Dystans od święta

Ebenezer Scrooge
opublikowano: 2003-12-23 00:00

Ebenezer Scrooge, Charles Dickens, Londyn i wigilia Bożego Narodzenia. Wiesz, o co chodzi? „Christmas Carol” — „Opowieść wigilijna”. No to lecimy...

Przedmowa: „Starałem się wywołać w tej upiornej historyjce ducha idei, która nie pozbawi dobrego nastroju czytelników moich, wszystkich pozostałych, tegorocznej Wigilii czy nawet mnie samego. Za to może wypełni nasze domy życzliwością i nikt nie zechce jej zlekceważyć.

Wasz wierny przyjaciel i sługa, D. C.”

Piekło — niebo

Gdzie szukać owego ducha? Jakiej znowu idei? Jak to, nie lekceważyć?! Dlaczego? Może w Londynie wiedzą?

Tak się akurat złożyło, że właśnie tam leciał Boening 737-400 airpolonia.com. 15 grudnia 2003 r. — pierwszy, polski, międzynarodowy rejs typu „low cost” (około 280 zł w jedną stronę).

Podniosła atmosfera udzielała się wszystkim. Na pokładzie ciasno, bo tanio, ale nie tylko... Spięty, acz spokojny Jan Litwiński, wiceprezes Air Polonii — bity w twarz mikrofonami radiowców — zderzył się z masą bezlitosnych fotoreporterów. W ślad za nim podążał kamerzysta. Uzbrojony w analogową „betę”, bezpardonowo kiereszował wszystko, co się rusza. Dumnie kroczył na szpicy ekipy TVP: on, tleniona w czarnej dzianince i dźwiękowiec. Za ścianą fleszy, czyhał oddział szybkiego reagowania z polsatowskiej „Interwencji” — sprytny operator „cyfry” i energiczny prowadzący. Towarzyszyły im rozkazująca dama w futrze i blondynka. Do starcia starego państwowego z młodym prywatnym jednak nie doszło. Trzeba było startować...

— Proszę państwa, proszę zająć miejsca i zapiąć pasy! — zakomunikował głos stewardesy.

Wszyscy się podporządkowali. Chwila spokoju. Samolot wzbił się w powietrze, nagłe wahnięcie ciśnienia — i już jesteśmy w niebie!

Boeing wzbił się na pułap 10 tys. km i można było coś zjeść. Ale tego dnia na pokładzie B 737 diabeł machał ogonem. W chwili, gdy stewardesy wyprowadziły wózki z pożywieniem na wąski korytarzyk między fotelami, fotograficzna partyzantka wyskoczyła z ukrycia i zaczęła sypać seriami po... Oczach przerażonych kobiet? Nie! Oni robili zdjęcia kanapkom, kawie i słodyczom! Bo to za pieniądze!

Tymczasem — nie wiadomo, jak i kiedy — prezes Litwiński przebił się do kabiny pilotów. Zdjęcie szefa w kokpicie? No masz! Doszło do masakry — jeden przez drugiego, po głowie, po plecach, po rękach i nogach! I tak non stop — media rządziły! Zwykli pasażerowie milczeli. W takich warunkach lot przemknął jak z bicza trzasł.

— Lotnisko Stanstet — trzeba koniecznie opisać, gdzie lądują polskie „low costy”! Że tam gorzej, że trzeba się liczyć z dyskomfortem. Niska cena, to i gorszy standard. W końcu coś za coś. Tego typu rzeczy... — podpowiadał przed wylotem redaktor.

Ale co tu opisywać? Do czego porównywać? Chyba do londyńskiego Heathrow. Bo Stanstet w konfrontacji z Okęciem wypada mniej więcej tak, jak Lennox Lewis z Andrzejem Gołotą. To tyle.

Po sprawnej odprawie — bez zbędnych komentarzy i uszczypliwości ze strony urzędników imigracyjnych — horda dziennikarzy przekroczyła próg brytyjskiego królestwa. Polski czas zaczął biec własnym torem. Od tej pory obowiązywała angielska flegma: wszystko w swoim czasie.

Narodziny biznesu

A wiesz, że inicjały „D. C.” pod zacytowaną przedmową — nie wiedzieć czemu, notorycznie pomijaną przez rodzimych wydawców — pojawiły się równo 160 lat temu? Dokładnie 13 grudnia 1843 roku. Wtedy to światło dzienne ujrzała „Opowieść wigilijna”, pióra (30-letniego wówczas) Charlesa Dickensa. W pierwszym dniu sprzedaży rozeszła się w rekordowym nakładzie ponad 6 tys. egz.! Dwa miesiące później osiem różnych adaptacji wystawiano w brytyjskich teatrach.

Nie były to przypadkowe sukcesy. Dickens miał już za sobą m.in. „Magazyn osobliwości”, „Klub Pickwicka” czy „Oliviera Twista”. Do dzisiaj nazywany jest zresztą jednym z największych biznesmenów w dziejach powieściopisarstwa (Walter Allen w „Historii powieści angielskiej”). Ponoć wyjątkowo skutecznie wykorzystał wzrost czytelniczego popytu i zainteresowania powieściami, związanego z coraz powszechniejszą, również wśród prostych ludzi, umiejętnością czytania.

Hanna Zawiślak we wstępie do „Opowieści wigilijnej” (opublikowanej przez wydawnictwo Siedmioróg z Wrocławia) pisze, że tematy, które wybierał, były ciekawe dla nowych czytelników. Rozpoznawali w jego książkach siebie, swój język i problemy. Dickens miał też ponoć wyjątkowe — jak na owe czasy — zdolności marketingowe. To on wpadł na pomysł wydawania swoich powieści w cotygodniowych lub comiesięcznych odstępach. Tak to blokował — na czas cyklicznych publikacji — zakup pełnej wersji dzieła, nakręcał koniunkturę, kończąc poszczególne odcinki w najciekawszych momentach — mobilizując się tym samym do ciągłej pracy na najwyższych obrotach.

Ale co to za zwierz, ta wigilijna opowieść? — pewnie zaraz zapytasz, bo treści już nie pamiętasz.

Zanim ci przypomnę, musisz się rozeznać w realiach, jakie towarzyszyły powstaniu „Christmas Carol” (tak po angielsku brzmi tytuł tej książeczki).

Otóż na sześć lat przed jej wydaniem (1837 r.), na tronie brytyjskim zasiadła królowa Wiktoria. Od tego momentu zapanowała w Anglii słynna później epoka wiktoriańska. Jej twórcami byli ludzie z awansu społecznego, czyli arywiści — klasa brytyjskich fabrykantów, handlarzy i bankowców. Najczęściej bez wyższego wykształcenia: zaczynali jako prości robotnicy i rzemieślnicy. Prawdziwą wolność dała im właśnie Mała Królowa (Wiktoria nie grzeszyła wzrostem), dokonując gruntownej reformy parlamentu.

Pierwsza połowa XIX w. stała w Anglii pod znakiem odebrania arystokracji monopolu na władzę. Do parlamentu wkroczyły rzesze przemysłowców. Wraz z nimi tzw. wiktoriańska moralność. Całkiem elegancko definiuje ją Hanna Zawiślak: forma adaptacji ideału dżentelmena do potrzeb dorobkiewicza, który — pod przykrywką ceremonialności, pruderii i racjonalizmu — ukrywa interesowność i pragnienie wybicia się za wszelką cenę. Gnany chciwością i ciekawością, prze w górę z żarliwością pioniera i karierowicza (gdzieś takiego całkiem niedawno widziałem — mniejsza z nim...).

W takich okolicznościach powstawała „Opowieść wigilijna”. Pisząc ją, Dickens komunikował zepsutej klasie przemysłowców, do czego prowadzi egoizm i koncentracja uczuć na pieniądzach: człowiek, który żyje wyłącznie dla pomnażania majątku, marnie kończy. Ostrzegał! Lecz przede wszystkim nawoływał, by w Wigilię — dzień „najpiękniejszy ze wszystkich dni w roku” — nabrać dystansu do siebie. Oderwać się od codziennego marazmu i spojrzeć na życie przez soczewkę serca, nie głowy (czy innych — mniej istotnych — części ciała). Tylko, czy ktoś się tym kiedykolwiek przejął?

W jego historii, tak — Ebenezer Scrooge, główny bohater. A w rzeczywistości? No właśnie...

Wigilii czar

Z lotniska Stanstet do podmiejskiej kolejki (13 GBP w tą i z powrotem). Po 45 minutach przesiadka w słynną londyńską tubę na stacji Liverpool Street (czerwona linia Central — 4,10 GBP bilet całodniowy). Wysiadka na Chancery Lane (trzecim z kolei przystanku). Dalej już można pieszo, przez Holborn — malowniczą i spokojną dzielnicę. Najprościej od razu w Gray’s Inn Road do skrzyżowania z Guilford Street (jakieś 800 m). Potem w lewo — i tuż za rogiem wyłoni się wąska uliczka Doughty Street. Tam pod numerem 48 znajduje się muzeum Charlesa Dickensa. Wprowadził się zaraz po ślubie, wyprowadził zaś tuż po urodzeniu przez żonę Catherine trzeciego dziecka. Mieszkał na Doughty Street raptem dwa lata.

Ale to właśnie ten zakątek upatrzyli sobie członkowie Stowarzyszenia Charlesa Dickensa (założonego w 1902 r.) i w roku 1925 postanowili otworzyć w nim muzeum mistrza. Nietrudno się domyślić dlaczego. Wystarczy wejść do środka (dzieci — 2 GBP, dorośli — 4 GBP, rodziny — 9 GBP).

Niesamowite przytulisko. Aż dziw bierze, że to jawa. Ciarki przechodzą po plecach. Niebawem święta, więc wewnątrz króluje zapach goździków, skórki pomarańczowej, dojrzałych jabłek i cynamonu. Wszystko przystrojone choiną, kolorowymi bibułami i zimowymi owocami. Niewielki metraż. Wąski korytarzyk. Ciasne, drewniane, skrzypiące schodki. Dwa pięterka — po dwie izby. Na pierwszym (na wprost), bożonarodzeniowy salonik — brak słów. Na drugim głos z taśmy czyta „Opowieść wigilijną”. Wszędzie pełno eksponatów — ryciny, rękopisy, przedmioty powszechnego użytku, ubrania.

Na parterze — zdaje się, że w dawnej kuchni — urzęduje Andrew Xavier, aktualny curator, czyli po prostu kustosz. Niezwykle ułożony, taktowny, młody człowiek.

— Gdzie jest Ebenezer Scrogge?

— Przepraszam? Nie rozumiem.

— No dobrze, to może inaczej. Kto nim dzisiaj jest, pańskim zdaniem?

— To trudne pytanie. Doprawdy nie wiem, co powiedzieć...

— Taka przenośnia...

— Cóż... Nie wiem. Proszę sprecyzować pytanie.

— Chodzi o porównanie...

— Hmm... Chwileczkę. Jiiimmy! Kogo można porównać do Scrooga poza Georgem Bushem? Jak myślisz?!!! — zawołał do kolegi siedzącego w głębi pomieszczenia.

— Ty lepiej nie politykuj! Chyba tylko George’a Busha... — odparł Jimmy.

— Coś jeszcze? — zapytał lekko znudzony Andrew.

— Czy duch idei „Opowieści wigilijnej” jest wciąż obecny wśród Anglików?

— O taak! Szczególnie w Stanach Zjednoczonych... Tam produkuje się wiele adaptacji filmowych, wystawia się mnóstwo sztuk teatralnych o Scrooge’u. Nowoczesna Ameryka jest nim zachwycona. To taka piękna historia. Pozwala pamiętać o starych tradycjach. Na przykład o choince, którą rozpropagował książę Albert, mąż królowej Wiktorii. Nie zapominajmy też, że Dickens napisał całą serię opowieści wigilijnych — m.in.: „Dzwony” czy „Świerszcza za kominem”. Wszyscy je kochamy! Ale szczególnymi względami cieszy się rzeczywiście ta pierwsza. Przecież była nawet — całkiem uroczo! — przedstawiona w „Muppet Show” Jima Hensona. Nieprawdaż?

— Tak.

— Czy to wystarczy?

— W zupełności.

Burning London

I znowu nura do Undergroundu! Po to, żeby wydostać się na powierzchnię dwie stacje za Chancery Lane, czyli na Oxford Circus. Późne popołudnie. Na razie szarówka, za chwilę wieczór. Z cichej, pogodnej strefy Londynu skok na potężną Oxford Street — jedną z najdroższych ulic handlowych w świecie! Tutaj obecność Ebenezera Scrooge’a wyraźnie się wyczuwa. O! Chyba jest!

Tempo życia Oxford Street jest przerażająco szybkie. Nawet gigantyczne przeciążenie komunikacyjne w niczym nie przypomina naszych korków. Piętrowe autobusy, taksówki, limuzyny, rowery prują na łeb na szyję w jakimś nieokrzesanym porządku, pozwalającym zachować — niespotykaną w takich warunkach — płynność jazdy.

Bożonarodzeniowa gorączka zakupów na Oxford Street! Ogień w Londynie nigdy nie gaśnie. Dzisiaj chluba Zjednoczonego Królestwa tonie w świątecznych płomieniach niezliczonych feerii ulicznych neonów, skrzących się wielobarwnie wystaw sklepowych i najprzeróżniejszych straganów zasypanych milionem ozdób choinkowych. Zaślepiony funtem, rwący strumień kupujących płynie całą szerokością chodników. Każda okazja jest dobra, by zmienić stronę ulicy na przeciwną. Niesamowity jazgot: rozgrzane do czerwoności klaksony samochodów, gwizdy — mknących między nimi — rowerowych kurierów. Gdzieś, przed jednym z domów towarowych wzmocniony megafonem głos woła:

— Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebieskiego. A nadto powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego!

Jakby cień Ebenezera chyłkiem przemknął gdzieś nieopodal. Kolejna próba kontaktu. Bez powodzenia.

Na Oxford Street, co kilkanaście kroków „standy” londyńskiej popołudniówki „Evening Standard”. Przy jednym ze stoisk facet w sile wieku, ogorzała twarz, pali papierosa. To nie Scrooge, ale może wie, gdzie go szukać?

— Dobry wieczór... Może pan wie, gdzie można znaleźć Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” Dickensa?

— Pewnie!

— To niech pan powie.

— Widziałem na BBC 1, że do 25 grudnia na Birmingham Hippodrome wystawiają taki musical „Scrooge”. Trzeba pojechać do Birmingham, kierować się tam — na King Cross i dalej pytać... — zmarznięta dłoń zawisa w powietrzu.

Birmingham... Trochę daleko. Może gdzieś bliżej wystawiają coś z Ebenezerem? Szybko po gazety — niestety...

Tego dnia cała Wielka Brytania żyła ujęciem Saddama Husajna. Wszystkie dzienniki — ogólnobrytyjskie, ekonomiczne, sportowe nawet regionalne świeciły hasłami w stylu: „We got him!”. Ale zaraz, jest coś w „Daily Telegraph”! Rubryka „Droga światowa”, wiersz „Świąteczne odmiany” Craiga Browna: „Potępiam rozpasany konsumpcjonizm/ Ty chwilami wracasz/ On jest Scroogem (...)”. Nie no fajnie, ale sorry Craig — nie teraz.

A może tygodniki? „The Guardian”? Jest tekst „Duch Scrooge’a”. Alfred Hickling też pisze o przedstawieniu, tyle że jeszcze dalej — na deskach Library Theatre. W Manchesterze. Nie ma czasu! Tym bardziej że trzeba wracać!

No to znowu biegusiem do metra, podmiejska kolejka, lotnisko — i już. Potem start, przeciążenie, lądowanie. Ciężki dzień, a kolejny tuż...

Świąteczna przyszłość

To nie znalazłeś w końcu tego Scrooge’a, ściemniaczu? — pewnie zaraz zapytasz?

