Wywiad Pulsu
Jerzy Głuszyński, dyrektor IBOiR Pentor
Czy radykalizacja nastrojów w upadających firmach może dać ich załogom jakieś efekty?
J.G.: Od ekscesów tego typu, co zajścia w szczecińskich ZPO Odra, żadnych pieniędzy nie przybędzie, a wręcz odwrotnie — jeśli menedżerowie zaczną bać się reakcji załóg, to będą postępować tylko gorzej, a nie lepiej. Albo porzucą posady, nie chcąc stać się przedmiotem szykan, albo będą podejmowali decyzje, po których wyjście z sytuacji okaże się jeszcze trudniejsze, jeśli nie wręcz niemożliwe.
- A jakie mogą być społeczne reperkusje awantury w Odrze?
— Stoczniowcy chcą pokazać drogę, na której można sobie coś wywalczyć. Jednak dzisiaj nie jest możliwe powtórzenie sierpnia 1980 r. Apele o robotniczą solidarność są łabędzim śpiewem, sięganiem po dwudziestu paru latach do metody z innej epoki. Dopóki ekscesy, których w ostatniej dekadzie trochę było, zdarzały się w mniejszych ośrodkach, to nie musiało tak rezonować. Jednak Szczecin jest, obok Gdańska, symbolem. Poza tym sprawa stoczni jest głośna już od dłuższego czasu, na rządzie coś wymuszono, ale podjęte dotychczas działania okazują się nieskuteczne i ten wulkan będzie dymił.
- Czy taki styl załatwiania sporów rozleje się po całym kraju?
— Wiele zależy od reakcji społecznej — czy będzie to potępienie zmasowane, czy selektywne. Dwuznaczna deklaracja ministra Janika w sprawie blokad chłopskich spowodowała, że władza przestaje się pokazywać jako konsekwentna i sama daje przyzwolenie. Teoretyzowanie ewidentnych przypadków naruszania prawa otwiera płaszczyznę do wylania się tego procesu. Jego samozwańczy liderzy mogą pojawić się w różnych ośrodkach, nie mówiąc oczywiście o Lepperze, który tylko czeka, aby się włączyć. Jestem jak najdalszy od marginalizowania awantury w Szczecinie, ale i nie twierdziłbym, iż wywoła ona falę. Takie zajścia raczej psują klimat społeczny małymi krokami.