KIKI = KIKAI

Rafał Tomański
opublikowano: 15-04-2011, 00:00

Gdy ziemia się trzęsie, naukowcy przypominają o najniebezpieczniejszej elektrowni atomowej — Hamaoka.

Czyli co cię nie zabije, to cię wzmocni. Po japońsku

Gdy ziemia się trzęsie, naukowcy przypominają o najniebezpieczniejszej elektrowni atomowej — Hamaoka.

Kiki to po japońsku katastrofa. Zapisuje się to słowo dwoma znakami oznaczającymi "niebezpieczeństwo" i "maszynę". Ponieważ język japoński jest pełen wieloznaczności, kilka kresek znaku poza "maszyną" oznacza też "moment". W połączeniu ze słowem kai (zapisywanym znakiem "spotkanie") znaczy "szansę" — kikai. W Japonii sytuację po trzęsieniu zaczyna się opisywać właśnie tymi dwoma słowami: kiki może przerodzić się w kikai. Ze wszystkiego należy wyciągnąć wnioski, by nie popełniać tych samych błędów w przyszłości.

Bez sagyougi

A jest co poprawiać. Pojawiają się głosy krytyki w sprawie działań rządu w elektrowni w Fukushimie. Dwa tygodnie po wstrząsach blisko 60 proc. Japończyków krytykowało opieszałość TEPCO, firmy zarządzającej elektrownią, i chaos informacyjny. Informowano o poziomach radioaktywności przekraczających normy miliony razy, by wycofywać się z tych informacji po kilku godzinach. Sięgano po rozmaite wynalazki, które, gdyby nie powaga sytuacji, wyglądałyby komicznie. Polewano budynki reaktorów wodą z helikopterów, wozów strażackich, a wreszcie zastanawiano się, czy elektrowni nie przykryć syntetyczną tkaniną mającą zatrzymać promieniowanie.

Najważniejsze, że po kilku tygodniach paradowania w niebieskich kombinezonach rodem z warsztatu samochodowego (sagyougi, dosłownie odzież robocza — według polityków ubranie, które pokazuje narodowi, że władza się bardziej stara), politycy przebrali się wreszcie w garnitury i wrócili do poprzednich ról. To znak, że sytuacja w Fukushimie zaczyna się normować.

Nuklearne domino

Idzie ku dobremu, ale na jak długo? Za każdym razem, gdy trzęsie się mocniej, naukowcy przypominają o elektrowni atomowej Hamaoka, uznawanej za najniebezpieczniejszą w Japonii. Położony 200 km na zachód od Tokio zakład zbudowano w najmniej fortunnym miejscu, bo praktycznie na styku dwóch dużych płyt tektonicznych. Jest zaprojektowany na trzęsienie o sile 8,5 stopnia w skali Richtera, ale Katsuhiko Ishibashi, profesor z uniwersytetu w Kobe, apeluje o jak najszybsze jego zamknięcie. Uważa, że nawet znacznie mniejsze wstrząsy mogą spowodować kłopoty.

Jako przykład wybitny sejsmolog podaje awarię w ośrodku Kashiwazaki-Kariwa, największej elektrowni atomowej na świecie, która musiała zostać zamknięta na 21 miesięcy po trzęsieniu zaledwie 6,6 w skali Richtera, które nawiedziło okolice Niigata w lipcu 2007 r. Pomimo mniejszej kategorii wstrząsów, przyspieszenie podłoża przekroczyło bezpieczny dla elektrowni poziom ponad dwukrotnie. Profesor Ishibashi nazywa Hamaokę "terrorystą-kamikaze", który może wywołać efekt nuklearnego domina. Mówi o scenariuszu jak z katastroficznego filmu: wstrząsy, przegrzanie elektrowni czy nawet rozszczelnienie reaktora, radioaktywne skażenie, ewakuacja milionów mieszkańców. Coś podobnego do Fukushimy, ale na większą skalę.

Genpatsu shinsai, bo tak po japońsku nazywa się teoria profesora Ishibashi (dosłownie "energia atomowa" + "katastrofa trzęsienia ziemi"), powstała 14 lat temu. Przez lata naukowiec próbował zmienić standardy projektowania elektrowni atomowych i oceny ryzyka. Bezskutecznie. Podał się do dymisji, gdy rządowa komisja odrzuciła jego sprawozdanie. Jako winnego nieprawidłowości podczas incydentu w Kashiwazaki profesor wskazuje TEPCO. To samo TEPCO zaliczyło wpadkę w 2002 r., gdy okazało się, że fałszowało prawie wszystkie raporty o stanie 17 elektrowni atomowych. Sprawa wyszła na jaw tylko dlatego, że nieprawidłowości zgłosił amerykański inżynier pracujący dla japońskiej spółki.

