Górami fascynował się zawsze. A to za sprawą wujka taternika owianego rodzinną legendą.
– Brat mojej mamy był lekarzem, bardzo dobrym człowiekiem. Pomagał wielu ludziom. Zginął w swoich ukochanych Tatrach, po słowackiej stronie, wspinając się na Szatana w Tatrach Wysokich. Po wielu latach zjechałem z tego szczytu na snowboardzie. Był to dla mnie ważny dzień, na swój sposób oddałem wujkowi cześć. W naszym kręgu cały czas go wspominamy, a mama opowiada o nim historie. Wraz z poznawaniem przekazów o niezwykłym wujku zacząłem inaczej patrzeć na góry. Fascynacja nimi umacniała się we mnie dzięki rodzicom, którzy zabierali mnie od dziecka na spacery po Tatrach – wspomina Filip Kucharczuk, dyrektor ds. ryzyka w NatWest Poland.
Stawiając samodzielne kroki
Jako 17-latek odkrył snowboard. Postanowili z przyjacielem, że spróbują się go nauczyć, choć wówczas w Polsce był to sport niszowy.
– Zaczęliśmy jeździć do Zakopanego. Po polskiej stronie byliśmy pierwszymi snowboardzistami, którzy uprawiali zjazdy ekstremalne. Pod koniec lat 90. w schroniskach było niewielu ludzi, a co dopiero freeriderów. Stało kilka par nart, z czego część należała do TOPR-owców. Na początku zjeżdżaliśmy z małych gór, np. Gubałówki, bo wtedy jeszcze można było z niej zjeżdżać, czy z Butorowego Wierchu. Im lepiej jeździliśmy, tym większą mieliśmy ochotę na wyżej i więcej. Z Gubałówki przeszliśmy na Kasprowy Wierch, a później krok po kroku dalej. Następne były góry poza Polską – opowiada menedżer.
Uczestniczył w licznych wyprawach, m.in. w Tien-Szan w Kirgistanie, Himalajach, na Kaukazie, Kamczatce czy w Alpach. Jego ukochanymi górami pozostają jednak Tatry. Nie tylko ze względu na wspomnienia pierwszych zjazdów.
– Tatry są przepiękne, a dla snowboardzisty także idealne pod względem możliwości. Nie są za ani niskie, ani za wysokie dzięki czemu wyprawa zamyka się w jednym dniu. Na przykład w Kirgistanie też jest pięknie, ale to inny rodzaj gór i często trudno zamknąć wejście ze zjazdem w jeden dzień. W takim wypadku dochodzi ekwipunek na plecy, co obciąża zjazd. Nie jest wtedy taki lekki i swobodny. Dlatego uwielbiam nasze polskie Tatry, zjeżdżając tam, czuję się wolny jak ptak – mówi Filip Kucharczuk.
Nie chodzi o adrenalinę
Nie ukrywa, że wyprawy freeridowe na snowboardzie zapewniają ekstremalne doznania. Podnosi się tętno, wyostrzają zmysły, ciało się napręża. I choć są to odczucia nieodłączne, to nie dla nich uprawia ten sport.
– Dla mnie najważniejsza jest bliskość z dziką naturą. Zjeżdżając, obserwuję jej surowość i wielkość. Gdy sunę przez biały puch, mogę dać upust wielu emocjom. Zdarzało się wielokrotnie, że krzyk sam się wyrywał z piersi, tak piękne i mocne są to doznania – mówi Filip Kucharczuk.
Równie istotna jest możliwość bezpośredniego oddziaływania na zdarzenia. Na ścianie nie ma miejsca na rozproszenia, trzeba być tu i teraz, by zachować bezpieczeństwo. Każdy mały ruch ma znaczenie, a podjęte decyzje będą miały natychmiastowy skutek. Na tym również polega piękno tego sportu.
– Czasami wybieramy łatwy zjazd, jest mnóstwo zabawy, fruwają firany białego puchu. Innym razem jest trochę trudniej, pojawia się obawa. Adrenalina kojarzy mi się z poszukiwaniem mocnych doznań, często negatywnych. Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. W górach szukam spokoju, obserwuję ich pracę, staję się ich częścią. Nie chodzi o to, by na szlaku było najtrudniej na świecie. Strach w górach nie jest fajny. To znak, że tracimy kontrolę, a to niebezpieczny moment – wyjaśnia snowboardzista.
Kwestia współpracy
Filip Kucharczuk na górskie wyprawy nie zabiera każdego. Od ponad 25 lat ma grupkę przyjaciół, z którymi zjeżdża na desce w różnych zakątkach świata.
