Dworzec na zjazd

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-12-05 00:00

W chwili otwarcia Dworzec Centralny był symbolem nowoczesności. Dziś jest powszechnie uznawany za przeżytek. Trochę szkoda.

W chwili otwarcia Dworzec Centralny był symbolem nowoczesności. Dziś jest powszechnie uznawany za przeżytek. Trochę szkoda.

Edward Gierek, który objął stanowisko I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w grudniu 1970 r., pod pewnymi względami był rasowym politykiem — lu- bił obiecywać. Warszawa miała szczęście, bo trzech obietnic wobec stolicy dotrzymał: odbudował Zamek Królewski, zbudował Trasę Łazienkowską i nowoczesny dworzec.

Zwłaszcza tego ostatniego stolica potrzebowała. De- cyzja zapadła we wrześniu 1972 r. I sekretarz podniósł budowlańcom poprzecz- kę, dworzec miał być go- towy na VII Zjazd PZPR w grudniu 1975 r. Wyzna- czona data była niepokojąco blisko. Był jednak człowiek który mógł się tego zadania podjąć.

Człowiek-dworzec

Arseniusz Romanowicz (na zdjęciu u góry) był jednym z najlepszych polskich architektów, w dodatku wyspecjalizował się w projektowaniu dworców kolejowych. Warszawskie to praktycznie jego projekty. W połowie lat 50. zaprojektował przystanki Powiśle, Ochota i Stadion. W latach 60. współpracował przy wystroju plastycznym dworca Warszawa Śródmieście i zaprojektował dworzec Warszawa Wschodnia. Był naturalnym kandydatem do projektowania Dworca Centralnego, tym bardziej że nie było to pierwsze jego podejście do tej inwestycji — tuż po wojnie wraz z Piot-rem Szymaniakiem zdo- byli pierwszą nagrodę w konkursie na projekt Dworca Centralnego. W przerwach między projektowaniem innych dworców poprawiał ten projekt. W 1972 r. zrobił ósmy z kolei i znalazł się w siódmym niebie archi- tektów.

Ponieważ budowa dworca ze względu na powiązanie ze zjazdem partii stała się sprawą polityczną, Romanowicz dostał zielone światło na wszystkich kierunkach. Ówczesny premier Piotr Jaroszewicz zapewniał go, że pieniędzy starczy na wszystko. "Mogłem zrealizować każ- dy swój zamysł" — wspomi-nał architekt i — przyznamy — trochę jak na tamte czasy zaszalał.

Dworzec z innej epoki

Dworzec Centralny wyróżniał się z dość szarego krajobrazu — zainstalowano tam pierwsze w Polsce ruchome chodniki i pierwsze ruchome schody pochodzące spoza ZSRR. Atrakcją były sprowadzone ze Szwajcarii automatycznie rozsuwane drzwi (wówczas jeszcze reagujące na ciężar ciała na specjalnej płycie przed drzwiami, a nie, jak obecnie, na fotokomórkę), którymi bawiło się całe pokolenie warszawiaków. Sensacje budziły elektroniczne zegary z Włoch, były też automaty informacyjne, a przez pierwsze miesiące funkcjonowania dworca były tam nawet zatrudniane hostessy.

Olimpijskie tempo budowy (39 miesięcy) spowodowało jednak sporo niedoróbek. W chwili otwarcia 5 grudnia 1975 r. (oryginalna jak na czasy PRL data ukończenia inwestycji, ale za dwa dni zaczynał się zjazd PZPR) czynne były jedynie dwa tory (na innych schnął jeszcze żelbeton), brakowało części wyposażenia, później okazało się również, że przeciekał dach.

Ale najwyższe władze partyjne mogły przywitać delegatów na zjazd, w tym najważniejszego gościa — Leonida Breżniewa. Przywódca ZSRR był już wówczas w nie najlepszej kondycji, o czym świadczy jego pomyłka podczas powitania — przywódcy komunistyczni witali się siarczystym pocałunkiem, ale Breżniew się pomylił i wycałował Józefa Tejchmę, który chociaż był wicepremierem, stał zbyt nisko w hierarchii, by na takie pieszczoty zasługiwać.

Zmierzch nad dworcem

Praktycznie od chwili otwarcia dworzec zaczął podupadać. Swoją propagandową rolę spełnił, więc władze straciły do niego serce. Znikały hostessy, automaty, zaczął się okres usuwania niedoróbek wynikłych z szybkiego tempa pracy. Dworzec nieustannie był w remoncie.

W latach 90. zaroił się setkami punktów handlowych i ostatecznie stracił swój charakter. Coraz częściej mówi się o jego przebudowie, ale tę zaplanowano dopiero za cztery lata. Do tego czasu będą trwały jedynie prace remontowe. Jak zwykle.

Możesz zainteresować się również: