Publiczna oferta akcji Hoopa, który dzisiaj debiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, była bardzo dyskretna, by nie powiedzieć, niewidoczna. Nie liczę oczywiście reklamy mimowolnej, czy też mimochodem, przy okazji „akcji Supłacza”. Dyskusja nad problemem: „Supłacz a sprawa Hoop” rozegrała się w prasie specjalistycznej i zapewne nie miała żadnego wpływu na pragnienie konsumentów oranżady Hoopa. Ale o tym za chwilę. Wybrano drogę reklamy wizerunkowej, licząc zapewne, że z jednej strony wpłynie ona na utrwalenie pozycji rynkowej produktów, z drugiej zaś, na tyle ugruntuje w świadomości inwestorów nazwę producenta napojów, że i akcje pójdą jak dobrze schłodzony napój w upalne lato na pustyni. Osiągnięty efekt przerósł zapewne oczekiwania jego autorów, ale nie jestem pewien, czy rzeczywiście o to im chodziło. Nie wiem, jak sprzedają się oranżady, ale akcje sprzedały się cokolwiek słabo.
Słabo — i to mimo tego, że były sprzedawane na prawdziwej pustyni. Od lat już spółek na warszawskim parkiecie, miast przybywać, ubywa. Oferty nie tyle zdarzają się rzadko, ile ich po prostu nie ma. A mimo to, mimo obniżenia ceny, nabywców znalazło znacznie mniej akcji niż to wynikało z pierwotnego book buildingu.
Cztery biura maklerskie opracowały, niezależnie od siebie, raporty o spółce. Nawet biorąc pod uwagę obniżoną wiarygodność (dla inwestorów) trzech z nich, bo ich autorami byli analitycy z biur związanych z ofertą, pozostaje jeszcze raport BDM PKO BP. To one stały się podstawą zapisów na akcje w połowie lipca, w pierwszym podejściu do publicznej oferty. Jeżeli jeden tajemniczy raport, bliżej nieznanego nikomu Jarosława Supłacza, w którym kwestionuje on nie tylko wycenę firmy, ale również jej kondycję finansową, a przede wszystkim uczciwość jej założycieli, burzy cały misternie ułożony plan debiutu publicznego, to coś tu jest nie tak.
Czy spółka przeszła do kontrofensywy? Niby tak, ale nie do końca. Upowszechniono opinie o małej wiarygodności autora krytycznej niby-analizy, sugerowano, jakoby chodziło mu o jej sprzedaż firmie (wtedy mogłaby zostać wyrzucona do kosza), powiadomiono prokuraturę. Ale zarząd spółki unikał konfrontacji z niezależnymi analitykami, którzy chcieli zadać możliwie wszystkie niewygodne pytania. Oferta „PB” w tej sprawie niby została przyjęta, ale do spotkania nie doszło.
Analitycy naszych instytucji finansowych, biur maklerskich, zarządzający powierzonymi finansami na zlecenie nie wyjaśnili, w oparciu o jakie przesłanki najpierw złożyli zlecenia zakupu akcji Hoopa, by później się z nich wycofać. Czy mamy prawo wobec tego przypuszczać, że nie tylko sami nie przeprowadzili własnego badania spółki, zakup akcji której rekomendowali, ale nawet nie przeczytali uważnie istniejących i dopiero medialny szum odwiódł ich od myśli o zainwestowaniu w tę firmę. Ale w takim przypadku nigdy nie będą wiedzieli, czy ustrzegli się od błędu, czy stracili doskonałą okazję.
Całe to zamieszanie źle wróży zarówno spółkom wybierającym się na parkiet (a jest ich podobno już sporo), jak i biurom maklerskim, zarządzającym funduszami. A przede wszystkim nam, wszystkim inwestorom i całemu rynkowi w ogóle.