Śmieci i kosztowności… Komiksy kupisz w kiosku albo obejrzysz na starorzymskiej kolumnie. Pasjonują niedokształconych biedaków, ale też stają się amokiem bogaczy, źródłem niebotycznie drogich kolekcji.
Od siedemdziesięciu lat Kent Clark, elegancki facet o bystrym spojrzeniu, chodzi ulicami amerykańskich miast. Ludzie go znają jako reportera gazety „Daily Planet”. Jednak najlepsze newsy kreuje on sam, latając, walcząc i ratując świat tu i ówdzie — już jako Superman. Do pomocy ma zastępy popleczników — z Batmanem i Spidermanem na czele. Po drodze trafił się i Plasticman…
Komiks w śmietance
Hollywoodzki gwiazdor Nicolas Cage dałby się pokroić za Supermana. Pisze przygodowe komiksy, syna nazwał Kal-El (jak nazywał się chłopiec urodzony na planecie Krypton, który potem został Superbohaterem). Swój zbiór komiksów aktor sprzedał parę lat temu za ponad 1,5 mln dolarów!
Twórcami, kolekcjonerami i czytelnikami komiksów są też jego koledzy z show-biznesu — m.in. Guy Ritchie, Mike Carey i Adrien Brody. W kulturze frankofońskiej nikt nie robi sensacji, gdy na półkach polityków tego kalibru co Nicolas Sarkozy lub Jacques Chirac, obok rozpraw Machiavellego przycupnie zeszyt z Thorgalem. Do kultu galijskich komiksowych idoli — Asteriksa i Obeliksa — co rusz odnoszą się naukowcy.
Cesarz klasyk
Wszyscy wspomniani komiksowi herosi poradziliby sobie zapewne z efektownym podrzuceniem czy opakowaniem w pajęczą sieć Kolumny Trajana. Czterdziestometrowa budowla, ze schodami wewnątrz, ginie w wirze zabytków Rzymu. A szkoda, bo uważana jest za wspaniały okaz historii obrazkowej. Każdy miłośnik komiksu winien ją zobaczyć na własne oczy — twierdzą przewodniki po Wiecznym Mieście.
Marmurowa kolumna, zbudowana w 113 roku, jest najstarszym zachowanym komiksem. To na niej cesarz Trajan rozkazał zamieścić obrazkową historię wojny z Dakami. Kilkadziesiąt wstęg opasujących bryłę do dziś jest niezłym magnesem dla czytelników. Pozostaje przy tym arcydziełem sztuki. Widać na niej także pierwsze kadrowe sztuczki: pasy na dole są dużo węższe od tych na górze, przez co widzom wszystkie obrazki wydają się tego samego rozmiaru.
Czytelnicy — po wynalazku druku — poszli po rozum do głowy. Po co jechać do komiksu, skoro tenże może przyjechać do ciebie? No i zaczęło się. Jeśli kochać komiks, to na zabój.
— Komiks trzeba umieć czytać, a w sumie: oglądać i czytać zarazem. Wielu sobie z tym nie radzi, po części stąd niska popularność tego gatunku w Polsce. Wielu dorosłych uważa komiks za głupawe medium dla dzieci lub analfabetów — przyznaje Tomasz Kołodziejczak, menedżer wydawniczy w wydawnictwie Egmont Polska.
Donald morderca
W światku ludzi komiksu postać znana, niekoniecznie tylko jako menedżer. Gdy wchodzi się do jego biura, wyglądającego tak, jakby przed chwilą spadł na niego deszcz komiksów, można uwierzyć, że nie tylko wyniki sprzedaży ma na głowie. 41-letni Tomasz Kołodziejczak jest autorem wielu powieści i opowiadań fantasy. W Egmoncie zaczynał m.in. jako redaktor naczelny… „Kaczora Donalda”.
— „Kaczora” nadal czytuję. Na Zachodzie uchodzi on za świetnie pismo rodzinne. Uważam, że to znakomicie narysowany komiks, ciekawy i z wyraźnymi postaciami — prawi Tomasz Kołodziejczak.
Tym samym czyta to samo, co jego kilkuletnie córki. Jednocześnie pochłania takie arcydzieła dla dorosłych, jak „Nowy Jork” Willa Eisnera, „Incal” Moebiusa czy „Sin City” Franka Millera: ot, seria drastycznych czarno-białych opowieści kryminalnych. Rysowane sugestywnie i wsparte świetną narracją sprawiają, że niejeden usłyszy świst kuli, zmierzającej ku Marvowi, jednemu z antybohaterów Sin City.
— To pozycje adresowane do miłośników gatunku, czytelników zainteresowanych sztuką, grafiką, wydarzeniami kulturalnymi — tłumaczy Kołodziejczak.
Okazuje się jednak, że największą widownię ma Kaczor Donald, z łatwością sprzedający się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Do tego nieśmiertelni: „Thorgal”, „Tytus, Romek i A’Tomek” czy powracający z socjalistycznej przeszłości „Kapitan Żbik”. Nowości z trudem wychodzą poza nakłady kilku tysięcy. Choć sprzedaż książek rośnie, komiksów — niekoniecznie.
— To też kwestia kalkulacji ceny. Komiks daje rozrywkę na godzinę, dwie, natomiast książka w tej cenie nawet na kilka razy dłużej. Tyle że nie ma ona tych świetnych ilustracji, a do tego komiks można oglądać kilkanaście razy, niczym ulubione zdjęcia czy obrazy — przekonuje Tomasz Kołodziejczak.
Kolce rynku
Papcio Chmiel, w Polsce legenda, na Zachodzie — nieznany. Europejski komiks kręci się wokół rejonów frankofońskich, gdzie jedną z supergwiazd jest Grzegorz Rosiński, rysownik Thorgala. Europejscy fani komiksu znają i cenią także Zbigniewa Kasprzaka. Jest jeszcze trochę polskich nazwisk młodszych twórców, czyhających na szansę. Zwykle jednak trudno z samego komiksu wyżyć. Wiedzą coś o tym twórcy „Jeża Jerzego”. To jeden z najpopularniejszych polskich komiksów tworzonych przez twórców młodego pokolenia.
— Utrzymać się z tego nie jest rzeczą niemożliwą, ale na pewno nie można opierać się tylko na albumach — przyznaje Rafał Skarżycki, scenarzysta „Jeża Jerzego”.
I tym samym pracuje w telewizji, gdzie pisze scenariusze. Zaznacza, że gdyby codzienna prasa w Polsce była przychylniejsza tzw. stripom, czyli komiksom paskowym w gazetach, twórcom byłoby łatwiej. A tak, choć albumy „Jeża Jerzego” ukazują się w nakładach 10 tys. egz. — czyli znacznie wyższych od średniej rynkowej — na kokosy nie liczy. Tomasz Lew Leśniak, rysownik „Jeża”, dorabia, opracowując storyboardy czy teledyski. Obaj odnieśli jednak sukcesy także za granicą: ich komiksy ukazywały się w Belgii i na Ukrainie. Teraz Jeż pojawi się na wielkim ekranie, powstaje film pełnometrażowy. Premiera za dwa lata.
— To zupełnie inna bajka, następny krok. Choć trzeba być cierpliwym, tu realizacja jednej minuty animacji trwa tydzień — zaznacza Tomasz Leśniak.
Z Rafałem Skarżyckim poznali się jako uczniowie tego samego liceum. Pewnego popołudnia Skarżycki natknął się na nudną lekturę, powieść fantasy Gordona R. Dicksona „Smok i Jerzy”. Aby odreagować, stworzył scenariusz komiksu pod tym samym tytułem — ale ciekawszej treści. Narysował go i pokazał koledze.
— Był wciągający, tylko te rysunki... — wspomina Tomasz Leśniak.
Sam naszkicował więc Jeża i namówił Rafała na kolejne części. I tak ze szkolnej gazetki, przez wersję dla dzieci w „Świerszczyku” i tę ostrzejszą w „Ślizgu” aż do „Gazety Wyborczej” — niesforny i najeżony Jerzy zdobywał czytelników. Ciekawe, co by wyszło z jego spotkania z Kentem Clarkiem! Zapewne dystyngowany Amerykanin nie załapałby swojskiego „czołem, lewary!”, którym Jerzy częstuje na lewo i prawo.
