Dziedzictwo Al-Sabahów

Paweł Janas
opublikowano: 23-02-2007, 00:00

Gdyby nie czarne złoto, Kuwejt byłby biednym, pustynnym państwem. Olśniewa przepychem, bo kryje jedną dziesiątą światowych złóż ropy naftowej.

— Dzień dobry. Na pokładzie Boeinga 767 wita państwa kapitan Jerzy Makula. Lot zajmie około 4,5 godziny. Na lotnisku w Kuwait City temperatura wynosi 24 stopnie Celsjusza. Życzę przyjemnego lotu.

Jaki Makula? Ten Makula? Tak, ten Jerzy Makula — potwierdza stewardesa. Jestem w dobrych rękach. Za sterami siedzi wielokrotny mistrz Polski, Europy i świata w akrobacjach szybowcowych. Ale nie tylko dlatego mój lot do Kuwejtu był wyjątkowy. Samolot, wyczarterowany przez organizatorów Dni Polsko-Kuwejckich, przeniósł nas z Warszawy nad Zatokę Perską w sposób nieodstępny dla turystów. Od wielu lat nie istnieją bowiem bezpośrednie loty z Polski do Kuwejtu. Mimo zapowiedzi ich przywrócenia przez polskiego przewoźnika, korzystać trzeba z połączenia przez Frankfurt. Lot trwa kilka godzin dłużej, ale warto.

Galabija i komórka

Kuwait City. Lądujemy. Metropolia — wieżowce, nowoczesne hotele, dźwigi, autostrady. Miasto szybko się rozwija. Gdyby nie meczety, wszechobecne palmy i pustynia w oddali, trudno byłoby się zorientować, w którym z wielkich miast świata jesteśmy. Na ulicach sporo ludzi. Głównie mężczyźni w tradycyjnych strojach, na które składają się galabija, czyli suknia, oraz kufijja i ikal — nakrycie głowy. To urzędnicy, prawnicy, lekarze, biznesmeni, studenci. Kiedy idą w większym gronie, gestykulują — dłonie mówią równie dużo, jak wypowiadane głośno słowa. Ale wrażenie, że jesteśmy w krainie z „Baśni tysiąca i jednej nocy” mija, gdy ci sami mężczyźni wyjmują z fałd swoich szat odtwarzacz MP3 lub telefon komórkowy. Kobiet — zdecydowanie mniej. Nie brakuje nowocześnie ubranych — modne spodnie, bluzki obszyte dżetami, buty na wysokim obcasie... Bo Kuwejt to jedno z bardziej otwartych na wpływy Zachodu państw muzułmańskich. I nagle obrazek ze szkolnego placu zabaw: na huśtawkach buja się kilka 10-12-letnich dziewczynek ubranych na czarno, z twarzami zasłoniętymi tradycyjną muzułmańską zasłoną (hidżab).

Za rękę z facetem

Jestem tu z oficjalną delegacją polskich parlamentarzystów i przedsiębiorców, dlatego na dobry początek składamy kurtuazyjną wizytę głowie państwa. Jedziemy do pałacu emira. Z jego zdaniem i opinią całej rodziny Al-Sabah, która silną pozycję zdobyła już w XVIII wieku, liczą się tu wszyscy. Czasem dochodzi w związku z tym do zabawnych sytuacji, jak wówczas, gdy oddano do użytku budynek miejscowej giełdy pokryty grafitową okładziną z kamienia. To sprawia, że jest ciemny i niekorzystnie odbija się na tle pozostałych, białych i kremowych, budowli.

— To przez pomyłkę. Projektanci dali emirowi do zatwierdzenia zbyt małe próbki granitu. Wydawały się wtedy jasne, więc emir je zaakceptował. Projekt skierowano do realizacji i nikt już nie śmiał go zakwestionować — opowiada nasz miejscowy przewodnik.

Rezydencja emira leży niedaleko giełdy. Barwne rośliny, palmy, fontanny, klasyczne arabskie zdobienia w marmurze, wewnątrz intarsjowane drewniane stoły, zasłony tkane jedwabną złotą nicią, kryształowe żyrandole, złocenia... Może nieco tego za dużo, ale to pałac prawdziwego szejka.

— To tylko oficjalna siedziba emira, żeby pan zobaczył prywatną rezydencję… — wzdycha przewodnik.

Niestety, za wysokie progi… Czas na audiencję. Od stycznia 2006 r. emirem pozostaje szejk Sabah Al-Ahmad Al-Jaber Al-Sabah. Uśmiechnięty. Nieco korpulentny, w okularach. Zdaje się bardzo zadowolony, gdy odbiera od Bogdana Borusewicza, marszałka Senatu, obraz przedstawiający warszawskie Łazienki. Za chwilę rewanżuje się podobnym suwenirem — makietą historycznych murów Kuwait City. Są też z nami jego urzędnicy. Przyjaźnie uśmiechnięci, coś opowiadają z zapałem. Nagle jeden z nich podchodzi do mnie i... bierze za rękę. Przyciąga ją do siebie i uśmiechając się dalej opowiada z zapałem o zaletach emira. Wyrwać się nie wypada, ale czuję się nieswojo. Wyjaśnienie przyjdzie dopiero, gdy zamkną się za mną drzwi sali audiencyjnej.

— Nie ma się czego bać. To tradycyjny zwyczaj, wyraz serdeczności. Gest stosowany tylko wobec mężczyzn. Trzeba być przygotowanym, że rozmówca będzie trzymał cię za rękę i z bliska patrzył prosto w oczy — tłumaczy nasz przewodnik.

Namiot demokracji

Kuwejt to monarchia konstytucyjna. Do pełnej demokracji idzie powoli — kobietom przyznano bierne i czynne prawo wyborcze dopiero w 2005 r. Po raz pierwszy korzystały z niego w czerwcu 2006 r., lecz żadna z kandydatek nie dostała się do parlamentu. Ale w ostatnich latach odgrywa on w Kuwejcie coraz większą rolę. Było to widoczne w styczniu 2006 r., gdy parlament odsunął, zgodnie prawem, ciężko chorego następcę tronu od władzy i powierzył ją obecnemu emirowi. Nie dziwi więc imponujący budynek parlamentu, wyglądający niczym wielki biały namiot nomadów rozpostarty na pustyni. Zanim schronimy się w jego wnętrzu, odpoczywamy od żaru pod kamiennym tropikiem, przypominającym falbany luźno upiętego materiału. Perłą lokalnej architektury pozostaje jednak „Nowa Alhambra” — Arab Organizations Headquarters Building. Budynek, oddany do użytku w 1994 r., to mieszanka stylów typowych dla sztuki tunezyjskiej, syryjskiej, marokańskiej, egipskiej i kuwejckiej. Obradują w nim m.in. przedstawiciele OPEC —nic więc dziwnego, że wnętrze poraża przepychem: kaskady kosztownej wody spływają po ścianach i tryskają z marmurowych fontann, wszędzie stoją bogato tapicerowane meble, a z sufitów zwieszają się ozdobne żyrandole. Przez olbrzymią szklaną ścianę podziwia się zaś panoramę miasta. Dyrektor administracyjny z zapałem godnym lepszej sprawy wymieniał astronomiczne kwoty wydane na zdobienia, meble czy książki w bibliotece. I nadzwyczajny parking.

— Czujniki kontrolują czystość. Gdy komuś cieknie olej, musi zabrać samochód do naprawy, zanim znów go postawi na naszym parkingu. Jeśli się nie zastosuje do tej prośby, na zawsze straci prawo parkowania w budynku, bez względu na swą pozycję społeczną — zapewnia z dumą szef obiektu.

Bombki na palmie

Magia bazaru to intensywne zapachy i kolory. Podzielono go na kilka części: bazar dla kobiet (haarem souk), bazar rybny, bazar perskich dywanów czy złota. Wchodzę do małego sklepiku z biżuterią.

— Bransoletę, sygnet, wisior? Co pan lubi nosić? — sprzedawca podsuwa mi pod nos kapiące złotem ozdoby.

To nie dla mnie. Dla żony.

— Aaa! Trzeba tak było mówić od razu —odpowiada i wyjmuje... skromniejsze pudła z biżuterią.

Kilka kroków dalej wchodzę do raju smakoszy. Z daleka czuć woń przypraw: szafran, kurkuma, hinduska massala, curry… Kuszą wyroby cukiernicze. Oszałamia wybór ciastek —z orzechami, pistacjami, sezamem, miodem. Pycha. Rozczarowały za to ubiory i tkaniny.

— Bardzo ładne. Made in China — zachwala swój towar brodaty sprzedawca.

Kuwait City kryje też propozycję dla miłośników nowoczesnego handlu. Choćby centrum Sharq Market położone nad zatoką. Jego część restauracyjna zajęła najlepsze miejsce: przy kolorowej marinie pełnej jachtów. Najpiękniej tu wieczorem, gdy światła miasta odbijają się wielokolorową tęczą w wodach zatoki, a rodziny z dziećmi zajmują stoliki w barach i kafejkach oraz ławeczki ustawione między fontannami. W listopadzie urzekają też palmy przystrojone bombkami z napisem Merry Christmas. To dla ekspatów z całego świata, w tym kilkusetosobowej Polonii.

Rury na pustyni

Kuwejt byłby nadal pustynnym krajem, gdyby nie ropa naftowa — czarne złoto. Jej wydobycie i eksport przynosi 75 proc. dochodów państwa. Specjaliści obliczyli, że znajduje się tu jedna dziesiąta światowych zapasów tego surowca (12 mld ton). Zwiedzenie pól naftowych nie jest jednak proste. Drogę między zasiekami i kontrolami otwiera nam dopiero zgoda miejscowych urzędników. Jedziemy szeroką drogą na pustynię. Wokół pełno śladów wojny z lat 1990-91. Wypalone połacie ziemi, pozostałość po podpaleniach, którymi „wsławiły się” wycofujące się przed Amerykanami wojska irackie. Widok okropny. Wrażenie potęguje cmentarzysko pogiętych i nadpalonych rur — resztek instalacji wydobywczych pozostawionych na pamiątkę.

— Uważajcie, bo ziemia nie jest do końca rozminowana — ostrzega jeden z gospodarzy, dyrektor Kuwait Oil Company.

Żart czy ponura prawda? Na wszelki wypadek szybko cofam nogę.

Oglądamy pracujące urządzenia. Rozczarowują. Żadnych wież wiertniczych, wymyślnych konstrukcji. Co kilka kilometrów wystaje z ziemi kilka rur otoczonych ogrodzeniem.

— Gaz ziemny wypycha ropę na powierzchnię, dzięki czemu wydobywamy ją najtaniej na świecie. Koszt pozyskania jednej baryłki to dolar, góra półtora — tłumaczy pracownik Kuwait Oil Company.

A na światowych giełdach cena baryłki ropy to kilkadziesiąt dolarów…

Kilka kilometrów dalej rozpościera się idylliczna oaza. Wielkie stawy połączone mostkami, drewniane nabrzeża wysypane białymi kamykami i karmniki dla ptaków, przyciągające setki kaczek.

— Musimy się odwdzięczyć zniszczonej przez nas przyrodzie. Powstaną kolejne parki na pustyni — zapewnia nasz arabski gospodarz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Janas

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu