Gorączka bezdachowości

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2013-05-29 00:00

Kabriolet to choroba. Czasem tylko przewlekła, częściej nieuleczalna. Dlaczego nie ujmują jej medyczne statystyki? Proste. Nikt jej nie leczy. Ja zaleczam.

Zarazki nie są fajne. Chorowanie nie jest przyjemne. Od tych reguł w zasadzie nie ma odstępstw. Chociaż… weźmy taką rzeżączkę. Przypadłość okropna, choć jej łapanie już nie tak bardzo. W tym świetle kabrioletomania jawi się jak niedzielny spacerek. Ale nim nie jest. To choroba przenoszona drogą portfelową. Robi z ciebie motoryzacyjnego purystę i ortodoksa. A od tego stanu już krok do fundamentalizmu.

Obudzić bakcyla

„Gorączka bezdachowości” jest nieuleczalna. Prowadzi do trwałych zmian w postrzeganiu świata i innych użytkowników aut. Wykrzywia ocenę i odczuwanie temperatury. Wyostrza zmysły. Dotknięty nią człowiek dostrzeże promyk słońca nawet w bardzo pochmurny dzień. A jego samopoczucie jest na stałe związane z… dachem. Otwarty — świetnie, zamknięty — depresyjnie. Choroba dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn (choć ich zazwyczaj dopada później). Na szczęście wielu z nas ma wrodzoną odporność. Swego rodzaju przeciwciała, dzięki którym (lub przez które) nigdy nie zarazimy się chorobą „bez dachu”. Jak sprawdzić, czy w żyłach krąży uśpiony bakcyl? Spróbować go obudzić. Innego testu nie ma. Słowem: wszystko albo nic. Do budzenia bakcyla najlepiej wykorzystać króla gatunku — roadstera.

Trzeba stanąć z nim oko w oko, potem ująć kierownicę w dłonie, odsłonić niebo i skosztować jazdy z wiatrem we włosach. Jeśli po takiej przejażdżce wysiądziesz sam, masz spokój, nie jesteś nosicielem. Jeśli trzeba cię będzie wyciągać siłą, masz i bakcyla, i kłopot. Bo się obudził. Słyszysz to szeptanie: „Roof down, roof down?” No właśnie! O leczeniu potem. Teraz o gatunkach.

Dwór i gmin

Kabriolet jaki jest, każdy widzi? Otóż nie. Są kabriolety, coupecabrio i pomysły na wzór Fiata 500 Cabrio, sprowadzające pojęcie otwieranego dachu do bardzo dużego — uwaga, brzydkie słowo — szyberdachu. Wszystkie mają tę cechę, że mają „normalne” odpowiedniki. A te, nie dość, że tańsze, to zazwyczaj również praktyczniejsze. Na tylnej kanapie da się usiąść, a bagażnik mieści więcej niż aktówkę i parasol. Wersje z otwieranym dachem są za to… z otwieranym dachem. I są też droższe. Nie ma się co dziwić, że większość społeczeństwa uważa pomysł kupienia, dajmy na to, Renaulta Megane z otwieranym dachem za przejaw jakiejś jednostki chorobowej. Nie przekonują ich ani twardy dach, dający solidny odpór zimowej aurze, ani perspektywa wiatru we włosach.

— Płacić więcej za mniej! Toż to niedorzeczność — tak pewnie o kabrioletach myśli większość Kowalskich. Ale wśród modeli pozbawionych dachu są też rodzynki. Auta tworzone z myślą o „bezdachowości”. Roadstery. To elita nie tylko wśród kabrioletów. To śmietanka motoryzacji. Są niewielkie, dwuosobowe. Małe bagażniki, długie maski. Silnik — najlepiej mocna jednostka benzynowa — napędza tylną oś. Niskie, zadziorne i prowokacyjne. Oczywiście z otwieranym dachem. Kiedyś obowiązkowo brezentowym. Dziś dopuszczalne są sztywne konstrukcje. Najtańszym przedstawicielem tego ego gatunku jest Mazda MX5. Najnowszymzym — BMW Z4.

Marion, jeszcze nie!

Pora sprawdzić, czy w mojej krwi śpi bakcyl. Rynkowa premiera odmłodzonego BMW Z4 jest do tego świetną okazją. I to z trzech powodów. Po pierwsze, BMW Z4 to roadster, czyli kwintesencja wartości, które bakcyla łechcą najskuteczniej. Po wtóre, to nowość. Fakt, że naciągana, bo Z4 przeszło jedynie delikatny face lifting, ale zawsze. Po trzecie, auto, które mi podstawiono, napędza prawdziwa mocarka. Rzędowa sześciocylindrowa benzynowa jednostka oznaczona 35is. Jeśli kabriobakcyl toczy moje trzewia, to ten zestaw go obudzi. Silnik, który zaraz zacznie pracować pod maską, jest znanym i utytułowanym motorem BMW (Engine of The Year 2010). Do tego jest moim ulubionym agregatem tej marki. Dlatego — na razie — nie uruchamiam. Jego dźwięk podziałałby na mnie jak dmuchnięcie Lady Marion w oko Robin Hooda tuż przed tym, zanim ten oddał strzał. On, rozproszony podmuchem ukochanej, chybił celu, ja, rozpieszczony dźwiękiem ulubionej jednostki, nie mógłbym się skoncentrować na szczegółach. A koncentracja jest potrzebna. Powiedzieli, że to model po face liftingu, a ja siedzę w aucie od dobrych 10 minut i zmian nie widzę. Ręce z daleka od przycisku Marion… znaczy start. Koncentruję się. Rozglądam. I jeszcze raz. Kolejny. Może z tyłu? Też nie. Ejże! Jest tak samo. Gdzie nowości? A, są. W informacjach prasowych. Zatem, drodzy państwo, delikatnie przeprojektowano reflektory (jakiś szacher macher z diodami LED). Są nowe boczne kierunkowskazy i detale wewnątrz (tego drugiego nie zauważyłem). No i… to wszystko. Do tego kilka standardowych zagrań liftingowych, czyli nowe wzory felg, kilka nowych kolorów lakieru i pakietów stylizacyjnych wnętrza. Skoro nowości więcej nie ma, wduszam start. Marion, do dzieła, dmuchaj!

Oświadczyny

Jak ona dmucha! Uwielbiam ją. Sześć cylindrów. 306 KM. Zaraz, zaraz. Jakie 306? Wszak zasiadam za sterami Z4 35is, a nie Z4 35i. Moja Marion ma zatem 340 KM. Naprawdę uwielbiam ten silnik. Uwielbiam go w serii 3, uwielbiam w serii 1. Nieco mniej — ale cały czas uwielbiam — w serii 5. Teraz uwielbiam również w Z4. Za co można pokochać sześć cylindrów i turbosprężarki (w zasadzie jedną, ale podwójną!)? Za delikatność. Tak! Ty ją pieścisz — ona jest pieszczoszką. Ty ją klepniesz — ona odda tak, że wciśnie cię w fotel. Wyjątkowo łatwo ją wyczuć. Podwójnie doładowana rzędowa szóstka produkuje 340 KM mocy i 450 Nm momentu obrotowego (plus dodatkowe 50 Nm z overboostem). Osiągi Z4 z tą jednostką mówią same za siebie. Pierwsza setka pojawia się na prędkościomierzu w czasie krótszym niż pięć sekund. A rozpędzaniu będzie towarzyszyła symfonia strzałów i bulgotów. Redukcje rozpieszczają ucho, przyspieszanie drażni błędnik. Cudo! W tym miejscu przypomniałem sobie o notatce. Tej z prezentacji. Okazuje się, że w „nowym” BMW Z4 jest jeszcze jedna nowość. Silnik. I to on jest największą zmianą. Otóż w podstawowej odmianie (z oznaczeniem 18i) pod maskę „zet czwórki” montowany jest dwulitrowy czterocylindrowy motor benzynowy — doładowany, a jakże — o mocy 156 KM. Osiągi auta z tym motorem nie są może oszałamiające (niemal 8 s od 0 do 100 km/h), ale cena (około 152 tys. zł) i niskie spalanie (poniżej 7 l na 100 km) mają sprawić, że nawet ci zamożni, którzy są mniej zamożni, będą mogli z Z4 obcować. Poza „tanim” motorem w ofercie Z4 jest również czterocylindrowy benzynowy motor o mocy 184 KM (20i — ceny od 159 tys. zł) i 245 KM (28i — od 184 tys. zł). Oraz wspomniane w liście miłosnym wyżej sześciocylindrówki — 35i, 306 KM (ceny od 227 tys. zł), 35is, 340 KM (ceny od 267 tys. zł). I wiecie co? Nie ma w ofercie diesla. Powoli robię się purystą. Bo wdzięczy jestem BMW za to, że nie przekonuje mnie, iż wysokoprężny motor współgra ze smukłością roadstera. Obudziłem bakcyla? Owszem! Mam go. Ale to nie jest kabriogorączka.

Przykryj ciało, by działało

Co prawda fani roadsterów pewnie uznają sztywny dach za zdradę stanu, mnie się jednak wydaje, że w naszych realiach to dobre rozwiązanie, tym bardziej, że Z4 wygląda sexy zarówno bez, jak i… w dachu. Poza tym to do bólu stereotypowy pojazd. Można mu zarzucić, że jest szpanerski i niepraktyczny. I będzie to zarzut na miejscu. Można mu zarzucić, że najczęściej wozi starszych panów. I też będzie w tym wiele racji. Dla mnie (nie, nie jestem jeszcze starszym panem) to świetne auto, ale… na kilka chwil. Ja i Z4 nie stworzymy stałego związku. Ot, wakacyjna przygoda. Romans bez perspektyw. Szalony, gorący, ale dzieci z niego nie będzie. Zdałem sobie sprawę, że Z4 podobała mi się wyłącznie dlatego, że pod jej długą maską pracowała ta, a nie inna jednostka. Majstersztyk techniki. A roadstery? Nie wiem, chyba jeszcze do nich nie dorosłem, a może nie złapałem właściwego bakcyla. Inna sprawa, że jedyny roadster, na jaki mnie stać, to Mazda MX5 (a i to z kredytem). Na takie auto jak Z4 przyjdzie mi poczekać. Długo. I może to jest wytłumaczenie. Może dlatego w autach takich jak Z4 wiatr najczęściej rozwiewa siwe włosy.