Grecka gospodarka na 24 godziny stanęła w miejscu. Związki zawodowe środowym strajkiem generalnym, do którego przyłączyły się zarówno instytucje publiczne jak i firmy prywatne, chcą zablokować forsowany przez rząd Antonisa Samarasa program cięć wydatkowych (warto 11,5 mld EUR), uzgodniony wcześniej z Europejskim Bankiem Centralnym, Komisją Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym (tzw. trojka).

Co strajk generalny oznacza dla greckiej gospodarki? Gdyby założyć, że cała środa wypadła z greckiego kalendarza, oznaczałoby to 803 mln EUR straty gospodarki. O tyle mniejszy byłby grecki PKB (przy założeniu, że w III kw. 2012 r. PKB Grecji wyniesie 54,4 mld EUR, czyli nominalnie o 5 proc. mniej niż przed rokiem oraz że w dzień roboczy wytwarzany PKB jest pięciokrotnie większy niż w weekendy i święta).
W całym 2012 r. grecki PKB byłby więc o 0,4 proc. mniejszy, niż gdyby w środę gospodarka pracowała normalnie. Przy 6-procentowej recesji to i tak żadna różnica?
- Każdy stracony dzień to zła wiadomość, bo oddala Greków od przezwyciężenia kryzysu, w jakim się znaleźli – przekonuje Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.
W Grecji im głębszy kryzys, tym więcej strajków. Sam wczorajszy strajk generalny teoretycznie oznacza przynajmniej kilkaset tysięcy pojedynczych zdarzeń uznawanych za strajk (według oficjalnej statystki, jest strajk to przerwanie pracy w zakładzie pracy przynajmniej na godzinę).
Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie - im gorsza sytuacja gospodarcza, tym mniej strajków. W 2002 r., kiedy bezrobocie dobijało do 20 proc., GUS odnotował w Polsce... jeden strajk. W 2008 r. zarejestrował ich już 13 tys. W 2009 odnotowano już tylko 49 strajków.
Dlaczego tak się różnimy od Greków?
Czytaj w czwartkowym "Pulsie Biznesu".