międzynarodowe towarzystwo. Ludzie gratulowali sobie nawzajem sukcesów, gdy widzieli, że ktoś trzymał flagę lub był pomalowany w barwy zawodnika, któremu udał się start. To tworzyło bardzo dobry klimat i — w konsekwencji — wielki spektakl.

Istnieje jednak zaburzony typ kibica. To nie fan, wielbiciel danego sportu, ale reprezentant pewnej subkultury, która najlepiej się wyraża poprzez agresję wobec innej subkultury — w zasadzie takiej samej, tylko noszącej inne barwy. Reprezentanci tych środowisk za bardzo biorą sobie do serca kwestię pokonania rywala. Jest dla nich czymś bardzo dosłownym. Wojny takich grup raz przygasają, raz wybuchają, ale w wielu miastach są dzielnice, gdzie nie można się przyznać do kibicowania określonym klubom.

Gdy mieszkałem w Krakowie, nieraz ratowało mnie, że byłem zawodnikiem Wawelu, który nie szkodził ani Wiśle, ani Cracovii. Można się z tego śmiać, ale — kiedy człowiek zagadnięty nocą na przystanku musi się zdeklarować jako kibic takiej czy innej drużyny — czasem to sprawa życia i śmierci.

Fanatyczne grupy nie oszczędzają nawet swoich idoli. Niedawno kibice Górnika Zabrze wyszli przecież na boisko, by zmusić zawodników klubu do wzmożenia wysiłku. Niewiele to pomogło, bo Górnik wypadł z ligi, ale piłkarze i tak mogą się cieszyć, że tylko na tym się skończyło. W Ameryce Południowej zdarzały się zabójstwa zawodników i trenerów po nieudanych występach…

Nawet mając znaną twarz i same sukcesy na koncie, można się obawiać o nienaruszalność fizyczną. Ludzie są różni. Pijani, agresywni, opowiadają historię swego życia, uważają, że mają prawo rozliczać zawodnika ze startu sprzed kilkunastu lat. Oni go doskonale pamiętają, bo są autystycznie zorientowani na sport. To przerażające, bo każdy zawodnik traktuje sport jako wielką przygodę, ale również pracę. I po pracy chciałby od sportu odpocząć. Problem w tym, że kibic fanatyk nigdy nie czuje się zwolniony ze swej misji, a jego miłość do idola, w połączeniu z chęcią zostania bohaterem mediów, może przeistoczyć się w coś bardzo przykrego.

Mili ludzie też są w stanie uprzykrzyć życie. Zawodnik łapie się na tym, że wszyscy mu się przyglądają w tramwaju. Przestaje więc korzystać z komunikacji miejskiej. Wybiera najbardziej ukryte miejsca w restauracjach. Unika plaż i basenów. Przekupka na straganie stara się, co prawda, wybrać ładniejszą marchewkę, a urzędnik załatwić jakąś sprawę szybciej, niż przewiduje procedura, ale nawet w takich, zdawałoby się miłych, okolicznościach dochodzi do żenujących sytuacji, gdy ludzie nie pozwalają stanąć na końcu kolejki na poczcie… To oczywiście przejaw życzliwości, ale dlaczego kibice nie pozwolą zawodnikowi pożyć i postać w kolejce jak każdy inny obywatel? l

Robert Korzeniowski: Sport będzie się rozwijał w kierunku, jakiego zażądają kibice. Maraton jest przecież mało widowiskowy, ale ponieważ mamy wielu fanatyków biegania, odżył i jako konkurencja ma się świetnie. Ludzie uczestniczą w maratonach i oglądają je.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane