Dla hodowców strusi po chudych latach nadeszły tłuste. Spośród rolników, którzy kilkanaście lat temu — zachwyceni nowym pomysłem na biznes i wizją szybkich zysków — zaczęli zakładać hodowle, w branży zostali tylko najwytrwalsi.
![STRUSIOWA EWOLUCJA: Struś to mięso, jaja, pióra i skóra, jednak w Polsce to wciąż raczej wabik na turystów. Hodowcy wierzą, że z czasem przekonają konsumentów nie tylko do oglądania zwierząt, ale też do jedzenia strusiny. [FOT. BLOOMBERG] STRUSIOWA EWOLUCJA: Struś to mięso, jaja, pióra i skóra, jednak w Polsce to wciąż raczej wabik na turystów. Hodowcy wierzą, że z czasem przekonają konsumentów nie tylko do oglądania zwierząt, ale też do jedzenia strusiny. [FOT. BLOOMBERG]](http://images.pb.pl/filtered/e253da77-af98-4df5-ae17-5cd9eb04e84f/480f3b19-1475-53ac-8fb1-786d643a5c15_w_830.jpg)
— Tradycja hodowli strusi w Polsce to zaledwie 20 lat. Po kilku latach zrobił się wielki boom na strusie, które były postrzegane jako łatwy i szybki pieniądz. Tymczasem pojawiały się problemy ze sprzedażą strusi rzeźnych, znalezieniem odbiorców i czasem, jaki trzeba przetrwać w oczekiwaniu na pierwsze zyski. Do uboju przeznacza się ptaki roczne, ale produktywne, czyli znoszące jaja, muszą mieć co najmniej trzy lata — wyjaśnia Katarzyna Michnowska, założycielka Gospodarstwa Agroturystycznego Struś i prezes Polskiego Związku Hodowców Strusi (PZHS).
Szwajcarzy jedzą...
Z produkcji drobiu Polska jest znana w Europie. W zeszłym roku staliśmy się jego największym producentem w UE, jednak mięso strusie dopiero wydeptuje sobie miejsce na rynku. Hodowcy chwalą sobie rosnące ceny mięsa i rozwijające się kontakty z zagranicą.
— Rynek się uporządkował. Mamy kontakty i stałych odbiorców oraz wiedzę i jednostki naukowe, które pomagają w hodowli — mówi Katarzyna Michnowska. Jerzy Mrugasiewicz, kiedyś członek zarządu PZHS, odszedł niegdyś ze strusiego biznesu właśnie ze względu na ceny i problemy ze zbytem. — Teraz widzę, że rynek się odradza i być może warto wrócić — mówi
były hodowca. Ceny nareszcie umożliwiają rozwój. — Przez ostatnie lata rosną, bo zagraniczni odbiorcy zgłaszają coraz większy popyt. Obecnie za kilogram ptaka ubojowego można dostać w skupie około 12,5- -14 zł. Największymi konsumentami strusiny są Szwajcarzy, Niemcy i Włosi. Mają sporo mięsa własnej produkcji, ale nie pokrywa ono rosnącego zapotrzebowania. Do nasycenia rynku jest jeszcze daleko — twierdzi Katarzyna Michnowska.
...Polacy oglądają
Zdaniem szefowej PZHS, strusie to bardzo wdzięczna hodowla — nie mają przykrego zapachu i nie trzeba ich doić. Szacuje, że w Polsce działa obecnie około 30 większych hodowli, produkujących po kilkaset ptaków rocznie. Z danych Krajowej Rady Drobiarstwa wynika, że w zeszłym roku ubito 2184 strusi (dla porównania — w tym czasie pod nóż trafiło 6 mln gęsi). W statystykach bardziej imponująco wygląda tonaż, bo jeden ptak przeznaczony do uboju waży 85-110 kg. W kraju popyt na strusie, ale nie mięso, lecz jaja, pojawia się przed Wielkanocą. Katarzyna Michnowska jest pewna, że do spożycia strusiny też uda się przekonać rodzimych konsumentów.
— Struś już się w Polsce opatrzył, a ludzie zaczęli pytać o jego walory kulinarne. Potrzebujemy już nie dekad, ale kilku lat, żeby taką kategorię w branży spożywczej zbudować — zapewnia prezes PZHS. Wędliny ze strusia oferuje jeden z większych producentów mięsa — obecna na giełdzie
Grupa Tarczyński. Najwięksi gracze rynku drobiu nie zamierzają jednak wchodzić w tę kategorię.
— To bardzo specyficzny rynek. Ubój strusi jest zbliżony raczej do uboju bydła czy trzody chlewnej, a nie drobiu. Krajowy zbyt ogranicza się w zasadzie do rynku HoReCa, a konsumentami przed zakupami wstrzymuje wysoka cena oraz brak tradycji jedzenia strusiny. Na Zachodzie produkty ze strusia kupuje się na święta, u nas króluje wtedy karp. Ponadto wciąż mamy jeszcze dużo do zrobienia na rynku mięsa indyczego, kaczego i gęsiego — potencjał tych segmentów jest niewykorzystany. Dopiero po ich zagospodarowaniu zaczniemy myśleć o strusiach — tłumaczy Jacek Lewicki, prezes Drosedu.
Dobrze dzieje się także w strusiej turystyce. To również efekt oczyszczenia rynku po wcześniejszej modzie.
— Podobna liczba turystów ma do wyboru mniejszą liczbę farm, więc ostatecznie zyskali ci, którzy przetrwali. Rynek wymusił specjalizację. My postawiliśmy przede wszystkim na turystów — zwiedzanie i sprzedaż wszelakich produktów ze strusia — od kolorowych wydmuszek, przez wachlarze ze strusich piór do skórzanych portfeli czy miotełek — mówi Rafał Dąbkowski, pełnomocnik Strusiej Farmy w Kniewie.