W 2025 r. popularność zyskało hasło „debasement trade” oznaczające wzrost cen aktywów, które są odporne na spadek wartości dolara i innych głównych walut. Po polsku najlepszym swobodnym przekładem tego hasła może być zakład na reset systemu. Jest to związane z przekonaniem niektórych inwestorów, że rosnące zadłużenie publiczne oraz konflikty polityczne na świecie muszą w końcu doprowadzić do istotnego spadku wartości pieniądza – po angielsku oznacza to „debasement”. Inflacja jest naturalnym skutkiem konfliktu, jeżeli prowadzi do monetyzacji długu.
Narodowy Bank Polski w zakładach na reset systemu stoi jako jeden z pierwszych w kolejce. Bank bardzo szybko zwiększa zakupy złota i udział kruszcu w swoich aktywach (obecnie wynosi 28 proc.). W czwartek prezes Adam Glapiński ogłosił, że wystąpi do zarządu o zgodę na zwiększenie zasobów złota z 500 do 700 ton, co przy obecnych cenach oznacza zakupy za 100 miliardów złotych.
Tutaj musimy zatrzymać się na moment i wyjaśnić skąd w ogóle NBP bierze pieniądze na te zakupy. Są to nasze pieniądze, nalężące do obywateli.
Głównym źródłem przyrostu rezerw walutowych Polski jest wymiana funduszy europejskich przez rząd w banku centralnym. Bank bierze euro i wytwarza złote. Prowadzi to do zwiększenia ilości pieniądza w obiegu, ale też do przyrostu rezerw walutowych Polski. Czyli rośnie ilość pieniądza, ale ten pieniądz ma istotne oparcie w zasobach twardych walut trzymanych przez bank centralny.
Ten przyrost ilości pieniądza przyczynia się do tego, że złoty od ponad 15 lat jest notowany realnie nisko wobec innych walut, czyli ceny w Polsce są wyraźnie niższe niż wynikałoby to z poziomu naszego rozwoju. Dzięki temu Polska ma bardzo wysokie saldo handlowe jak na kraj, który otrzymuje duże transfery zagraniczne napędzające import.
Gdyby rząd wymieniał wszystkie fundusze europejskie na rynku złoty byłby mocniejszy, import większy wobec eksportu i przypływający pieniądz odpłynąłby w formie zakupów zagranicznych. Dlatego obecna forma polityki makroekonomicznej jest w istocie wielką dotacją dla eksporterów, wzmacniającą rozwój sektorów eksportowych w kraju. Otwarte pozostaje bardzo ciekawe pytanie o to, jak nasza gospodarka wyglądałaby w tym alternatywnym scenariuszu? Możliwe, że sektory eksportowe zostałyby zduszone, a Polska zostałaby z wielką siecią nikomu niepotrzebnych autostrad i lotnisk. Ale jest też możliwy inny scenariusz: mocny złoty obniżyłby ceny importu maszyn i pozwolił polskim firmom na szybszą automatyzację. Zostawię to na razie pytaniem otwartym. Pokazuję tylko w tym miejscu, że polityka prowadzona przez rząd i NBP ma wielki wpływ na strukturę gospodarki.
Wracamy do NBP. Do niedawna polityka inwestowania rezerw była zupełnie w cieniu i nie interesowała zbyt wielu osób. Jasne było, że bank kupuje bezpieczne aktywa zagraniczne, głównie w obligacje, w strukturze walutowej odpowiadającej mniej więcej strukturze walutowej polskiego handlu zagranicznego i zobowiązań zagranicznych rządu.
Ale w ostatnich latach NBP podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu ilości złota, czyli kruszcu, który jest uznawany za przechowalnię wartości, ale który nie daje bankowi centralnemu – a tym samym naszemu społeczeństwu – bieżących dochodów z inwestycji. Przy tak dużych inwestycjach w złoto jak dziś wartość utraconych odsetek staje się zauważalna. 700 ton złota to około 350 miliardów złotych, co przy realnych rentownościach obligacji za granicą na poziomie 1-2 proc. przekłada się na realną utratę kilku miliardów złotych dochodów rocznie przez sektor publiczny. To nie jest nic. Przypomnijmy, jaka była awantura polityczna o wzrost CIT dla banków czy weto wobec ustawy zwiększającej akcyzę na alkohol. A to są takie kwoty.
Prawie rok temu pisałem, że zakład NBP na złoto okazał się udany. Bank zaczął inwestować w kruszec w 2023 roku, tuż przed rozpoczęciem wielkiej fali hossy na złocie. Może nie mamy dochodów, ale mamy większe aktywa, które są zabezpieczeniem bezpieczeństwa kraju. Co więcej, w miarę jak Donald Trump zaczął straszyć możliwym opodatkowaniem zagranicznych inwestycji w amerykańskie obligacje jasne się stało, że system chwieje się w posadach.
Uważam jednocześnie, że im więcej zakupów po coraz wyższych cenach, tym temat bardziej kontrowersyjny. Rezygnujemy z dochodów za cenę zakładu na to, że najważniejsze waluty świata będą systematycznie tracić na wartości. Że dochody z obligacji skarbowych krajów zachodnich są niepewne. Gramy na całego przeciwko systemowi i to w tym samym czasie, kiedy rząd stara się zachęcić obywateli do zaufania rynkowi kapitałowemu i lokowania na nim większej części oszczędności.
To nie są pieniądze NBP i Adama Glapińskiego, tylko nas wszystkich. Dlatego prezes NBP powinien przedstawić Sejmowi i obywatelom głębsze przesłanki swoich decyzji.
