Lepiej byłoby, gdybyśmy do wyborów poszli na wiosnę. To skróciłoby okres niepewności i uspokoiło inwestorów — twierdzą analitycy.
Jeszcze do niedawna większość obserwatorów polskiej sceny politycznej była przekonana, że wybory parlamentarne odbędą się wiosną. Teraz to wcale nie jest takie pewne. Premier Marek Belka upiera się co prawda, że już 5 maja poda się do dymisji, z wypowiedzi liderów SLD wynika jednak, że może jej nie przyjąć prezydent (odmiennego zdania jest Władysław Frasyniuk, lider powstającej Partii Demokratycznej). Sam Aleksander Kwaśniewski zapowiedział natomiast, że dymisji nie przyjmie do czasu zakończenia szczytu Rady Europy. SLD walczy o wybory w późniejszym terminie.
Wbrew SLD
Zdaniem ekonomistów, dla naszej gospodarki byłoby jednak lepiej, gdyby głosowanie odbyło się wiosną.
— W tym przypadku sprawdza się powiedzenie: im szybciej, tym lepiej — uważa Marcin Mróz, ekonomista Societe Generale (SG).
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez BCC, tego samego zdania są przedsiębiorcy.
— Chodzi głównie o ustawę budżetową, do której założenia powstawać będą w czerwcu. W przypadku wcześniejszych wyborów jest duża szansa, że przygotuje ją już nowa ekipa rządząca — uważa Bożena Radzewicz-Bąk, ekonomistka Banku Handlowego.
Moglibyśmy się wtedy spodziewać odważniejszego budżetu.
— Jeśli budżet przygotuje obecny rząd, nie będzie on sprzyjał rozwojowi — uważa ekonomistka BH.
Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP, zwraca uwagę, że teraz, gdy odwraca się trend na rynku złotego i obligacji, inwestorzy mogą być bardziej wrażliwi na sygnały płynące ze świata polityki.
— Do niedawna optymizm rynku był tak duży, że nawet obiektywnie niepokojące informacje nie potrafiły go schłodzić. Obawiam się, że teraz, gdy rozpoczęła się korekta, wszelkie informacje mogą być gorzej odbierane przez inwestorów — uważa ekonomista PKO BP.
Wcześniejsze wybory zmuszą polityków do szybszego przedstawienia programów, także gospodarczych. A to one, wraz z pojawiającymi się aktualnymi sondażami wyborczymi, dadzą inwestorom informacje, pozwalające przewidzieć politykę gospodarczą przyszłego rządu, m.in. strategię fiskalną i jego stosunek do strefy euro.
— Na razie rynek darzy partie zaufaniem. Ale o tym, jak dużym, przekonamy się dopiero, gdy poznamy ich programy — twierdzi Bożena Radzewicz-Bąk.
Rynek lubi wiedzieć
Według Marcina Mroza, wydłużanie okresu tymczasowości i trwanie obecnego układu rządzącego powoduje, że inwestorzy mniej przychylnie patrzą na nasz rynek.
— Bardzo nie lubią niepewności i nieoczekiwanych wydarzeń — zauważa Łukasz Tarnawa.
Jest duże prawdopodobieństwo, że doszłoby do takich zdarzeń, gdyby wybory miały się odbyć jesienią. Można sobie wyobrazić, że w gorączce kampanii przedwyborczej posłowie zechcą kupić głosy wyborców szkodliwymi dla gospodarki pomysłami.
— Mizerne są przesłanki przemawiające za pojawieniem się przed głosowaniem na rynkach euforii. Jeśli odbędzie się ono wiosną, po krótkiej nerwowości możemy spodziewać się powrotu dobrych nastrojów — twierdzi ekonomista SG.