Chwileczkę. Trzeba ci jeszcze wiedzieć, że Jacob Marley z „Opowieści wigilijnej” to antybohater, który według Dickensa popełnił potworną zbrodnię — całe życie poświęcił wyłącznie pracy, spędził je przykuty — na własne życzenie! — do biurka.

„Moja dusza nigdy nie przekroczyła progu naszego kantoru”. „Za życia moja dusza nigdy nie wykroczyła poza wąski margines naszego interesu” — skarży się upiór Marleya.

Wielu ze współczesnych ludzi biznesu (i tych zatrudnionych, i tych zatrudniających), na pewno dobrze zna to uczucie. Pomimo potężnej transformacji miejsc, warunków i form pracy, teoria i praktyka w tej mierze od 160 lat niewiele się zmieniła. Ty i zdecydowana większość twoich znajomych ciągle czujecie się uwięzieni w swoich biurach.

Andrew Heavens w felietonie „Biuro przyszłych świąt Bożego Narodzenia” („The Times” z 8 grudnia 2003 r.) pisze, że ostatnie analizy zmian brytyjskich warunków pracy wykazały tylko 3 proc. zatrudnionych w Wielkiej Brytanii, którzy czasami opuszczają biuro, by popracować w domu. Ale to się już wkrótce zmieni! — pociesza Heavens.

Powołuje się na badania: Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu w Westminster i Centrum Studiów Rynku Pracy, na Uniwersytecie w Leicester. Według nich w Wielkiej Brytanii widać powolny, lecz systematyczny proces rezygnacji pracowników biurowych z klasycznych form stanowisk pracy, na rzecz rozwiązań niestandardowych — czyli np. pracy w domu przy komputerze. Zjawisko to trudno jeszcze dostrzec w fabrykach czy sklepach — tam długo jeszcze nie zagości kontakt sieciowy (ta forma jest kluczem do przyszłego szczęścia pracujących!). Heavens kreśli wizję rzeszy biznesmenów, którzy niebawem z każdego miejsca na ziemi będą mogli prowadzić interesy. Wystarczy komórka, laptop i stały dostęp do internetu. Przywołuje akronimy nowoczesnych technologii WLAN (Wireless Local Area Network) i VoIP (Voice over Interenet Protocol) — pozwolą bez obaw opuścić ludziom biura i zarządzać interesem, z kontrolą nad całym dotychczasowym dorobkiem.

Dech zapiera! Nic, tylko się cieszyć! I autor, rzeczywiście, nie posiada się z radości. Czego zresztą życzy także nowoczesnym Scrooge’om. Jeszcze chwila i będą wolni! Zapomniał chyba (albo w ogóle nie czytał!), o co szło Dickensowi w wigilijnym przesłaniu! Przecież nawet najnowszy model telefonu, komputera czy oprogramowania nie uwolni człowieka od wyrzutów sumienia, poczucia winy, podłości, bezduszności, śmierci.

Co do samego wszechobecnego postępu technologicznego, którym tak zafascynowany jest felietonista „Timesa”, nie ma w nim nic złego. Ale możesz o nim zapomnieć. Rzecz się dzieje w Wielkiej Brytanii, a nie kraju, gdzie od dłuższego czasu trwa zawracanie kijem Wisły. Tutaj postęp nie jest wszechobecny.

Dla odmiany

Nie dorwałem Scrooge’a. Zadowolony? Nie dorwałem, bo i nie było takiej potrzeby: pseudokolego, chytry prezesie, szemrany interesie.

— Nie lubię świąt, szkoda czasu. Znowu jak kretyn po tych sklepach! Potem debilne gadki przy stole z rodziną — bez sensu. Wesołych świąt? Do siego roku? I z czego tu się cieszyć — smęcisz pod nosem zgryźliwcze.

A może jednak się mylisz? Wspomnij dokładnie „Opowieść wigilijną”. Porzuć puste pragnienia, jak ja porzuciłem swoje. No dajże spokój! Jak mnie porwał duch Charlesa Dickensa, tak ja ciebie wyrwałem na chwilę.

Idą święta! Kończę już, połykam ostatnie skrawki Londynu zatopione w filiżance angielskiej herbaty. Bogaty tym, co posiadam, podzieliłem się właśnie z tobą.