Polska dyplomacja ruszyła na wojnę —podczas wczorajszego spotkania ministrów spraw zagranicznych krajów Unii Europejskiej szefowa polskiej dyplomacji Anna Fotyga podjęła próbę zablokowania porozumienia UE — Rosja, sprzeciwiając się przyjęciu wspólnego unijnego mandatu na najbliższy szczyt UE — Rosja. Strona polska uzależnia swoją zgodę na udzielenie takiego mandatu od rozwiązania sprawy zakazu sprzedaży polskiego mięsa do Rosji i uwzględnienia polskiego stanowiska w sprawie europejskiego bezpieczeństwa energetycznego.
Oba zagadnienia są dla Polski niezwykle istotne i trudno mieć do minister Fotygi pretensje, że tak zdecydowanie postawiła te kwestie na porządku dziennym spotkania. Obie sprawy są ważne nie tylko ze względów gospodarczych, ale też politycznych — uwzględnienie polskiego stanowiska oznaczałoby, że Unia Europejska nie pozwala Rosji rozgrywać różnic zdań między poszczególnymi krajami członkowskimi. Można więc powiedzieć, że wojna, na jaką wyruszyła minister Fotyga, jest sprawiedliwa, sęk w tym, że znowu walczymy w osamotnieniu.
Zdecydowane prezentowanie własnego stanowiska w sprawie żywotnych interesów kraju to jeszcze nie dyplomacja, lecz publicystyka. Zadaniem dyplomacji jest to, by owe stanowisko uwzględnili nasi partnerzy na arenie międzynarodowej. Jeżeli przystępujemy do dyplomatycznej ofensywy, to trzeba ją dobrze przygotować — odbyć setki zakulisowych i półprywatnych rozmów, wysondować, na ile rządy innych krajów są w stanie poprzeć nasze postulaty i za jaką cenę, poszukać sojuszników, wreszcie nie publikować notatek z tych spotkań. Nie od biedy będzie wykorzystanie mediów, by zwrócić uwagę opinii publicznej na sprawy, jakie chcemy naszą ofensywą załatwić. Po takim przygotowaniu można zgłaszać swoje pomysły (lub nie, jeśli nie ma szans powodzenia, a nie chcemy narażać się na publiczną porażkę) na oficjalnych spotkaniach. W przypadku blokowania porozumienia UE — Rosja trudno nie oprzeć się wrażeniu, że te przygotowania zaniedbano. Nie pierwszy raz zresztą i pewnie nie ostatni, jeśli wziąć pod uwagę to, że Polska przez wiele miesięcy nie zdołała wybrać ambasadora przy UE.
Polskie weto zapewne nie przysporzy nam poparcia ani w Rosji, ani w krajach UE. To o niczym nie świadczy, bo mimo konwenansów i dyplomatycznego protokołu, w dyplomacji nie chodzi o sympatie, ale o interesy. Brak sympatii może wprawdzie utrudnić realizację interesów, ale brak pomysłu z pewnością to uniemożliwi. A z pomysłem na politykę zagraniczną mamy zdaje się największy problem.