Pierwszą „jej” pustynią była Mojave w USA.

— Pojechała tam z mężem. Zwiedzali Stany Zjednoczone, a ta pustynia była na mapie wyprawy.
— Pamiętam, jak szliśmy przez Dolinę Śmierci, jedno z najgorętszych miejsc na świecie. Uderzyła mnie nieprawdopodobna cisza. Kilka dni byłam pod jej wrażeniem. Siła ciszy była dla mnie wielkim zaskoczeniem i przyjemnością, która mnie pociągała. Wtedy nabrałam przekonania, że pustynia to miejsce, do którego chciałabym wracać — wspomina Zofia Dzik, prezes Fundacji Humanites — Sztuka Wychowania.
To było 16 lat temu. Kolejna była pustynia Tule (Nevada), potem spora przerwa, aż wreszcie przyszedł czas na pustynie: Judzką, Negev, Gobi i w tym roku Namib. Marzy, by zobaczyć wszystkie, które są na naszym globie.
Niezwykła turystyka
Nie wyjeżdża z biurem podróży. Przez internet szuka ludzi, którzy też chcą się znaleźć na pustyni. Na ogół to międzynarodowe 8-, 10-osobowe grupy — Holendrzy, Szwajcarzy, Japończycy, Amerykanie. Zawsze jest z nimi przewodnik lub ktoś dość dobrze znający okolicę. Organizacja wyprawy nie jest łatwa. Trzeba wybrać taki czas, żeby nie trafić na największe upały, porę deszczową czy zbyt duże nocne przymrozki.
Staram się tak zaplanować podróże, by nie odbywały się w ważnych dla moich najbliższych momentach, by nie zakłócały rytmu życia rodzinnego. Nie chcę robić sobie przyjemności kosztem bliskich. Nie mogłabym rzucić wszystkiego i wyjechać np. na pół roku. To byłoby zbyt egoistyczne. Dlatego moje pustynne podróże trwają najwyżej trzy tygodnie — opowiada Zofia Dzik.
Wyjeżdżając, zostawia bliskich w poczuciu, że będzie bezpieczna, bo wie, że to dla nich ważne. — Nie kuszę nadmiernie losu. Nie są to wyprawy bardzo ryzykowne. Zawsze mamy ze sobą telefon satelitarny, choć bywają dni, kiedy jest rozładowany, co da się przewidzieć i zawsze o tym uprzedzam rodzinę — tłumaczy.
To nie jest zwykła turystyka, dlatego trudno zebrać grupę zainteresowanych przeżyciem kilku tygodni na pustyni. Różne są motywacje tych, których tam ciągnie. Na przykład wyprawa, do której dołączyła w Namibii, zorganizowała się wokół namibijskiej organizacji pozarządowej, której celem jest ratowanie i przywracanie do naturalnego środowiska słoni pustynnych. To ją zaciekawiło. Najpierw kilka dni spędzili na pustyni, zabezpieczając miejsca z wodą dla słoni, które wracają na te tereny. Pozostały czas poświęcili ich tropieniu.
— U nas o kimś, kto się porusza głośno i niezgrabnie, mówi się, że jest jak słoń. A one są niezwykle ciche i świetnie chodzą po skałach, gdzie rosną w niewielkich ilościach rośliny, którymi się żywią. Gdy nocą słonie prawie dotykały nas, śpiących, budziliśmy się nie na odgłos ich kroków, lecz mlaskania nad głowami. Słonie namibijskie świetnie się przystosowały do życia w pustynnych warunkach, są np. zdolne do wiercenia studni. Ich trąba działa jak detektor. Wyczuwają wodę i trąbą wywiercają dziurę, z której piją również inne zwierzęta — opowiada Zofia Dzik.
Pustynia Namib na północy jest drugą (pod względem ilości opadów) najsuchszą pustynią na świecie, ale najbogatszą w zwierzęta. W nocy znad Atlantyku napływają masy wilgotnego powietrza. Tworzy się mgła, która opada na ziemię w postaci rosy. Dlatego czasem śpiwory uczestników wyprawy były rano mokre jak po mocnym deszczu. Ale wiele żywych organizmów absorbuje wodę z tej właśnie mgły.
Pod nieboskłonem
Zofia Dzik wyznaje, że lubi spać pod gołym niebem i przemierzać pustynie pieszo. Kiedy o tym opowiada, wszyscy pytają o skorpiony, pająki i jadowite gady.
— Oczywiście, że są… ale prawda jest taka, że boją się nas nie mniej niż my ich. Dzięki prostym zasadom bezpieczeństwa, np. przykrywaniu butów na noc i sprawdzaniu ich przed włożeniem można uniknąć ryzyka — zapewnia.
W Mongolii zdarzało się jej nocować w jurtach zbudowanych specjalnie dla turystów i w napotkanej przypadkiem jurcie mongolskiej rodziny.
— Zachwyciło mnie, jak przemyślnie je skonstruowano. Wpasowane w klimat i otoczenie wytrzymują ekstremalne warunki pogodowe. Nigdy nie doświadczyłam tak silnego wiatru jak w mongolskiej jurcie podczas burzy. Wrażenie robi ogromny głaz, który wisi pośrodku i dociąża budowlę. W Mongolii częściowo poruszaliśmy się też na wielbłądach i niezwykle popularnym tam radzieckim łazikiem, który ciągle się psuł i gotowała mu się woda w chłodnicy. Wyzwaniem było też zdobycie paliwa, którego notorycznie brakowało na maleńkich stacjach rozrzuconych na ogromnych przestrzeniach kraju — wspomina Zofia Dzik. W Mongolii przeżyła jeszcze jedną przygodę — sama dotarła tam bez problemu, ale jej bagaż dopiero po dwóch tygodniach.
— Wszyscy z ekipy zrzucali się, by mnie przyodziać. Strasznie marzłam, bo nocą temperatura spadała nawet lekko poniżej zera. Podczas gdy za dnia wynosiła ponad 30 stopni — mówi Zofia Dzik.
Na Gobi nie było większego problemu z wodą. Wszędzie, gdzie według planu wędrówki docierali, mogli się w nią zaopatrzyć. Zaś w Namibii wodę trzeba było oszczędzać. Każdy miał swój zapas do picia, o umyciu się nie było mowy.
— Podczas wypraw pieczemy chleb na ognisku, takie podpłomyki. W Namibii gotowaliśmy potrawy w jednym garnku. Do żeliwnego kociołka wrzucaliśmy warzywa, kaszę, ziemniaki i taki posiłek jedliśmy raz dziennie. Zawsze mam też wysokobiałkowy i kaloryczny prowiant, np. batony energetyczne czy puszki z tuńczykiem — opowiada Zofia Dzik.
Życie na pustyni to wielka próba również ze względu na wspólne egzystowanie uczestników wyprawy. Kiedy słońce stoi wysoko, jest tak gorąco, że nie da się iść. Trzeba ten czas przeczekać. Znaleźć lub zrobić choć mały cień. Ludzie przebywają wtedy bardzo blisko siebie na niewielkiej przestrzeni. Pojawia się zmęczenie, oznaki odwodnienia, dość często rozdrażnienie.
Śladami proroków
Twierdzi, że każda pustynia jest inna i o każdej mogłaby opowiadać godzinami. Skaliste, po których wędruje się jak po górach, wydmowe, których piękno zapiera dech w piersiach, czy np. płaska Gobi, która robi wrażenie swoim bezkresem.
— W każdą stronę, gdzie się spojrzy, nie ma nic. Jesteśmy my — mali ludzie, czasem stada zwierząt. Każde z tych miejsc ma zupełnie inny, niepowtarzalny charakter i kolorystykę. Myślę, że nie przypadkiem wielu wielkich tego świata, by usłyszeć swój wewnętrzny głos i głos Boga, chodziło właśnie na pustynie. Większość zdarzeń Starego i Nowego Testamentu rozgrywa się w Egipcie i na pustyni Negev. Dla mnie to również miejsca, w którym zdecydowanie czuję się bliżej Boga — twierdzi Zofia Dzik.
Jej zdaniem, o ile dbamy o higienę, codziennie się myjemy, przebieramy w czyste ubranie, o tyle zupełnie zapomnieliśmy o higienie umysłu. Żyjemy w biegu i mamy problem z wyciszeniem się. Zatraciliśmy naturalną zdolność uspokojenia wewnętrznego.
— Ci, którzy już wiedzą, jak ważne jest zresetowanie umysłu, mają na to różne sposoby. Jedni łowią ryby, inni medytują, jeszcze inni wspinają się na szczyty lub potrzebują sprawdzenia się, podniesienia adrenaliny. Na przykład mój mąż uwielbia windsurfing. Pływając, czeka na momenty, kiedy wchodzi w pełny ślizg, mknie, a jego umysł jest skoncentrowany na tu i teraz. Przez kilka sekund jest częścią fali i wiatru. Mówi, że po takich doznaniach jego ciało całe drży z radości. Ja lubię trekking, wędrowanie i bliskość natury. Wędrowałam w szkole, na studiach i teraz — opowiada Zofia Dzik.
Ale niektórzy się obawiają wyciszenia, refleksji, bo to wytrąca z rytmu, w którym działają. Boją się, że gdy wejdą w taką fazę, to zatracą codzienną dynamikę — co nie jest prawdą. Umiejętność zatrzymania się, refleksji jest ważna dla każdego człowieka, a w szczególności powinna być kluczową umiejętnością liderów. Zofii Dzik pustynne podróże dają zastrzyk energii.
— Wielu postrzega mnie jako osobę bardzo aktywną. Po wyprawie podobno jestem jeszcze bardziej nakręcona do działania. Pustynia jest dla mnie miejscem, które pozwala mi się zatrzymać na chwilę, ale nie uciec od świata. Po takiej wyprawie wracam zregenerowana, z nowymi siłami — twierdzi Zofia Dzik. Podczas podróży przez pustynie pisze pamiętnik. Notuje, co się działo, co robiła, o czym myślała.
— To dodatkowe zajęcie, pozwalające na autorefleksję. Zwracam uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam albo patrzyłam na nie inaczej. Mamy taki rytuał rodzinny, że kiedy wyjeżdżamy gdzieś razem z mężem, czytam mu moje zapiski z wypraw — mówi Zofia Dzik.
Która pustynia będzie następna? — Mam niedosyt Gobi. Ale chciałabym też wrócić do Namibii, tym razem jednak do jej południowej części. Będąc w tym kraju, nie można też nie zobaczyć kolejnej pustyni — Kalahari, która się ciągnie od południowo-wschodniej Namibii przez Botswanę i część RPA. Tak, to będzie mój kolejny kierunek — zapowiada Zofia Dzik. &
Zofia Dzik
Prezes Fundacji Humanites — Sztuka Wychowania oraz członek rad nadzorczych spółek TU Link4, Erbud i PKO BP.
