Jak Bertus z popiołów

PORTRET: Uwielbia budować, więc gdy los zabierał mu wspólników, a ogień majątek, nie dogasał w nim żar tworzenia. Teraz Bertus Servaas i jego Vive Group atakują najwyższe cele w biznesie i sporcie.

— Niedawno zażartowałem ze swoich menedżerów. Na spotkaniu zrobiłem marsową minę i mówię: ludzie, wszystko jest źle w tej firmie. „No jak to, wszystko źle?” — pyta ktoś nieśmiało.

A ja na to, że tak, że dosłownie do d... i w tym dziale, i w tamtym, załamany jestem wami, mam was dość! „Prezes, co ty wygadujesz?!” — uniósł się wreszcie jeden z dyrektorów — opowiada Bertus Servaas, właściciel kieleckiej Vive Group. I zaraz dorzuca, że ta scenka, którą sprowokował tuż po odebraniu (nareszcie!) polskiego obywatelstwa, zakończyła się happy endem. Po wybuchu dyrektora Bertus Servaas rozpromienił się i odpalił: — No co, Polak jestem!

Korzenie w Wiśle

Ale nie, właściciel trzeciej największej w Europie firmy zajmującej się sortowaniem i handlem używaną odzieżą, nie będzie teraz wyrzucał z siebie litanii zarzutów wobec polskości, biało-czerwonej mentalności doprowadzającej zachodnich Europejczyków do łez.

— Przecież jestem jednym z was, Polakiem, mieszkam tu niemal 25 lat i to właśnie dzięki temu, że tu jestem, osiągnąłem taki sukces. My, Polacy, mamy świetną mentalność, a jeśli do jakiegoś projektu podepniesz jeszcze ideę solidarności, zaraz wszyscy się zaangażują. A jak jesteś na dnie, to cię z niego wyciągną — tłumaczy Bertus Servaas.

Może to siła podświadomości, może to wciąż ten miękki niderlandzki akcent w polszczyźnie, a może po prostu ujmująca bezpośredniość i luz — tak czy siak, Bertus Servaas, nawet gdyby się przechrzcił na — dajmy na to — Serwańskiego, to i tak nie wyrzekłby się swoich korzeni. Dawno jednak zapuścił nowe.

— Za Holandią nie tęsknię. Robię tam interesy, znam wielu biznesmenów i oni narzekają, że to nie jest już kraj swobody i szans — opowiada przedsiębiorca.

Ogon w kręgu

Siedziba Vive Group w Kielcach to m.in. imponujących rozmiarów sortownia używanej odzieży, w której pracuje 700 osób, i efektownie odnowiony biurowiec. Żaluzje w przestronnym gabinecie prezesa reagują na stopień nasłonecznienia za oknem, co rusz falując światłem po gabinetowej ornamentyce ozdobionej kryształkami z fabryki Swarovskiego. Tu nie czuje się kryzysu, tu niemal namacalne są te 300 mln zł przychodu i prawie 30 mln zł zysku grupy w 2014 r. A jednak spolszczony Holender nie byłby sobą, gdyby nie poszukał dziury w całym.

— Wojna na Ukrainie zdjęła nam różowe okulary. Przecież to wschodnia Europa była naszym największym odbiorcą. I nagle latem zeszłego roku z dnia na dzień biznes w tamtej części świata się skończył — ubolewa Bertus Servaas.

Na firmę spadła nawałnica tekstyliów z Niemiec, Danii, Holandii i Czech, które 55 ciężarówek z floty Vive codziennie zwozi do Kielc. Wobec niepokojów w Donbasie niektórzy się obawiali, że machina Servaasa zje własny ogon i jeszcze się nim zakrztusi. Bo świętokrzyskie królestwo używanej odzieży (prezes nie znosi słów „szmateks” i „lumpeks”) utkano na idei samowystarczalności, zamkniętego kręgu, w którym jeden element napędza drugi.

Latający biustonosz

Kiedy się stanie na wysokim podeście pośrodku sortowni Vive, ma się dookoła setki kobiet uwijających się przy kilkudziesięciu taśmociągach, po których suną ubrania. Jesteśmy w połowie kręgu Vive: pracownice w zawrotnym tempie oceniają rodzaj i stan każdej sztuki odzieży, po czym sprawnie wrzucają ją do jednego z kilku koszy. Dziennie przez ich ręce przechodzi nawet 350 ton surowca. Tworzy to krajobraz latających różowych biustonoszy, czarnych jeansów i kraciastych koszul. Z kraciastą markową koszulą rozstał się dwa tygodnie temu, dajmy na to, Helmut spod Drezna. Włożył ją do jednego z 10 tysięcy kontenerów Vive rozsianych po Niemczech. Następnie wdzianko trafia do lokalnych mobilnych składów gotowych do transportu ciężarówką do Kielc. Tam koszula spotyka się z biustonoszem, który znudził się już Emmie z Rotterdamu. Vive kupiło go od dostawcy wraz z innymi tekstyliami z Niderlandów. Rynkowa stawka za tego typu towar to 40 eurocentów za kilogram.

Patent na śmieci

Teraz następuje najważniejsze: w sortowni trzeba oddzielić ziarno od plew. Markowa koszula Helmuta trafi do kosza z ubraniami premium i zawiśnie w którymś ze sklepów z używaną odzieżą. Gorszej jakości bielizna Emmy ma dwie drogi: albo na eksport do któregoś kraju Afryki lub Ameryki Południowej, albo na recykling.

— Statystyki są takie, że jedynie 1,5 proc. ubrań to te najcenniejsze, w dobrym stanie i dobrych marek. Ale żeby dotrzeć do tego ułamka, trzeba kupić i przesortować pozostałe 98,5 proc. Dlatego, według mnie, w naszej branży przetrwają tylko ci, którzy opracują rentowne patenty na przetwórstwo tekstylnych odpadów — mówi Bertus Servaas, wyciągając z szuflady biurka ciężki kawałek czegoś, co wygląda na tarasową deskę kompozytową. To najnowszy patent kieleckich inżynierów: sprasowane ubrania, kilka komponentów plus 8 lat eksperymentów pozwoliły stworzyć trwały kompozyt, wykorzystywany m.in. do produkcji drogowych ekranów dźwiękoszczelnych.

Wentyl na proficie

No dobrze, ale co ze sprzedażą ubrań? Przecież Ukraina, wojna... Gdy nasi wschodni sąsiedzi z dnia na dzień zrezygnowali z usług Vive, sytuacja mogła wydawać się z tragiczna. Kielecki konglomerat nie udusił się jednak pod natłokiem koszul od Helmuta spod Drezna. Bertus Servaas wraz z menedżerami wzięli byka za rogi i znaleźli wentyl bezpieczeństwa — wielkopowierzchniowe sklepy w Polsce.

— Jest ich 15, ale do końca 2016 r. ma być już 60. Największe mają ponad 1,2 tys. mkw. i co piątek, gdy przywozimy nowy towar, ustawiają się przed nimi kolejki — cieszy się prezes Vive Group. Na szyldach tkwi dumne „Vive Profit” i ludzie na zakupy idą po prostu do „profitów”. A te na nowo definiują rynek odzieży używanej nad Wisłą. To już nie osiedlowy zapyziały lumpeks z połamanymi wieszakami, lecz wygodna czysta sieciówka, w której stylizacji szukają (mł)odzieżowe blogerki. Cotygodniowej całkowitej wymianie w każdym punkcie handlowym podlega aż 10 ton ubrań.

— Jako jedyni w Polsce możemy sobie pozwolić na takie tempo zmiany asortymentu — mówi z dumą holenderski Polak. „Luksusowy lumpeks — dobry oksymoron” — drwią dobrze ubrani internauci. A Bertusowi Servaasowi w to graj. Niech będzie władcą królestwa oksymoronów: poprawia jedynie, że chodzi o „sklepy z używaną odzieżą” i że każdy niedawno otwarty punkt przestaje ponosić straty średnio już po 12 tygodniach. Rezultat? Żeby nadążyć z rozwojem sieci sklepów, Bertus Servaas przymierza się do budowy nowej sortowni pod Poznaniem lub we wschodnich Niemczech. Tragedii nie ma.

Zezowate szczęście

Zabrzmi to raczej mało weekendowo i lifestylowo, jednak to tragedie większe i mniejsze od lat wyznaczają rytm życia Bertusa Servaasa.

— To szczęście w nieszczęściu. Najlepiej mi idzie, jak jest źle. Sukcesy mnie usypiają. Tragedie bolą, ale uczą — także pokory. Weryfikują przyjaciół. Po każdym z takich wydarzeń załamywałem się na krótko, by odrodzić się bardziej wzmocnionym i zdeterminowanym — ocenia 52-letni właściciel Vive. Jako nastolatek 50 kilogramów temu, wysoki i szczupły jak tyczka Bertus szedł drogą Marco van Bastena, brylując w akademii piłkarskiej Ajaksu. Prześlizgiwał się z klasy do klasy, trzymając się obranego celu, czyli seniorskiego teamu słynnego klubu. Do czasu. Po jednej z szarż 19-letni wówczas Servaas padł na murawę z grymasem bólu. Atak bramkarza na nogi młodego futbolisty oznaczał kilkanaście operacji i koniec kariery. Nie tylko piłkarskiej, ale sportowej w ogóle.

— Od ponad 30 lat mam kłopot z kolanem, jedyny sport, jaki mogę uprawiać, to pływanie — przyznaje Bertus Servaas. Jako zakuty w gips nastolatek postanowił zarabiać guldeny… w urzędzie skarbowym. Nie to, że pałał miłością do fiskusa, ale jak każdy młokos w Ajaksie równolegle do treningów musiał podjąć studia i zaczepić się na staż. Wybrał prawo podatkowe. Po kilku miesiącach w amsterdamskiej skarbówce wiedział, że nadaje się do biznesu, a nie do tropienia jego wpadek. — Miałem nieurzędnicze podejście. Wolałem pomagać przedsiębiorcom, dawać im drugą szansę, niż szukać dziury w całym — tłumaczy właściciel Vive.

Marża z Dover

Wówczas napatoczył się dobry kolega, również Bertus, handlujący używaną odzieżą na Węgrzech. W latach 80. biznes ciuchów z odzysku był jednym z narodowych sportów Holendrów. Nietrudno się domyślić dlaczego: gdy Bertus Servaas płynął 11 godzin z towarem do Dover w Anglii i po 52 godzinach wracał do Amsterdamu, jego Agrotex cieszył się już marżą sięgającą 150 proc. I tak sobie dwaj Bertusowie handlowali, aż w 1991 r. przyszło kolejne nieszczęście, które pchnęło ich na nowe tory.

— Nasi węgierscy partnerzy wyczyścili do zera nasz tamtejszy oddział. Dla nas to już była spalona ziemia. Wziąłem mapę Europy Wschodniej, na chybił trafił wycelowałem w napis Polen. To był nasz nowy kierunek, zaczęliśmy szukać biznesmenów z Holandii działających nad Wisłą, mogących ułatwić nam start. Zdecydowaliśmy, że to ja mam organizować oddział w Polsce. Tak trafiłem na duet z Górek Szczukowskich — panów Vissera i Vermeera, którzy budowali tam zakład mięsny, ale nie dostali wszystkich pozwoleń. Wynajęliśmy od nich hale, sprzedawaliśmy w Polsce ubrania z Zachodu, stawialiśmy też sieć własnych pojemników — opowiada kielczanin.

Dym w depresji

Góry ciuchów w Górkach rosły z miesiąca na miesiąc, a na Agrotex i Bertusa Servaasa spadały kolejne ciosy, po których długo się podnosił z kolan. W 1992 r. wypadek samochodowy pod Kielcami zakończył życie jego wspólnika.

— Ech, ten Bertus, jego zdjęcie jest zawsze w moim gabinecie… To był przede wszystkim mój przyjaciel, dopiero potem partner w biznesie — mówi Bertus Servaas łamiącym się głosem. Wtedy to Visser z Vermeerem wyciągnęli pomocną dłoń — dokapitalizowali spółkę, dali jej nową nazwę (z pierwszych dwóch liter swoich nazwisk). Vermeera Servaas nazywa wręcz „drugim ojcem”. Bo choć dawno już wykupił wspólników („nie chciałem zdejmować co roku zysków z firmy do kieszeni właścicieli, wolałem inwestować”), to Vermeer wciąż szefuje radzie nadzorczej Vive.

— Oni dali mi halę na sortownię, dali mi kapitał. Powiedziałem im, że ja do spółki wnoszę know-how i dwie sprawne ręce — opowiada szef Vive. Znów przez dekadę kręciło się aż miło. No i wtedy oczywiście Vive nawiedził armagedon. Jesienią 2002 r. hala w Górkach spłonęła jak pudełko zapałek. Nic dziwnego: nie była podzielona na strefy, nie miała specjalistycznych zabezpieczeń, co skwapliwie wyciągnął ubezpieczyciel, płacąc ledwie ułamek odszkodowania.

— W chwilę poszło z dymem 10 lat ciężkiej pracy, jakieś 25 mln zł. Przez 2-3 tygodnie biłem się z myślami, czy nie rzucić wszystkiego w cholerę. Choć ani przez chwilę nie myślałem o powrocie do Holandii — zarzeka się Bertus Servaas. Lekiem na depresję okazała się spontaniczna akcja biznesowych przyjaciół z regionu: ktoś wynalazł puste hale zwolnione przez Chemar, ktoś inny kupił stoły i krzesła do przyszłej stołówki, pracownicy zadeklarowali, że na pensje mogą poczekać. Mniej elastyczny był bank, dlatego Bertus Servaas sprzedał sieć pojemników w Polsce lokalnemu rywalowi Wtórpolowi, należącemu do rodziny Wojteczków, i spłacił kredyty. Mógł spokojnie, z zerem na koncie, rozpocząć kolejne biznesowe życie.

— Powiedziałem sobie: no to jedziemy dalej, po całości. U mnie jak już coś robię, to nie ma, że na pół gwizdka. Pożar w Górkach był wówczas końcem świata. Okazało się jednak, że w nowym miejscu i zorganizowani na nowo nauczyliśmy się na błędach i szybko odrobiliśmy straty. Jesteśmy dużo lepszą, żywszą firmą — opowiada.

Zniżki z jajami

Ten artykuł ukaże się 29 maja, dzień przed początkiem Final Four Ligi Mistrzów w Kolonii w piłce ręcznej. Vive Tauron Kielce wystąpi w nim po raz drugi i znów w półfinale trafił na Barcelonę. Jeśli tym razem uda się ją pokonać, tytuł najlepszej klubowej drużyny w Europie będzie na wyciągnięcie ręki. Tego nie dokonał żaden polski klub siatkarski ani koszykarski, o piłce nożnej nie wspominając. Być może dlatego, że żaden nie ma właściciela tak głęboko zaangażowanego w jego działanie. Na meczach ukochanej drużyny (Vive Group wspiera ją od 14 lat) Bertus Servaas żywo gestykuluje, komentuje, potrafi rzucić grubszym słowem. Ale po końcowym gwizdku nie idzie wyręczać trenera w szatni, lecz obmyśla długofalowy plan — jako prezes klubu dba o jego politykę finansową i transferową. — Podobnie jak w firmie szukam ludzi charakternych, czujących ducha zespołu. Nie skreślam ich po kilku słabszych meczach, daję im czas. Czas ma też klub, by zarabiał na siebie — podkreśla przedsiębiorca. Tak, przybysz z Niderlandów naprawdę wierzy, że na szczypiorniaku da się zarobić. Dlatego m.in. pod klub podpina pomysł Vive Biznes — zakupów grupowych dla firm i ich pracowników. Docelowo Vive Biznes w zamian za roczny abonament będzie oferować zniżki na opłaty za media i telefonię komórkową. — Policzyliśmy, że np. każdemu z naszych pracowników Vive Biznes zagwarantuje nawet 1,5 tys. zł oszczędności rocznie — twierdzi kielczanin.

Jacht w Kolonii

Plany, jakie Bertus Servaas obmyśla, puszczając sobie w tle kompozycje Szopena, Bacha czy Rachmaninowa, obejmują ofensywę na każdym froncie. Nowa sortownia i sieć ekskluzywnych butików mają dźwignąć Vive do 400 mln zł przychodów w 2017 r. i ostrej rywalizacji z niemiecką firmą Soex i holenderską Boer.

— Mój optymizm jest uzasadniony. Czuję, że się rozwijam, że wciąż mądrzeję. Nauczyłem się delegować uprawnienia, nie trzymać rąk na każdej kierownicy. Przyjąłem chrzest, porzucając ateizm. Śpię dobrze, jestem blisko rodziny. Nie straciłem głodu tworzenia i dobrego humoru też nie mimo polskiego paszportu. Zresztą jak tu nie traktować Polski jako ziemi obiecanej, skoro to za jej zachodnią granicą zaczynają się te gorsze autostrady? — kwituje prezes Vive Group. Dopytywany o marzenia o zbytku, Karaibach, jachcie, wczesnej emeryturze ma gotową odpowiedź: — Mój jacht? Mam Vive Tauron Kielce. Płyniemy do Kolonii! &© Ⓟ

Duma. Bertus Servaas mówi o sobie „długodystansowiec”. Jednocześnie zastrzega, że jeszcze nie jest nawet w połowie drogi.

1,5 PROC. UBRAŃ TO TE NAJCENNIEJSZE. ŻEBY DOTRZEĆ DO TEGO UŁAMKA, TRZEBA PRZESORTOWAĆ POZOSTAŁE 98,5 PROC.

Rozmach. Kolejne setki ludzi, kolejne tony ubrań i pomysł na mocne wyjście poza branżę tekstylną. Taki jest plan Vive Group na najbliższe kwartały.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI; FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Jak Bertus z popiołów