Karty na stół! Uncja złota po 2500 USD?

Krzysztof Kolany
opublikowano: 2023-06-12 20:00

Do końca 2024 r. cena złota sięgnie 2500 USD za uncję, a gospodarka Stanów Zjednoczonych przejdzie przez recesję – prognozują ekonomiści Incrementum AG. Ich głos stoi w kontrze do rynkowego konsensu zakładającego miękkie lądowanie i brak kryzysu finansowego w USA.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Miesiąc temu dolarowe notowania złota niemal wyrównały nominalne rekordy wszech czasów z sierpnia 2020 i marca 2022 r. Jak na razie był to ostatni zryw królewskiego metalu w ramach rozpoczętego pół roku wcześniej ruchu wzrostowego, gdy kurs kruszcu podniósł się z ok. 1620 USD do 2070 USD/oz.

Po zwyżce o przeszło jedną czwartą w ciągu pół roku złoto złapało zadyszkę i słuch o nim zaginął. W mediach finansowych temat złota praktyczne przestał istnieć po tym, jak notowania „barbarzyńskiego reliktu” ponownie znalazły się poniżej 2000 USD/oz. Podczas gdy obóz goldbugów wciąż dostrzega opisywaną przez nas pod koniec marca i zapowiadającą potężne wzrosty formację „filiżanki z uszkiem”, na rynek trafił raport z firmy inwestycyjnej Incrementum AG.

Rynek sprawdzi bankierów centralnych

Ekonomiści Incrementum nie od dziś słyną z bardzo pozytywnego nastawienia do złota w szczególności oraz aktywów materialnych w ogólności. Tegoroczny raport kładzie nacisk na politykę banków centralnych, które w 2022 r. dokonały ostrej wolty i zacieśniały politykę pieniężną w tempie niewidzianym od przeszło czterech dekad.

“Gdy bankierzy centralni wreszcie dostrzegli powagę sytuacji, zadziałali z nieoczekiwanym rygorem. Jerome Powell podniósł stopy procentowe dwa razy mocniej w trzy razy krótszym czasie niż w poprzednim cyklu podwyżek. Gdy naciśniesz na hamulce zbyt późno, musisz uderzyć w nie mocniej” – zauważyli analitycy Incrementum

Mimo niewidzianego od czasów Paula Volckera zacieśnienia polityki monetarnej zarówno inflacja, jak i koniunktura na amerykańskim rynku pracy (to dotyczy też Europy) pozostaje uparcie mocna. Co prawda inflacja CPI w Stanach Zjednoczonych jest teraz o połowę niższa niż rok temu, ale „lepka” presja cenowa w sektorze usług pozostaje wyzwaniem dla banków centralnych. Podobnie jest na starym kontynencie, gdzie od jesieni inflacja CPI wyraźnie się obniżyła, ale inflacja bazowa wciąż trzyma się mocno. Zarówno w Ameryce, jak i w eurolandzie stopa bezrobocia pozostaje na rekordowo niskich poziomach, a przedsiębiorstwa mają problemy z uzupełnieniem wakatów.

Równocześnie wiarygodność bankierów centralnych pozostaje bardzo niska. I trudno się temu dziwić, skoro dwuprocentowe cele inflacyjne po obu stronach Atlantyku nie są realizowane od ponad dwóch lat. Zaufanie do polityki przewodniczącego Rezerwy Federalnej w badaniu Gallupa spadło do rekordowo niskiego poziomu 36 proc. W strefie euro takich badań nawet nie przeprowadzano, ale wynik zapewne byłby jeszcze gorszy.

„Władcy pieniądza” chcący w miarę szybko zwalczyć wyhodowaną przez siebie inflację ryzykują utratą chwiejnej równowagi między celem inflacyjnym (czyli własną wiarygodnością), koniunkturą gospodarczą (czytaj: bezrobociem) i stabilnością systemu finansowego (czytaj: plajtami banków). Gwałtowne podwyżki stóp procentowych jak dotąd ani nie stłumiły presji inflacyjnej, ani nie złamały rynku pracy. Za to już zaczęły podważać stabilność finansową, czego dowodem były upadki trzech całkiem sporych banków w USA oraz awaryjna likwidacja Credit Suisse.

Meksykańska teoria monetarna

Obecnie Stany Zjednoczone doświadczają zjawiska niewidzianego od wybuchu II wojny światowej – spadku podaży pieniądza M2. Co więcej, spadek ten w ujęciu rocznym jest najgłębszy od zakończenia Wielkiej Depresji z lat 30. ubiegłego wieku. Równocześnie widzimy masowe zacieśnianie warunków kredytowych w bankach, a kolejne wskaźniki wyprzedzające koniunkturę jednoznacznie ostrzegają przed recesją. A ta na przekór temu wszystkiemu wciąż się nie pojawia.

