Kandydaci do UE mocno odstają

Lesław Kretowicz
opublikowano: 30-05-2003, 00:00

Za rok do Unii Europejskiej wstępuje 10 państw, które od obecnej Piętnastki dzieli ekonomiczna przepaść. Ekonomiści twierdzą jednak, że na rozszerzeniu skorzystają i gospodarki państw kandydackich, i krajów członkowskich UE.

Wstąpienie 10 krajów do Unii Europejskiej budzi spore obawy w krajach „15”. Największy niepokój rodzi ogromna dysproporcja w podstawowych parametrach gospodarczych — produkcie krajowym brutto (PKB), bezrobociu i deficycie budżetowym. Mniej niepokoi problem inflacji, ale w perspektywie wejścia tych krajów do strefy euro, ceny mogą zacząć rosnąć.

Niemniej — w opinii ekspertów — bogate kraje zachodnie nie mają powodu do strachu przed nami.

Podstawowym parametrem makroekonomicznym, który pokazuje przepaść pomiędzy krajami aspirującymi do UE a krajami członkowskimi, jest wielkość PKB na jednego mieszkańca. Dysproporcja w zamożności martwi polityków i ekonomistów unijnych, którzy po przyjęciu nowych krajów obawiają się spadku poziomu dobrobytu w UE.

Jednak — zdaniem naszych ekspertów — są to obawy bezpodstawne. Wcześniej bowiem do UE wstępowały Irlandia, Hiszpania czy Grecja, a więc kraje równie opóźnione gospodarczo jak my dzisiaj. Nie dość, że nie spowodowało to spadku zamożności ówczesnych członków UE, to jeszcze pozwoliło na poprawę poprzez szybki rozwój tych właśnie gospodarek. Powodów do niepokoju o obniżenie wskaźników nie daje także potencjał Unii i wstępującej „10”.

— Nowi członkowie są znaczący pod względem ludności, ale nie gospodarki. PKB tych krajów to zaledwie 1,8 proc. PKB Unii w obecnym kształcie. Tak słabe gospodarki nie mogą więc wpłynąć na fundamenty całej Unii — uważa Bogusław Grabowski z Rady Polityki Pieniężnej.

W jego ocenie, prawdziwym, ale ukrywanym problemem dla decydentów unijnych jest moment przyjęcia przez nas euro. Przekonują oni kandydatów do UE, że najpierw powinni zająć się dynamizowaniem wzrostu gospodarczego, a dopiero później zastanawiać się nad spełnianiem kryteriów członkostwa w strefie euro.

Ekonomiści twierdzą jednak, że dopiero członkostwo w strefie euro poważnie wpłynie na ożywienie gospodarcze w krajach kandydackich.

— Wstąpienie do strefy euro przekłada się na wzrost dynamiki PKB o 0,8 do 1 proc. rocznie. Kraje UE powinny więc popierać nasze starania o jak najszybsze członkostwo w systemie wspólnej waluty. Im szybciej ich dogonimy pod względem zamożności, tym szybciej znikną obawy, że dzisiejsi członkowie UE zbiednieją — mówi Bogusław Grabowski.

Przyznaje jednak, że rozumie niektóre argumenty Unii Europejskiej. Kraje strefy euro, szczególnie bogatsze — jak Niemcy i Francja — obawiają się wspólnej polityki pieniężnej w rozszerzonej unii walutowej. Po przyjęciu euro przez kraje słabsze nastąpi u nich wzrost inflacji. To zaś zmusi Europejski Bank Centralny do niekorzystnego dla bogatych zacieśniania polityki monetarnej.

Innym powodem do obaw jest polityka fiskalna w krajach aspirujących do UE. Wszystkie mają ogromne problemy ze spełnieniem rygorów paktu o stabilności. Ciekawe jednak, że ten problem pojawił się też w samej Unii. Nie jest on aż tak widoczny, ale Niemcy, Francja czy Włochy są w dołku cyklu koniunkturalnego i także nie radzą sobie z utrzymywaniem deficytu budżetowego na niskim poziomie.

Jednak — zdaniem ekspertów — poradzą sobie bardzo szybko i zaczną naciskać na nas, abyśmy i my uregulowali sytuację budżetową.

— Na razie kraje „15” milczą, nie chcą wpływać swoimi opiniami na wyniki referendów w krajach aspirujących. Nie można także liczyć, że mimo trudności, jakie same przeżywają, złagodzą kryteria fiskalne obowiązujące w UE. Ich problemy są przejściowe, a po ich przezwyciężeniu zmuszą nas do gruntownych reform — tłumaczy Bogusław Grabowski.

Ostatnim czynnikiem, bacznie obserwowanym w UE, jest wysokie bezrobocie we wszystkich niemal krajach kandydackich. Zdaniem polskich ekspertów, jest to najmniejszy problem dla Unii, choć obecnie ona sama przeżywa spore kłopoty w tej dziedzinie. Podobnie jednak, jak w przypadku polityki fiskalnej, są to problemy przejściowe.

— Rynek pracy w UE jest bardzo szeroki, w okresie prosperity nawet brakuje tam rąk. Wstąpienie nowych krajów do Unii daje szansę na zapełnienie tej luki — uważa Krzysztof Rybiński, główny ekonomista BPH PBK.

Podobnego zdania jest Bogusław Grabowski, który wskazuje dodatkowo paradoks, w jaki wpędza się UE, chroniąc swój rynek pracy okresami przejściowymi.

— Ideą UE jest wolny przepływ towarów i usług, swobodna konkurencja w każdej dziedzinie, uelestycznianie rynku pracy. Tymczasem działania Unii idą w przeciwnym kierunku, ograniczają swobodę zatrudniania — dziwi się członek RPP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Lesław Kretowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Kandydaci do UE mocno odstają