Nagłe i nieprzewidywalne zwroty nowojorskich indeksów bardzo komplikują życie warszawskim inwestorom, zmuszonym do uważnego śledzenia coraz bardziej wartkiego strumienia informacji płynących z amerykańskich spółek. Do tego trzeba dodać także obserwację kapryśnych notowań ropy. Tempo wydarzeń jest tak szybkie, że każdy dzień może przynieść brzemienną w skutki niespodziankę.
Wczoraj nastroje w Europie podgrzał duży podskok notowań za Atlantykiem, a wszystkie indeksy GPW zaświeciły na zielono. Dzisiaj sytuacja się odwróciła, choć widać było wyraźnie, że zmęczony spadkami rynek nie ma ochoty wracać tam, skąd niedawno przyszedł.
Niestety przekraczające 2 proc. straty indeksów w USA pod wpływem nowej fali obaw o los spółek finansowych nie zapowiadały udanej sesji na GPW. Nerwowość wzrosła wraz otwarciem głównych giełd Europy, które zanotowały spore straty. Gdyby nie lekkie odbicie na rynku terminowym, sugerujące częściowe odrobienie strat za Atlantykiem, poranna przecena byłaby tam jeszcze głębsza.
Warszawscy inwestorzy zareagowali jednak z zadziwiającym spokojem. Blue chipy ugięły się co prawda pod ciężarem podaży i na wstępie oddały ponad 1 proc., ale ten ruch w dół został szybko skorygowany i popyt zdołał wyciągnąć indeks niemal nad kreskę. Także w segmencie mniejszych spółek nie odżyła mordercza podaż znana z poprzednich sesji.
Ta demonstracja woli utrzymania indeksów jak najwyżej przez stronę popytową uspokoiła handel, a na GPW zadomowiła się konsolidacja. Wszystkie indeksy wędrowały poziomo na niewielkich minusach, jak gdyby czekając na dogodną okazję do wynurzenia się.
Taka okazja nadarzyła się wczesnym popołudniem, gdy z USA napłynęły pomyślne informacje ze spółek. Wal-Mart podwyższył prognozę zysku, a koncern Dow Chemical wykupił lokalnego konkurenta za ponad 18 mld. dolarów. W reakcji na podskok zagranicznych indeksów także Wig20 wyszedł na plus i nawet zdołał wzbić się nad poziom 2600 pkt. Zanosiło się na trzecie z rzędu wzrostowe zamknięcie indeksu blue chipów.
Tego celu nie udało się niestety osiągnąć, gdyż znowu powróciły obawy o kondycję amerykańskiego sektora finansowego, a akcje brokera Lehman Brothers zanurkowały 16 proc. Niepewne zachowanie nowojorskich indeksów po otwarciu sesji tym razem na dobre wystraszyło warszawskich graczy. Podaż odzyskała wigor i zdołała zepchnąć na zamknięciu Wig20 o 1,2 proc., ale poranne minimum został obronione. Największa w tym zasługa trzech tenorów - TP, KGHM i Pekao, które zostały użyte w charakterze kotwic rynku. Tym razem mWig40 stracił tylko 0,4 proc. Obroty spadły do poziomu 1,12 mld. zł.
Widać wyraźnie, że byki nie chcą tanio sprzedać skóry. Liczą, że indeksy w USA bardziej nie spadną i chcą przeczekiwać gorsze dni. Od początku roku z TFI wycofano aż 19 mld zł., więc rośnie szansa, że niedawna fala spadkowa wyczerpała już większość paliwa bessy. Tymczasem w USA coraz bliżej chyba przesilenia i zdecydowanego wybicia w dół lub górę. Lada moment wyniki podadzą najważniejsze spółki – w tym GE, a sytuacja wokół Fannie Mae i Freddie Mac będzie musiała się wyjaśnić. Dzisiejsze tąpnięcie notowań Lehman Bros ma właśnie związek z obawami o wpływ ewentualnej upadłości obu spółek na jego bilans. Kiedy indeks DJI zaczął dzisiaj testować poziom 11 100 pkt., wypowiedział się sekretarz skarbu Henry Paulson i stwierdził, że mają one wystarczający kapitał. Dzięki temu nastąpiło odbicie i nowojorskie indeksy są obecnie nad kreską mimo że dolar znacznie osłabł, a ropa doszła do poziomu 138 USD. Jak widać walka na tym poziomie będzie zażarta, a wartość dzisiejszego zamknięcia jest kwestią nadal otwartą.
W czerwcu indeks DJI zanotował dwucyfrową stratę. Z analizy 15 największych
miesięcznych spadków indeksu na przestrzeni 40 lat wynika, że tylko dwukrotnie
jego poziom nie był wyższy 6 i 12 miesięcy po wystąpieniu takiego spadku. Z
innej analizy wynika, że najkorzystniej jest kupować akcje miesiąc po mocno
spadkowym miesiącu i trzymać od 3 do 6 miesięcy – w tym okresie zyski
przekraczają średnią stopę zwrotu o 3-4 punkty procentowe.