“W naszej opinii czynnik czasu jest całkowicie niedoceniany” – twierdzą analitycy z Liechtensteinu i przyrównują sytuację do działania tequili. Ten meksykański trunek potrafi znakomicie rozkręcić przyjęcie, lecz skutki jego nadużycia stają się boleśnie odczuwalne dopiero dnia następnego. W myśl tej „tequilowej teorii monetarnej” teraz trwa noc, a nieprzyjemne konsekwencje dopiero się ujawnią. Tak właśnie z wielomiesięcznym opóźnieniem ma zadziałać seria podwyżek stóp procentowych oraz ilościowe zacieśnienie (QT) polityki monetarnej Fedu.

Gdy we wrześniu 2007 r. Rezerwa Federalna pod wodzą Bena Bernankego rozpoczynała cykl obniżek stóp procentowych, kryzys szalejący na rynkach nieruchomości był powszechnie ignorowany lub bagatelizowany. Mimo ostro ciętych stóp procentowych gospodarka USA wpadła w najgłębszą recesję od 30 lat, Wall Street odnotowała potężne spadki, a z przeszło pięcioprocentowej inflacji CPI w rok później zrobiła się łagodna deflacja (-2 proc). Opóźnienie między decyzjami Fedu a reakcją gospodarki było liczone w kwartałach.

Gra pod scenariusz z lat 70.

“Kluczowe pytanie brzmi: czy zacieśnienie polityki monetarnej zredukuje inflację dostatecznie mocno, aby banki centralne zdążyły odzyskać twarz, zanim znów poluzują cugle?” – tak sprawę stawiają analitycy Incrementum.

Teoretycznie Jerome Powell ma tu wolną rękę i wzorem legendarnego Paula Volckera mógłby mocnym uderzeniem zdławić inflacyjną hydrę. Jest tylko jeden problem. Gdy na początku lat 80. Paul Volkcer rozprawił się z dwucyfrową inflacją przy pomocy stopy funduszy federalnych rzędu 20 proc., relacja długu publicznego do PKB wynosiła 35 proc., sektor przedsiębiorstw był winny 53 proc. PKB, a gospodarstwa domowe niespełna 48 proc. Razem było to 136 proc. PKB. Teraz wielkość zadłużenia (zarówno publicznego, jak i prywatnego) w USA sięga 275 proc. PKB. Zatem gospodarka jest znacznie bardziej wrażliwa na zmiany kosztów obsługi tego długu.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych BLS.

Stąd też znacznie większe ryzyko tego, że w pewnym momencie Fed spanikuje i zacznie przedwcześnie luzować politykę monetarną, nie czekając na trwały spadek inflacji. Dokładnie taki błąd włodarze Rezerwy Federalnej popełnili niemal pół wieku temu. Choć skale nie są identyczne, to podobieństwo jest uderzające. Zadowolony z siebie Fed w połowie lat 70. zaczął obniżać stopy procentowe tylko po to, aby wkrótce później zobaczyć drugą – jeszcze silniejszą od pierwszej – falę inflacji.

Jak to wszystko ma się do złota? Nie chodzi tylko o to, że w latach 70. cena uncji królewskiego metalu wzrosła przeszło 20-krotnie. Rzecz w tym, że współczesna inflacja CPI na razie wiernie podąża ścieżką sprzed prawie pół wieku.

“Następne kilka miesięcy powie nam, czy gospodarka USA potrafi przeciwstawić się tendencjom recesyjnym. Stawiamy przeciwko temu scenariuszowi, ponieważ złamanie najmocniejszej od czterech dekad fali inflacyjnej manifestuje się w jeszcze silniejszych trendach recesyjnych” – konkludują analitycy Incrementum.

Ich zdaniem Stany Zjednoczone już wiosną 2023 r. znalazły się w początkowym stadium recesji. Czyli okresu, który statystycznie sprzyjał wyższym cenom złota. Tak samo jak oczekiwany spadek stóp procentowych w USA. Stąd też dość odważna – i wyraźnie przewyższająca rynkowy konsens – prognoza dla cen złota, które w tym roku mają sięgnąć ok. 2300 USD/oz. i w roku 2024 dotrzeć do poziomu 2500 dolarów za uncję trojańską.