Kierownictwo TEPCO podało się wtedy do dymisji, a ponieważ niedowierzano już żadnym dokumentom dostarczanym przez plączącą się w zeznaniach firmę, na przełomie lat 2002 i 2003 wyłączono wszystkie jej reaktory. Łącznie z Fukushimą. Co ciekawe, nie doszło wtedy do przerw w dostawach energii. TEPCO stanęło na wysokości zadania, zamówiło dodatkowe dostawy gazu do elektrowni cieplnych i tak pokierowało przepustowością sieci elektrycznej, że mieszkańcy Japonii nie musieli borykać się z ograniczeniami. Pomogła łagodniejsza niż zwykle zima.

Obecne problemy z zaopatrzeniem w energię, których doświadcza Tokio i okolice nie wynikają wyłącznie z unieruchomienia Fukushimy. Sześć uszkodzonych reaktorów Daiichi (czyli elektrowni nr 1) byłoby do zastąpienia przez siłownie zasilane węglem i gazem, ale one także ucierpiały podczas trzęsienia 11 marca. Wiele wymaga gruntownej przebudowy.

Co dalej z atomem

Po marcowym kataklizmie w Japonii pojawiają się głosy, że być może warto zrezygnować z energii atomowej. W końcu czarne scenariusze zawsze okazują się gorsze od naukowych symulacji, a w całym kraju trudno znaleźć miejsce wolne od trzęsień ziemi. Japonia nie może sobie jednak pozwolić na całkowite pozbycie się tego źródła energii. Pierwszy powód to bezpieczeństwo energetyczne kraju, który doświadczył już w swojej historii embarga na dostawy ropy i liczy się z tym, że paliwa do bezpieczniejszej energii cieplnej może zabraknąć. Swoich źródeł węgla czy ropy Japonia nie ma. Gaz? Z Chinami toczy spór o złoża na Morzu Żółtym, a sama może być spokojna o gaz w pobliżu Okinawy.

Czemu zatem nie inwestować w energię odnawialną i nie budować pól z wiatrowymi turbinami? Niestety, energia wiatrowa czy słoneczna nie gwarantuje stałego poziomu dostaw. Nie ma pewności, że wiatr będzie zawsze wiał mocno w godzinach zwiększonego poboru mocy, albo że baterie słoneczne naładują się dostatecznie, by udźwignąć potrzeby miasta pełnego nowoczesnej technologii.

Brak też miejsca na turbiny (kraj jest zbyt górzysty), mogłyby się pojawić zarzuty o psucie krajobrazu i hałas. Czy nie można ich ulokować w najmniej zaludnionych terenach na północy wyspy Hokkaido? Według wyliczeń, tamtejszy wiatr jest w stanie dostarczyć 1/10 energii potrzebnej Japonii. Jednak powstały na dalekiej północy prąd trzeba dostarczyć na południe, a linie energetyczne łączące wyspy Hokkaido i Honshu nie byłyby w stanie tego udźwignąć.

Co gorsza, Japonia od półtora wieku nie ma jednolitej sieci energetycznej i pół kraju operuje na znanej w Europie częstotliwości prądu 50 Hz, a pół — na amerykańskiej 60 Hz. Ten podział wynika wyłącznie z historycznych zaszłości. W drugiej połowie XIX wieku do Japonii sprowadzono amerykańskie generatory i ustawiono w dwóch gospodarczych centrach kraju — Tokio i Osace. Gdy pierwszy szybko się popsuł, zastąpił go produkt z Niemiec. Do niedawna problem różnych częstotliwości prądu nie wydawał się ważny, ale obecnie bariera dzieląca energetyczną mapę kraju mniej więcej na linii miast Shizuoka i Nagano, czyni przesył energii wewnątrz Japonii naprawdę bardzo trudnym zadaniem.

Dlaczego w takim razie nie zaryzykować już na całego i nie wytwarzać jeszcze więcej prądu z atomu? W 2010 r. z tego źródła pochodziło 33,6 proc. zużywanej energii, elektrownie cieplne dawały 62 proc., wodne 6,4 proc., a geotermalne 0,3. Dla porównania: we Francji blisko 80 proc. zapotrzebowania zaspokajają reaktory (a przecież Francuzi mają tylko cztery reaktory więcej niż Japonia). Dlaczego w Kraju Kwitnącej Wiśni nie można by zrobić podobnie? Dlatego, że w przypadku atomu nie można skorzystać z szybkiego wygaszenia reaktora. Stwarza to problem nadprodukcji. Japonia nie eksportuje prądu za granicę, Francja natomiast wysyła 15-17 proc. wytwarzanej energii do sąsiednich krajów.

Rząd w Tokio musi sobie poradzić z atomem i zweryfikować dotychczasowe normy dotyczące bezpieczeństwa elektrowni. W rejonie, który drga kilka razy dziennie, trzeba być nad wyraz ostrożnym. Tak, by z kiki (katastrofy), wyciągnąć jak najwięcej kikai, czyli okazji do nauki na przyszłość.

Rafał Tomański

Autor jest z wykształcenia japonistą (UW) i ekonomistą (SGH), niedawno wydał w Muzie książkę "Tatami kontra krzesła" poświęconą współczesnej Japonii i Japończykom.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Tomański

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu