„Inicjatywa inspirowana jest francuskim planem Tibiego, który przyczynił się do uruchomienia fali inwestycji instytucjonalnych w fundusze venture capital i growth equity" - przyznało Ministerstwo Finansów w ubiegłym miesiącu, gdy Andrzej Domański, szef resortu, w asyście przedstawicieli m.in. Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) prezentował założenia programu Innovate Poland. Program przewiduje, że co najmniej 4 mld zł, głównie od instytucji publicznych, trafi do funduszy venture capital i start-upów - a za tym zastrzykiem kapitału docelowo podażą miliardy od prywatnych inwestorów.
We Francji to zadziałało. Plan Tibiego, którego założenia opracował ekonomista Philippe Tibi, zaczął być wprowadzany w życie w 2019 r. Doprowadził do znacznego wzmocnienia francuskiej branży venture capital i tamtejszych start-upów. W ramach pierwszego etapu planu ponad 20 dużych inwestorów instytucjonalnych przekazało przeszło 6 mld EUR funduszom wyselekcjonowanym z pomocą instytucji publicznych i spełniających kryteria jakościowe. W kolejnych latach wzrosła zarówno liczba funduszy, jak i skala kapitału kierowanego do nich przez inwestorów.
I są efekty. Jak pisaliśmy w PB, w tym roku Francja po raz pierwszy prześcignęła Niemcy i Wielką Brytanię pod względem liczby potencjalnych jednorożców na znanej liście Tech Tour 50, na której szwajcarski think tank zbiera najbardziej obiecujące według inwestorów europejskie firmy technologiczne. Od kilku lat Francja wyprzedza też Niemcy pod względem stopy inwestycji venture capital, czyli funduszy zasilających w kapitał małe i średnie firmy technologiczne.
Zaczęło się od francuskiego funduszu rozwoju
W rozmowie z PB Philippe Tibi podkreśla, że budowa efektywnego ekosystemu wsparcia start-upów i rozwoju technologii nie zaczęła się od stworzonego przez niego planu.
- Zaczęło się w 2012 r. od stworzenia BPI, francuskiej instytucji, której odpowiednikiem w Polsce jest PFR. Publiczne pieniądze przekazano wielu funduszom venture capital, które finansowały wczesny etap rozwoju firm. Kilka lat później dostrzegliśmy potrzebę rozwoju funduszy wzrostowych, które byłyby w stanie sfinansować większe rundy kapitałowe, rzędu 20-50 mln EUR. Nowością, którą wprowadziliśmy, było postawienie na prywatny kapitał - mówi Philippe Tibi.
Kapitał prywatny trzeba przekonać stopą zwrotu
W Polsce akces do Innovate Poland na razie poza czysto państwowymi instytucjami zgłosiło tylko kontrolowane przez skarb państwa PZU. Piotr Matczuk, prezes PFR, mówił niedawno PB, że rozmowy z kolejnymi potencjalnymi inwestorami – w kraju i za granicą – trwają. We Francji przekonanie prywatnego kapitału do planu Tibiego również wymagało czasu.
- Rozmowy z instytucjami trwały ponad rok, nim wszyscy zgodziliśmy się, że warto inwestować w venture capital i zdywersyfikować w ten sposób portfolio - mówi Philippe Tibi.
Dlaczego tak długo?
- Podstawowym celem prywatnego kapitału jest zarabianie pieniędzy. Nie jest nim finansowanie patriotycznych inicjatyw czy pobudzanie wzrostu gospodarczego. W banku czy firmie zarządzającej aktywami nie awansujesz dlatego, że robisz coś dobrego dla kraju. Jeśli tak postępujesz, to oczywiście dobrze, ale rozliczany jesteś z osiągania KPI [z ang. key performance indicators, czyli kluczowe wskaźniki efektywności - red.], a kluczowym KPI jest wysoka stopa zwrotu - tłumaczy Philippe Tibi.
Wspólne decydowanie ułatwia ryzykowne inwestycje
Co więc przekonało inwestorów?
- Po pierwsze - argumenty rynkowe, czyli potrzeba dywersyfikacji portfela i uzyskiwania ekspozycji na atrakcyjne klasy aktywów. Gdy startowaliśmy z programem, funkcjonowaliśmy w środowisku ujemnych stóp procentowych, na obligacjach zarabiało się bardzo mało albo wcale. Statystyki pokazywały, że prywatne instytucje mają w portfelach za mało inwestycji technologicznych, które już wtedy odpowiadały za ponad 25 proc. wartości MSCI [Morgan Stanley Capital International Index, najstarszy i najpowszechniej używany przez inwestorów portfelowych wskaźnik giełdowy - red.]. Mam na myśli prawdziwe statystyki, pokazujące rzeczywisty zwrot z kapitału z projektów realizowanych rynkowo, bez mieszania w to funduszy, których realnym celem jest optymalizacja podatkowa poprzez generowanie strat. Inwestorzy prawdopodobnie zdali sobie sprawę, że nie inwestują w wystarczającym stopniu w przyszłość - i dlatego mają gorsze stopy zwrotu niż zarządzający aktywami z USA - mówi Philippe Tibi.
Drugim argumentem był podział ryzyka i wpływ kapitału prywatnego na funkcjonowanie projektu.
- Zawsze zależało mi na przedstawianiu planu jako przedsięwzięcia, w którym nie chodzi o sukces mój czy ministerstwa, nie jestem zresztą urzędnikiem państwowym. Chodzi o sukces kapitału prywatnego. W funduszu funduszy każdy inwestor ma prawo głosu, a decyzje są podejmowane wspólnie. Dla kapitału prywatnego to ważne, bo instytucje mają obowiązki powiernicze wobec własnych klientów. Menedżer nie podejmie decyzji o samodzielnej inwestycji w klasę aktywów postrzeganą jako ryzykowna, bo gdyby coś poszło nie tak, zaszkodziłoby to jego karierze. Rozmowa jest zupełnie inna, jeśli w grę wchodzi zbiorowa ocena jakości funduszu venture przez ponad 30 instytucji finansowych. Kolektywność tego projektu tworzy dynamikę, która napędza kolejne inwestycje - tłumaczy ekonomista.
Inwestorzy mogą sami wybrać branże i spółki
Philippe Tibi podkreśla, że francuskie władze nie wskazywały konkretnych branż czy technologii, w które powinny inwestować fundusze współfinansowane z pieniędzy publicznych.
- Nie jesteśmy w stanie wskazać tych branż lepiej, niż zrobi to sektor prywatny. Początkowo zakładaliśmy, że ok. 80 proc. funduszy trafi do spółek czysto technologicznych, ale prywatni inwestorzy mają też inne priorytety - chcą realizować projekty związane m.in. z transformacją energetyczną i ochroną klimatu. Musieliśmy dopuścić większy udział inwestycji polegających nie tyle na tworzeniu nowych technologii, ile wdrażaniu istniejących rozwiązań, czyli np. projektów związanych z produkcją ogniw elektrycznych - mówi Philippe Tibi.
Z tego samego powodu inwestorzy bywają sceptyczni wobec funduszy skoncentrowanych wyłącznie na inwestycjach deeptechowych, czyli na głębokich, najbardziej skomplikowanych - i kapitałochłonnych - technologiach. Zdaniem ekonomisty ich nastawienie się jednak zmienia – głównie dlatego, że deep tech znajduje zastosowanie na polu walki.
- Potrzebujemy inwestycji deeptechowych, bo to tego rodzaju własność intelektualna jest najcenniejsza - a dodatkowo spora część tych rozwiązań ma podwójne zastosowanie, cywilne i wojskowe. Wymagają dużego kapitału, ale nie dostarczymy go, tworząc plan i fundusze wyłącznie dla deep techu. To się nie powiedzie, bo inwestorzy prywatni są niechętni wobec ograniczeń wertykalnych, wskazywania konkretnych branż. Jeśli strona publiczna powie im, na jakich funduszach powinni się skoncentrować, to po prostu tego nie zaakceptują. Dlatego trzeba stworzyć im możliwość wyboru między licznymi funduszami i pozwolić inwestować tam, gdzie chcą - mówi Philippe Tibi.
Każdy kraj musi znaleźć własną ścieżkę dla rynku VC
Sukces francuskiego planu sprawił, że po rady do Philippe’a Tibiego zwracali się przedstawiciele sektora publicznego i inwestorów w innych europejskich krajach, m.in. w Danii i Polsce. Ekonomista przyjeżdżał do Warszawy na zaproszenie PFR – ostatnio 10 grudnia, przy okazji prezentacji strategii państwowego funduszu.
- Pierwszy raz w Polsce byłem rok temu, nie czuję się więc specjalistą i kimś, kto mógłby kogokolwiek pouczać. Każdy kraj ma swoją specyfikę, dlatego nie można wszędzie wdrażać identycznych planów. Trzeba zidentyfikować swoje mocne strony i na nich budować resztę - zastrzega Philippe Tibi.
Ekonomista wskazuje różnice między dwiema największymi unijnymi gospodarkami, które wprost przekładają się na różnice w budowie ekosystemu wsparcia start-upów.
- Niemcy w przeciwieństwie do Francuzów mają bardzo silny przemysł. Jednocześnie zorientowali się, że muszą mocno zainwestować w pobudzenie jego innowacyjności, bo byli zbyt pewni siebie w kontekście Chin. Tworzyli z tamtejszymi firmami spółki joint venture, a teraz dawni partnerzy są dla nich konkurentami w kluczowych sektorach, jak motoryzacja i przemysł maszynowy. Każdy kraj ma swoją specyfikę, narodowy charakter, który wpływa na priorytety decydentów i przedstawicieli biznesu. Niemcy w swój program wsparcia innowacji chcą w większym stopniu zaangażować korporacje przemysłowe, bo uważają je za silną stronę ich gospodarki. We Francji skoncentrowaliśmy się na sektorze finansowym, bo to on - z czołowymi europejskimi bankami, jak BNP Paribas, Societe Generale i Credit Agricole - jest silną stroną naszej gospodarki - mówi Philippe Tibi.
Europejskie jednorożce potrzebują czasu
Zdaniem francuskiego ekonomisty mimo miliardów euro płynących z funduszy europejskich na projekty badawczo-rozwojowe europejskie kraje muszą tworzyć samodzielne programy wsparcia start-upów i nowych technologii.
- Na poziomie UE tak naprawdę nie ma zbyt wielu programów dla start-upów. Wyróżnia się tylko działalność Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego. W Brukseli zauważono ten problem i pojawiły się plany stworzenia funduszu dla scale-upów o wartości 5-10 mld EUR. To dobrze, ale to nie rozwiąże problemu. Nie możemy też czekać na inicjatywy paneuropejskie, trzeba działać tu i teraz. Myślę, że w przyszłym roku we Francji będziemy mieli 10 funduszy venture z kapitałem przekraczającym 1 mld EUR. Za trzy lata, gdy pójdą po świeży kapitał, zbiorą zapewne po 1,5 mld EUR, bo to naturalna kolej rzeczy. Dzięki temu, jak w USA, mamy naprawdę silnych kapitałowo graczy, którzy mogą finansować rozwój firm we Francji, ale też w innych krajach europejskich - mówi Philippe Tibi.
Silniejsze fundusze docelowo mają przełożyć się na więcej europejskich jednorożców, a może nawet gigantów technologicznych o potencjale globalnym.
- Europejczycy czują chyba niedosyt, że nie mamy firm w rodzaju SpaceX czy Amazona. Ale takie rzeczy nie dzieją się od razu. Te firmy powstały ponad dwie dekady temu, a ich rozwój przez wiele lat napędzał napływ amerykańskiego kapitału. Myślę, że potrzeba co najmniej dekady, by ocenić efekty naszych działań. We Francji, uwzględniając wyłącznie deep tech, wiążemy nadzieje m.in. z branżą AI za sprawą Mistrala, mamy dobre firmy w segmencie technologii kwantowych, które pozyskały już znaczący kapitał, jest wiele obiecujących spółek w branży kosmicznej. Wszystkie potrzebują czasu – mówi ekonomista.