– To sport ekstremalny. Po drodze mogą się wydarzyć różne rzeczy, na przykład osunie się lawina albo opanuje nas strach. W takim momentach ważne, by mieć przy sobie kogoś zaufanego, na kim możemy polegać. Kilka razy odmówiłem pójścia w góry, bo uważałem, że dana osoba nie jest jeszcze gotowa. Ale dochodzi też kwestia przygotowania. Kiedy kogoś znam, wiem, czy umie się zachować, gdy zejdzie lawina, czy ma odpowiedni sprzęt albo fizyczne zaplecze. Gdy idziemy razem w góry, ta wiedza jest niezbędna – mówi menedżer.
Zdarzało się, że wieloletnia znajomość i zaufanie miały ogromny wpływ na przebieg zjazdu.
– Przypominam sobie pewną sytuację podczas bardzo trudnego zjazdu w Alpach, w żlebie Couloir des Cosmiques. Kąt nachylenia wynosi tam 40–50 stopni. Wchodzi się w rakach, z czekanami, a na sam zjazd trzeba najpierw zjechać na linach. Nagle podczas zjazdu mój przyjaciel się zatrzymał. Rozbiło go psychicznie, mimo że robił już bardzo trudne rzeczy i jest odważny. Nie był w stanie jechać. Staliśmy na gigantycznej ścianie i do przejechania mieliśmy jeszcze kilka dobrych kilometrów. Stromizna nie pozwala na rozebranie się ze sprzętu. Musieliśmy go psychicznie ratować. On, zamiast zjeżdżać, chciał schodzić, używając raków i czekanów, a to w tamtym miejscu było bardziej niebezpiecznie niż zjazd. W końcu udało się nam do niego dotrzeć przez rozmowę i namówić na zjazd. Był to trudny moment dla nas wszystkich – wspomina Filip Kucharczuk.
Ale wyprawy w góry w przyjaciółmi to nie tylko zabezpieczenie. To także dzielenie się wspaniałymi chwilami pamiętanymi przez lata.
– Pewnego razu wylądowałem z przyjacielem w górach Tien-Szan w Kirgistanie. Kilka miesięcy planowaliśmy wyprawę, szukaliśmy dobrego miejsca i informacji o tym, gdzie można zjeżdżać. Przeglądałem mapy Google’a, wyszukiwałem sensowne dojazdy albo informacje, gdzie są lodowce. Udało mi się znaleźć opustoszałą poradziecką bazę mniej więcej z lat 50. Żeby tam dojść, musieliśmy wynająć dwóch lokalnych wspinaczy, którzy pomogli nam przetransportować rzeczy. Jechaliśmy kompletnie w nieznane, ale okazało się, że byliśmy w pięknym cyrku wielkich gór, z jednej strony widzieliśmy lodowiec. Spędziliśmy tam kilka dni, zdani tylko na siebie i wybierając codziennie inny zjazd – mówi menedżer.
Bywa też bardziej prozaicznie.
– Dobre wspomnienia są inne. Bardziej rozmyte, mniej wyraźne, rozlane. Na przykład pamiętam skrzypienie śniegu pod deską, słońce, mróz… Uczucie, gdy już jesteśmy na samej górze i czekamy na zjazd. Ale też wspominam powroty z całodniowych wypraw. Człowiek jest już tak zmęczony, że myśli tylko o tym, jak wielkiego schabowego zje. Albo ile kawałków szarlotki zamówi – dodaje ze śmiechem Filip Kucharczuk.
Fundament dla biznesu i górskich szczytów
Zauważa wiele punktów wspólnych między swoją pracą i hobby. Twierdzi, że choć to dwa osobne światy, żeby się w nich utrzymać, należy się kierować podobnymi mechanizmami.
– Uważam, że zarządzanie ryzykiem decyduje o sukcesie i bezpieczeństwie zarówno na rynkach finansowych, jak i na najwyższych szczytach świata. W jednym i drugim środowisku podejmuję decyzje, opierając się na danych, konkretach, wcześniej przygotowanym planie. Analizuję sytuację i wprowadzam ewentualne zmiany. Widząc finansowe spadki lub wzrosty, podejmuję działania adekwatne do sytuacji. Z kolei gdy zauważam złą pogodę w górach, osuwającą się lawinę, też podejmuję aktywność. Nie pozostaję bierny – wyjaśnia menedżer.
Co więcej, góry uczą współpracy, a tę umiejętność można z łatwością wykorzystać w korporacyjnym świecie.
– Nasze wyprawy freeridowe to niekiedy znajdowanie konsensu – jeden chce zjeżdżać tym żlebem, drugi tamtym. Uczymy się rozmawiać, by pozostać razem. Podobnie w pracy. Mamy różne spojrzenia na zagadnienia, sytuację. Nad podjęciem decyzji zastanawia się wiele głów, ale warto posłuchać każdego głosu. Bo tak jak w górach, każdy jest ważny – konkluduje Filip Kucharczuk.

