Czas szybko leci – 1 kwietnia 2026 r. minie 10 lat od wprowadzenia programu Rodzina 500+. W ciągu tej dekady można było dostać ponad 67 tys. zł na jedno dziecko (wliczając waloryzację do 800 zł od 1 stycznia 2024 r.). Piechotą nie chodzi, powiedział ostatnio mój kuzyn, któremu właśnie urodziło się pierwsze dziecko (serdecznie go pozdrawiam!). Zapytał mnie, jak najlepiej spożytkować niezłą sumkę od państwa. Od razu pomyślałem: obligacje rodzinne! Jednak po rozmowie z ekspertami mam wątpliwości. Dlaczego? Już tłumaczę.
Im dłuższa meta, tym większe ryzyko i... mniej emocji
W zeszłym roku obligacje rodzinne 6- i 12-letnie sprzedawały się jak pączki w tłusty czwartek – całkowita wartość sprzedaży przekroczyła 1 mld zł. To prawie 300 mln zł więcej niż rok wcześniej. Traktuję to jako dobry znak, bo to oznacza, że wybuch inflacji z ostatnich lat wielu ludzi przekonał, że trzymanie pieniędzy w skarpecie to finansowe samobójstwo.
Emil Łobodziński, doradca inwestycyjny w biurze maklerskim PKO BP, jest fanem rodzinnych obligacji, ale nie ukrywa, że państwowe papiery skarbowe nie dadzą dużo zarobić.
- Comiesięczne wpłaty małych sum na obligacje rodzinne stworzą bardzo dużą liczbę instrumentów na rachunku rejestrowym i może być nam trudno zapanować nad tym, ile i czego mamy. Zatem może lepiej uzbierać konkretną sumę i po np. pół roku kupić obligacje w ofercie. Instrument prawdopodobnie ochroni przed inflacją, ale nie da za dużo zarobić – podkreśla Emil Łobodziński.
Obligacje nie są najlepszym wyborem, szczególnie gdy rodzice chcą uzbierać większą kwotę ,np. na wkład własny do kredytu na mieszkanie dla dziecka bądź opłacienie studiów. W takim wypadku lepszym rozwiązaniem byłyby akcje lub akcyjne ETF-y.
- Jedna z podstawowych zasad finansów brzmi: im jesteś młodszy, tym możesz sobie pozwolić na większe ryzyko. Statystycznie w horyzoncie długoletnim akcje osiągają lepsze stopy zwrotu niż obligacje. W teorii zatem jeśli liczymy na jak największe zyski, to całe 800+ powinno się wrzucić np. do ETF-a na globalny rynek akcyjny. Chyba że ktoś bardziej interesuje się giełdą, to wtedy może także inwestować w konkretne spółki – tłumaczy Emil Łobodziński.
Jego zdanie podziela Hubert Kmiecik, dyrektor inwestycyjny Amundi TFI, który jednoczesnie z dystansem podchodzi do metali szlachetnych. Ostatnio dostarczyły one inwestorom nie lada emocji (choć trudno zaprzeczyć, że zysków też).
- Gdy horyzont inwestycyjny jest dłuższy niż dziesięć lat, to trzeba inwestować w akcje. Metale szlachetnie wymagają większej aktywności, a celem jest konsekwentne, regularne wpłacanie pod jak najmniejszym wpływem emocji – mówi Hubert Kmiecik.
Wpłacaj miesięcznie, zyskaj na lata
800+ to idealne źródło kapitału pod strategię uśredniania – podkreśla dyrektor inwestycyjny Amundi.
Strategia uśredniania to nic innego jak regularne kupowanie akcji i ETF-ów bez względu na ich cenę. Do części akcyjnej ekspert radzi dobrać sobie od cztrech do pięciu funduszy. Mogą to być fundusze akcyjne lub ETF-y na akcje polskie, amerykańskie lub po prostu globalne.
- Comiesięczne wpłaty w horyzoncie wieloletnim dają możliwość osiągnięcia naprawdę solidnej stopy zwrotu. Początkowo sugerowałbym przeważać w stronę akcyjną, ale im bliżej pełnoletności dziecka (jeśli wtedy rodzice zadecydują przekazać dziecku zgromadzony kapitał), tym bardziej można stopniowo zwiększać udział obligacji w celu zmniejszenia ryzyka – tłumaczy Hubert Kmiecik.
Nawet jak ktoś zainwestował w S&P 500 u szczytu bańki internetowej na początku wieku, to dzisiaj odcinałby grube kupony, mówił mi niedawno Piotr Kaźmierkiewicz, analityk BM Pekao. Zdaję sobie jednak sprawę, że teoria i praktyka to dwa różne światy – regularne wpłaty muszą być poprzedzone dyscypliną i odpornością na większe korekty. A takie się zdarzają, o czym niedawno przekonali się inwestujący w srebro – w piątek, 30 stycznia, cena kruszcu spadła o 30 proc.
- Korekty i bessy to naturalna część rynku, jednak każdy ze spadkami radzi sobie inaczej. Dla wielu osób 100 proc. kapitału w akcjach może być zbyt agresywnym podejściem – mówi Emil Łobodziński.
Takim osobom specjalista z BM PKO BP sugeruje podzielenie pieniędzy i np. ulokowanie połowy w akcjach, a połowy w obligacjach, w zależności od indywidulanej tolerancji ryzyka.
- Proporcje portfela to ważna rzecz. Równie istotne jest otwarcie oddzielnego rachunku przeznaczonego dla dziecka, żeby nie było pokusy patrzenia lub korzystania z tych środków – radzi Emil Łobodziński.
Kluczowa w tym wszystkim jest decyzja, kiedy dziecku przekażemy pieniądze, dodaje ekspert BM PKO BP. Jego zdaniem warto dziecko włączać do procesu jak najwcześniej – uczenie się inwestowania ze świadomością, że to jego pieniądze, daje motywację.
Od siebie jeszcze dodam tyle: nie ma idealnej strategii ani idealnych proporcji portfela – każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, jaką ma tolerancję na ryzyko i odporność na wahania cen (najlepszej odpowiedzi udzieli praktyka inwestowania). Nie trzeba też wpłacać całych 800 zł – nawet wpłacając 400 zł miesięcznie, w dekadę na rachunek wrzucimy 48 tys. zł. Sam zaczynałem z 50 tys. zł i na liczniku wybiło mi niedawno 70 tys. Wniosek jest zatem jeden: zamiast kupować nowego smartfona, pokażcie dziecku giełdę.
Cześć, jestem Inwestor Wojtek, postać, za którą stoją doświadczeni dziennikarze giełdowi i analitycy PB. Chcę za 24 lata mieć w portfelu 1 mln zł. Inwestuję prawdziwe pieniądze (zacząłem od 50 tys. zł) w akcje, obligacje i inne instrumenty finansowe. Chcę edukować i promować inwestowanie na rynku kapitałowym. Jestem transparentny: z odpowiednim wyprzedzeniem napiszę, że zamierzam kupić lub sprzedać dane walory.
Skład mojego portfela i stopę zwrotu można obserwować na notowania.pb.pl/inwestor-wojtek.
Zachęcam też do zapisania się na mój newsletter>> oraz wysłuchania podcastów>>
