Jagi bagi i ciemność w oknach

Jacek Konikowski
opublikowano: 30-03-2007, 00:00

Tadeusz Gołębiewski, spec od szwedzkich kwiatuszków i dekorowanych migotek, zrealizował marzenia. Pierwsze w Mikołajkach, czwarte — w Karpaczu.

W eurocopterze EC 130 za 2 mln euro nie telepie. Prawie nie czuć, że się leci. Jakby Maybachem jechać po dziurach. Ten pilot Maybachem jeździ rzadko. Męczy się. Kiedy do Wisły czy Mikołajek jechać autem, to kilka godzin w plecy. A tak, półtorej godziny i lądujemy w górach.

— Kiedy z Radzymina dojadę do Mikołajek czy Karpacza, to jakbym jechał pociągiem osobowym, a w Wiśle jestem średnio co półtora tygodnia. Wykończyłbym się. Latanie skraca czas, wydłuża życie —twierdzi pilot.

Fajna maszyna. Mała, zgrabna, na płozach.

Pod nami — gierkówka. Podróż jak w limuzynie, brzoskwiniowa skóra, klimatyzacja, siedzenia niby w mercedesie, pasy samochodowe. Fura na siedem osób. Brakuje kierownicy i ręcznego.

— Można by wycieczki wozić.

— Chciałem — gości hotelowych, ale mamy takie przepisy, że… Sam mogę wystartować, skąd chcę, ale jeżeli wezmę choćby złotówkę za lot, to już tylko z lotniska. Nigdzie na świecie tak nie ma...

— Co za problem zbudować przy hotelu lądowisko. Mało się pan nabudował?

— Pan chyba nigdy w życiu lotniska nie budował. Musi być płot na 220 cm, punkt odprawy pasażera… — wylicza pilot, mocniej chwytając stery, bo przydarzyła się niewielka turbulencja.

— …a ile trzeba się przy tym nachodzić, papieru zużyć. Bystry urzędnik podpowiedział, że mogę latać z najbliższego lotniska. To 50 km od hotelu, do którego lecimy — dodaje Tadeusz Gołębiewski (licencję pilota zrobił kilka lat temu), właściciel trzech hoteli (czwarty w budowie).

Za kwadrans wylądujemy w Wiśle.

— To jednak ma pan lotnisko?

— Na dachu garażu.

Obłożenie. W Wielkopolsce znaczy „to, co na kanapce”. Czyli wkład — mawiają Ślązacy. Plasterek szynki czy sera. Dla hotelarzy oznacza liczbę zajętych pokoi. Czyli tych, w których pali się światło. Na chłopski rozum: jak się świeci, hotel ma „obłożenie” i zarabia.

— Nie jest dobrze, bo jak się świeci, to hotel zarabia mniej — poprawia Tadeusz Gołębiewski.

Ale jak ciemno, to gości nie ma.

— I ma nie być! Znaczy: mają być, ale nie w pokojach. A nawet jak śpią, to też po ciemku. Jak ciemno w oknach, to dobrze. Jak „choinka”, znaczy: coś szwankuje — tłumaczy Gołębiewski.

Przekonuje: hotel to nie noclegownia. Tu się mieszka, więc pracuje, je, spędza wolny czas, śpi.

— Dobry hotel? Taki, w którym gość spędza czas poza pokojem: na basenie, w siłowni, na sali konferencyjnej, gra w tenisa czy golfa, grzeje się w saunie, opala w solarium i co tam jeszcze mu do głowy przyjdzie. To daje radość. A hotelowi — pieniądze. Pokój jest tylko dodatkiem — uświadamia hotelarz.

A w restauracji?

— Restauracje są wszędzie. Gość musi żałować, że wyjeżdża i tęsknić za powrotem. Tęsknił pan kiedyś do mielonego z kartoflami czy nawet kaczki po prowansalsku? — Gołębiewski znów obala mit.

Stawia na hotele turystyczne. Ma trzy. Sporo. Ale początki bajkowe nie były.

Drogą do Tłuszcza (albo Radzymina) pędzi facet na rowerze. Z tobołkami. Mało się nie wywali, gdy mija go pekaes. Objeżdża dziury i kałuże, by tobołkom nic się nie stało. W nich przecież kruchy towar.

Rowerem? Czemu nie pociągiem?

— Wtedy nie wolno było wozić towaru w wagonach. Kary były, chyba że się przekupiło konduktora. Czasem dawałem, ale częściej wolałem wsiąść na rower. Było taniej…

Ach, korupcja? Co na to powie minister Ziobro?

— Komunizm był! Kto się wtedy liczył z moralnością? Gdy upadł, zmądrzałem i do dzisiaj twierdzę, że płacenie za swoje prawa to głupota — dobitnie mówi Gołębiewski.

Z młodości została w głowie nauka w technikum cukierniczym i robota w cukierniach. Ze studenckich czasów — więcej: SGPiS (handel detaliczny) i szukanie mąki lub cukru. Ledwo starczało czasu na dziewczyny, bo praca na swoim to nie faworki w pudrze. Kiedy wracał z Tłuszcza czy Radzymina, trzeba było pedałować z towarem po warszawskich sklepach.

— Na studiach, w 1966 roku, założyłem małą cukiernię. Pierwszy interes. Niedaleko, w Wołominie. Robiłem wafle, potem andruty i słone paluszki, które rozwoziłem na rowerze właśnie. Zazwyczaj rano lub po południu kursowałem z towarem. Miałem piec na koks, rower i wiedzę. Zasuwałem jak Syzyf. Każda złotówka cieszyła — wspomina Gołębiewski.

Romantyczne początki? Raczej sromotne i nieciekawe.

— Nie lubię wracać do tamtych czasów. Zabrały mi całą radość z młodości, wszystkie wesołe i romantyczne wspomnienia — sumuje hotelarz.

Ale po kilku latach pedałowanie z waflami zaczęło procentować. Manufaktura zmieniła się w fabrykę (na trzech zmianach pracowało 50 osób). Gołębiewski zamienił rower na żuka. Potem na kilka. Na koncie rosło szybciej, niż ubywało.

— Pakowałem wszystko w złoto i dolary. To był majątek, ale tylko gdy go wydać na materiały i robociznę, bo wtedy za 20 dolarów ludzie pracowali miesiąc — dzisiaj jeden dzień. Gdy zmieniał się ustrój, trzeba było coś z nimi zrobić. Coś zbudować, by zarabiało. Była stocznia jachtowa, hodowle zwierząt — opowiada Gołębiewski.

W końcu Rakowski zapalił zielone światło dla rzemiosła. W trzy miesiące od uchwalenia słynnej ustawy o działalności gospodarczej wykopał z ogródka, a potem sprzedał złoto i dolary, uciułane przez 20 lat. I kupił cegły i cement, by… Chwila przerwy, bo…

…za oknem wkurzony szofer trąbi na portiera. Szlaban idzie w górę i tir wyjeżdża za bramę. A do nas zagląda sekretarka z partią ciastek. Smakowite. Za ścianą praca aż huczy. Gołębiewski dumnie pokazuje, co robi jego firma. Jagi bagi, szwedzkie kwiatuszki. Stokrotki, szyszki i słoneczniki. Finezyjne mieszanki. Czekoladowe muzy, lukrowane figurki, dekorowane migotki. Kardynałki, kokosanki, kokoski, ślimaczki i śnieżynki. Rarytaski i Tagotki. Francuskie precle.

Aż trudno uwierzyć, że to dziecko Gołębiewskiego, bo mało kto kojarzy go z francuskimi preclami czy piernikami. A tu olbrzymia fabryka (450 pracowników, supernowoczesne maszyny, 100 t wyrobów na dobę, eksport do 30 krajów). Nie ma swego gabinetu. Nikt nie ma, bo biurko w biurko. Na każdym sterty rozpoczętych paczek słodkich różności. Wafle z Australii, herbatniki z Kanady, markizy z Holandii? Dyrektor produkcji żartuje, że podgryzają konkurencję. I kombinują, jak to przerobić na paczkę z napisem TAGO Przedsiębiorstwo Przemysłu Cukierniczego.

Z cegieł i cementu wzięło się marzenie. Własny hotel. Na Mazurach.

— Gdzieżby indziej... Zna pan piękniejsze miejsce? Mnie zawsze tam ciągnęło, a ten skrawek ziemi w Mikołajkach od dawna miałem na oku. Poza tym… Tylko na nim można było zbudować coś większego, bo mały hotel mnie nie interesował — wspomina Gołębiewski.

I tak 17 lat temu, w miejscu, gdzie wcześniej stał pensjonat Turysta, powstał pierwszy Hotel Gołębiewski. Wtedy połowa obecnego. Szampan, wstęga i… groźba bankructwa. Klientów mało, a bank wymówił kredyt.

— Uratowali mnie niemieccy turyści. Podpisałem umowę z biurem turystycznym z Niemiec — i hotel pękał w szwach — dodaje Gołębiewski.

Po Mikołajkach doszedł Białystok. Kupił orbisowski hotel w centrum miasta, 20 lat nieczynny. Było tanio i żadnych chętnych. Żyłą złota nie jest, ale zarabia na siebie.

— Jakież tam były kliki i układy, zwłaszcza kelnerskie... Próbowali mnie skubać. Połowę personelu musiałem zwolnić — przyznaje Gołębiewski.

Lokalne gazety zarzucały mu samowolę budowlaną, łamanie prawa. W lipcu 2006 roku białostocki inspektor nadzoru budowlanego nakazał wstrzymać prace w hotelu, ale właściciel je kontynuował. Sprawą samowoli budowlanej zajęła się prokuratura. Nie pierwszy raz Gołębiewski miał na pieńku z urzędnikami. W Wiśle samorządowcy nie zgodzili się na otwarcie hotelu. Brakowało m.in. pozytywnej opinii straży pożarnej (ochrona przeciwpożarowa). Mimo braku wszystkich zezwoleń Gołębiewski hotel uruchomił. Prokuratura odmówiła wszczęcia sprawy.

Gołębiewski kwituje to: gry miejskie.

— Hotel musiał działać. Na jego budowę zaciągnąłem kredyt — 130 mln złotych. Hotel nie był jeszcze otwarty, gdy Bank Handlowy już wypowiedział kredyt. Pewnie liczył na przejęcie. Nie udało się, bo inny bank mi pomógł. Ale w ciągu tygodnia musiałem Handlowemu zapłacić 20 mln zł — wspomina.

Wielki jak miasto hotel stoi na stoku góry Bukowej (kilkaset metrów dalej jest źródło Wisły). 564 pokoje. Największy w Polsce taras — 3 km kw. powierzchni. Park wodny Tropikana z falą i półkilometrową zjeżdżalnią. Do tego komora śnieżna. I banały (jak solaria czy gabinety odnowy biologicznej). Wszystko za friko. Najtańszy pokój — 350 zł.

Palił się dwa razy. Wcześniej lokalne władze nie chciały dać zgody na jego otwarcie.

— Sam go otworzyłem. Ciągali mnie za to po sądach (sprawy umorzono), ale nie miałem wyjścia, bo inaczej wszystkie moje firmy by upadły — były pod zastaw kredytu. Hotel musiał go spłacać. Wojewoda się na mnie uwziął, bo był w komitywie z konkurencyjnym hotelem — tłumaczy Gołębiewski.

Już buduje następny. W Karpaczu.

— Będzie kosztował jakieś 350 mln zł. 1,5 tys. łóżek i centrum kongresowe, 35 sal. Największa — na 2,8 tys. osób — jest mniejsza od Sali Kongresowej raptem o kilkanaście miejsc — opisuje hotelarz.

Hotele Gołębiewskiego to nie architektoniczne perełki. Turystyczne giganty, jakich pełno w Portugalii czy Hiszpanii. Przemysł turystyczny. Gołębiewski był w Polsce pierwszy. Na razie nie znalazł wielu naśladowców.

Hotelarz jest jak ksiądz, lekarz, dziennikarz i linie lotnicze. Pary z ust nie puści o gościach. Tajemnica zawodowa. Recepcjonistka nie ma prawa witać gościa po imieniu czy choćby per „panie profesorze”. Ale… „Każdy wie”, że na przykład do Mikołajek przyjeżdżali mafiosi.

— Kiedyś upodobali sobie ten hotel, ale zachowywali się bardzo porządnie. Nawet chcieli pożyczać mi pieniądze. Odmawiałem. Zawsze płacili. Gdy raz czy dwa „żołnierze” rozrabiali, bossowie zaraz ich uciszyli. Teraz wolą małe hotele na uboczu — przekonuje Gołębiewski.

A prostytutki?

— Nie interesuje mnie, kto jest kim. Nikomu z personelu tego nie wolno. Gość hotelowy, jak każdy inny — ucina Gołębiewski.

Narkotyki?

— Jak w mojej dyskotece diler się pojawi, dostaje w mordę na samym wejściu. Jeśli nie — ochroniarze wylatują z pracy — zapewnia hotelarz.

Są różni goście — zachowania, wymagania. I różne pomysły. Hotelarz na wszystko musi być przygotowany. I zazwyczaj udawać, że czegoś nie widzi lub coś go nie dziwi. Nawet gdy gość każe codziennie nosić żonę na rękach z dyskoteki do pokoju (hotel w Wiśle). Skrzynki najdroższego szampana i kubełki kawioru zamawiane przez gości zza Uralu już nikogo nie zaskakują.

— Często dzwonią żony, by sprawdzić, czy i z kim ich mężowie spędzają czas. Nas obowiązuje tajemnica zawodowa. Mnie to nie obchodzi: gość chce — może przyjechać nawet z krową czy kozą. Jego sprawa — twierdzi Gołębiewski.

I raz przyjechał. Z koniem. Do hotelu w Wiśle.

— Bankowiec od leasingu, który teraz jest w Ameryce. Wszedł z rumakiem na patio i poił go szampanem. Koń miał chyba urodziny. Gościom nie przeszkadzało, więc mnie również — opowiada hotelarz.

Bo goście są tacy jak społeczeństwo. Nadal kradną ręczniki. Gołębiewski poprawia: nie kradną, biorą sobie — i to coraz rzadziej.

Zdarzają się jednak i tacy, którzy na widok hotelu Gołębiewskiego… uciekają.

— Premier Cimoszewicz przyleciał na spotkanie w gminie, ale po lądowaniu przed hotelem w Mikołajkach nawet nie wysiadł z helikoptera. Gdy dowiedział się, że to mój hotel, natychmiast wystartował. Może hotel był zbyt skromny? — żartuje Gołębiewski.

Ale prezydent Wałęsa czy prezydentowa Kwaśniewska nie uciekali.

Tadeusz Gołębiewski uwielbia rozprawiać o swoich hotelach. Łatwo wyczuć pasję. To słowo klucz. Znów się sprawdza, że najgorszą rzeczą w życiu jest robienie rzeczy nudnych.

A hotel — i twierdzi to fachowiec — przecież przyjemnie prowadzić. l

1

Mikołajki

Mazurski trzygwiazdkowiec

Cena za nocleg: 270-840 zł, centrum konferencyjne: od 500 do 7000 zł za dzień

Hotel*** nad brzegiem jeziora Tałty koło Mikołajek. Liczy 667 pokoi (przeważnie dwuosobowych) dla 1300 gości. Wśród miliona atrakcji — restauracje, park wodny Tropikana, lodowisko, port jachtowy, statek wycieczkowy, studio zdrowia i urody, akademia golfa, stajnie (30 koni), dyskoteka, kręgielnia, bilard. Centrum kongresowe hotelu mieści 5400 osób.

2

Wisła

U źródła królowej rzek

Cena za nocleg: 350-950 zł (1200 zł w apartamencie prezydenckim), centrum konferencyjne: od 500 do 6000 zł za dzień

Hotel*** na stoku Bukowej (713 m n. p. m.), na prawym brzegu Wisły. Wśród 564 pokoi dla 1200 gości — 15 apartamentów. Kilka restauracji, nasłoneczniony taras o powierzchni 3000 mkw., park wodny Tropikana, salon kosmetyczny i odnowy biologicznej, kręgle, bilard. Centrum kongresowe mieści 1500 osób. Zimą obok hotelu działa wyciąg narciarski.

3

Białystok

O krok od żubra

Cena za nocleg: 280-850 zł, centrum konferencyjne: od 500 do 6000 zł za dzień

Typowo miejski hotel*** kilkanaście kilometrów od Białowieży. Liczy 216 pokoi dla 450 gości, w tym 10 apartamentów. Do dyspozycji gości:

kilka restauracji i — oczywiście — park wodny Tropikana,

kręgle (3 profesjonalne tory), bilard, klub nocny.

Centrum kongresowe to 10 sal na 1000 osób.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu