Komandos, który strzyże Lego

PORTRET: Robert Podleś od niemal ćwierćwiecza klocek po klocku tworzy imperium zabawek. I choć pływa w basenie z drapieżnikiem, nie traci hartu ducha. Renesans klocków konstrukcyjnych sprawia, że jego Cobi ruszyło z ofensywą w Europie i za oceanem.

„Jesteście młodymi komandosami. Jest to Wasza pierwsza samodzielna próba. Obudzono Was przed wschodem słońca, helikopterem przewieziono na nieznaną wyspę” […] Awans jest tylko dla pierwszego. Twoi koledzy są teraz Twoimi przeciwnikami. […] Ruszaj, sprawdź samego siebie, sprawdź, czy jesteś prawdziwym komandosem” — tak zaczyna się instrukcja gry w „Komandosów”, kultową planszówkę z 1990 r. Na pudełku komiksowa kreska i wizerunki dwóch herosów do złudzenia przypominających hollywoodzkich aktorów: Arnolda Schwarzeneggera (znanego wówczas m.in. z „Conana”) i Sylwestra Stallone’a („Rambo”). Do tego uśmiechnięta gąsienica na kawałku puzzla — logotyp firmy Ertrob, producenta gry.

ROBERT PODLEŚ:
Zobacz więcej

ROBERT PODLEŚ:

IMPERIUM ZABAWEK MW

— Jeśli dobrze pamiętam, rysunek zleciliśmy poleconemu studentowi ASP, niejakiemu Markowi Raczkowskiemu. A grę wymyśliliśmy pewnego wieczoru z kolegą. To była nasza trampolina do dużego skoku — mówi Robert Podleś, właściciel i prezes Cobi, jednego z największych producentów opon w Europie.

Nyską na front

Zaraz, zaraz — zaprzeczą zorientowani w dziecięcej materii — przecież Cobi to uznany producent klocków konstrukcyjnych z plastiku, w cieniu Lego, ale jednak drugi w Europie. A do tego jeden z większych w Polsce dystrybutorów zabawek. Pełna zgoda, jednak to z taśm mieleckiej fabryki Cobi co roku zjeżdżają setki tysięcy miniaturowych opon do zestawów klocków. Zanim jednak do tego doszło, 54-letni dziś Robert Podleś był komandosem podczas wielu biznesowych misji. Nie od razu zbudował firmę, której roczne przychody przebijają 100 mln zł.

— Reklamę „Komandosów” w telewizji puściliśmy zaledwie trzy razy. Po ostatniej emisji uruchomiłem — „na pych” — wysłużoną nysę załadowaną towarem po sufit i ruszyłem z Warszawy na targi zabawkarskie do Poznania. Wszystko zeszło na pniu, wracałem po „Komandosów” jeszcze dwa razy. Zaczęło się szaleństwo — wspomina Robert Podleś.

Planszówka sprzedawała się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy rocznie przez kilka lat, jej kontynuacje też nie były gorsze. Po czym, jak na prawdziwego komandosa przystało, Robert Podleś rzucił się na inny, nieznany odcinek frontu.

Artysta na flipperach

Deszczowa szwedzka jesień, koniec lat 80. Na poboczu drogi stoi sfatygowany maluch przygnieciony pokaźną obudową od automatu do gier elektronicznych. Pod podwoziem Robert Podleś, który wówczas o grach planszowych nawet nie marzył. Za pomocą sznurka i drutu reanimuje skrzynię biegów, jako absolwentowi technikum samochodowego idzie mu całkiem sprawnie.

— Pojechałem zarobkowo do Szwecji, gdy nie dostałem się na studia na dzisiejszą SGH i przydzielono mi praktyki w Polmozbycie. Zza Bałtyku przywiozłem wysłużony automat do gry w tzw. flippery i po remoncie wstawiłem do knajpy. Później zrobiła się z tego sieć kilkudziesięciu automatów, co wieczór wysypywałem utarg do worka — wyjaśnia biznesmen.

Został nawet artystą: by działać legalnie, zapisał się do Stołecznej Estrady, miał legitymację, płacił ryczałt. Apogeum działalności to akcje w czasie letniej kanikuły, gdy wywoził dwa barakowozy na Mazury i tam urządzał salony gier dla dzieciaków złaknionych cyfrowej rozrywki.

Cień Trefla

W pewnym momencie tej karuzeli, robiąc kolejną nocną rundę z workiem monet i serwisantami, stwierdził — dość. Wrócił do marzeń o produkcji.

— Kuzynostwo robiło traktory zabawki z tworzywa. Szło nieźle, zatem i ja postawiłem na zabawki, tyle że puzzle, których produkcja wydawała się prostsza i tańsza — tłumaczy Robert Podleś.

Jego losy splotły się losami Kazimierza Wierzbickiego, właściciela trójmiejskiego Trefla. Przez kilka lat z nim rywalizował, ale też współpracował. Sam przerabiał kupione okazyjnie prasy, kombinował tekturę i farby drukarskie.

— Działałem praktycznie w pojedynkę, przepisy ograniczały zatrudnienie do pięciu osób. Pamiętam, jak zainwestowałem w profesjonalną, radziecką prasę. Przyjechała ciężarówka, wyładowała dziewięciotonowe ustrojstwo 40 metrów od hali przy Płowieckiej w Warszawie i odjechała. Dwie doby zajęło mi zaciągnięcie jej pod dach — wspomina Robert Podleś.

Idylla na głodzie

Klocki? Zaczęły się dopiero około 1992 r. Chwilę wcześniej robił podchody do Lego, zgłaszając Duńczykom akces do wyłącznej dystrybucji klocków nad Wisłą. Kontraktu nie dostał, ale produkt — jako uniwersalny, edukacyjny i dość prosty w produkcji — wydawał mu się ponadczasową zabawką. Gdy więc napatoczył się kolega z kilkoma formami do klocków, za które nie dostał zapłaty, zaświtała mu myśl, że może by jednak spróbować. Kupił trzy pierwsze wtryskarki i najtańszy surowiec, wymyślił bardziej chodliwą nazwę firmy i zaczęła się zabawa. Radziecką prasę odsprzedał Treflowi.

— Jako dziecko nigdy nie bawiłem się Lego. Dopiero gdy zacząłem produkować klocki, wszedłem w ten świat. Przez lata wyłącznie ja wymyślałem kształty, zestawy, wszelka kreacja stała na mojej głowie — wspomina szef Cobi, który do dziś poprawia, aprobuje, współprojektuje.

Z przeszłości ma w głowie obrazek z wieczornej laby po całodziennym szaleństwie small businessu: stojący w garażu stół bilardowy zasypany tysiącami klocków i jego synek, bawiący się w bajkowej scenerii. Obok tata coś budujący, zapisujący, dumający… Klocki rozkręcały się nie gorzej niż handel zabawkami („wygłodniali Polacy kupowali na pniu, cokolwiek sprowadziłem zza granicy”) i dawały więcej frajdy. Idylla trwała do czasu, gdy Cobi stało się na tyle widocznym graczem, że wyskoczyło z lokalnego pudełka i weszło w paradę światowemu liderowi — Lego.

Ciepły Samsung

Samsung — tony dużych worków z wybitym logo tej firmy w fabryce Cobi w Mielcu — zawsze dziwi laików. Speców niekoniecznie, w końcu koreański gigant to jeden z liczących się graczy w branży chemicznej. W workach leży kopolimer akrylonitrylo-butadieno-styrenowy. Dla przemysłowców to po prostu ABS — amorficzne, niepalne i trudno zniszczalne tworzywo nadające się m.in. do drukarek 3D. Od kilku dekad ABS święci triumfy w branży zabawkarskiej, jego głównym odbiorcą jest Lego. Produkcja klocka — w przeciwieństwie do projektowania i sprzedaży — to dość prosta historia. Wtryskarka zasysa półprodukt (ABS w formie granulatu w odpowiednim kolorze), podgrzewa go i przyciska do formy na prasie, by po chwili wypluć ciepłe jeszcze klocki w jednym z 500 kształtów dostępnych w ofercie. Hala produkcyjna to kilkadziesiąt niewielkich maszyn wypluwających z sykiem sprężone powietrze i szmer gotowych produktów sunących po blasze do pojemnika. Więcej przestrzeni zajmują magazyny, biura, linie do segregacji. Swoje miejsce w strukturach ma też dział prawny.

Patent w torbie

— Na szczęście teraz nie mamy żadnych spraw z Lego — mówi Robert Podleś, któremu duńska firma nie kojarzy się z beztroskim budowaniem zmyślnych struktur. To raczej walenie głową w mur i złożone kosztowne konstrukcje — te prawne. W Polsce historia sporów Lego z Cobi liczy kilkanaście wiosen i dotyczy m.in. kształtów klocków, ich kolorów, logotypów czy takich szczegółów jak nogi i rozstaw uchwytów w rączkach postaci. By zakończyć spory, Cobi zmieniło wygląd figurek — ich ręce nie chwycą już akcesoriów od Lego.

— Lego domagało się nawet zniszczenia naszych form do produkcji i zaniechania działalności. Sprawa doszła aż do Sądu Najwyższego, który nam przyznał rację. Taka ofensywna strategia Lego to żadna nowość w świecie klocków konstrukcyjnych. Są kraje, gdzie przez zmyślne, przebiegłe ruchy patentowe na rynku można sprzedawać praktycznie tylko klocki Lego — tłumaczy prezes Cobi.

Nic dziwnego, że w Europie z dużych graczy poza Lego ostało się jedynie Cobi. Na świecie jest jeszcze cała masa chińskich producentów (potrafią podrabiać też zestawy Cobi) i Mega Bloks przejęty przez Mattela. To, że Cobi nie podzieliło smutnego losu kilkudziesięciu firm produkujących klocki konstrukcyjne i nie zostało puszczone przez Lego z torbami, już można uznać za sukces.

Czołg na Titaniku

„Lego grozi sklepom z zabawkami” — grzmiał w 2010 r. na pierwszej stronie duński wpływowy dziennik „Politiken”. Tekst ilustrował czołg z serii Cobi, rozjeżdżający logo Lego. A w tle sensacyjnego tytułu była wojna handlowa na linii Lego-Cobi, trwająca do dziś i opis, jak to klocek po klocku Cobi strzyże Lego na jego rodzimym rynku. Dziennikarze przypomnieli, że Lego bardzo nie lubi, kiedy sklepy sprzedają także klocki innych producentów. „Politiken” sugerował, że rodzimy gigant szantażuje lokalnych sprzedawców, blokując Cobi pole ekspansji. Polska firma dokonuje jej prostym zabiegiem. Klocki z Mielca są o 30-40 proc. tańsze od duńskich odpowiedników. A jakościowo im nie ustępują.

— Oczywiście nie mamy takich budżetów na marketing, rozwój, szlifowanie każdego elementu biznesu. Mamy swoją rentowną niszę i półkę cenową, tak pomiędzy Lego a tanimi produktami z Azji. To, co nas ostatnio napędza, to sprzedaż w Stanach Zjednoczonych. To już 15 proc. naszych przychodów z klocków — twierdzi Robert Podleś.

Gdy w grudniu, przed świętami, za oceanem wyczerpywały się na Amazonie zestawy z Titanikiem, sprzedawcy podbili cenę dziesięciokrotnie, do 500 USD za pudełko.

Bitwa na pingwiny

Wikipedia podaje, że w momencie rozpoczęcia produkcji Mk II Matilda była najsilniej opancerzonym czołgiem na świecie. Dla Cobi niszczycielski pojazd brytyjskiej konstrukcji jest kolejnym z najmocniejszych produktów w ofercie, sprzedawanym także przez Best-Lock, firmę z Wysp przejętą przez Cobi w 2006 r.

— Tematyka militarna i historyczna to jeden z żelaznych punktów naszej oferty i wynika także z moich zainteresowań. Właśnie zaczynamy sprzedaż pierwszego z 50 numerów tygodnika, do którego dołączane są klocki do zestawu o tematyce II wojny światowej — mówi Robert Podleś i testuje z wiedzy militarnej fotografa „PB Weekendu”, pokazując mu kolejne modele czołgów z klocków.

To za sprawą bakcyla historii kilka lat temu Robert Podleś znalazł się na łamach światowej prasy. Amerykanie i Europejczycy rozpisywali się o kontrowersjach wokół zestawów, w których przypominające nazistów postacie są uśmiechnięte. Po fali światowego oburzenia zaszła zmiana: teraz figurki Niemców z fabryki Cobi uśmiechają się złowieszczo. Nowym pomysłem właściciela na podbicie nie tylko dziecięcych serc i kieszeni są zestawy nawiązujące do rocznic wielkich bitew. Spore dochody dają też sieć 10 przestronnych salonów z zabawkami w całej Polsce i licencje od m.in. Boeinga, Jeepa i producentów serii filmów „Pingwiny z Madagaskaru”. Do tego lada dzień Cobi wypuści serie sygnowane przez producentów hitowej gry komputerowej „World of Tanks” i kolejnych tego typu gier. Robert Podleś znów będzie miał okazję zasłużyć na miano prawdziwego komandosa.

Krew rzeźnika

„Jestem już po trzecim etapie, pierwsza krew, pierwsza wizyta w rzeźni (czyli u lekarzy), ale brnę do przodu i pomału odrabiam straty z pierwszego etapu. Jutro wyjdzie prawda, ponad 80 km w koszmarnym upale. Co zrobić, by odrobić kolejne minuty, jak zaplanować ten bieg? To dziś mój największy problem. W zasadzie połowa niemal za nami. Trzy etapy zaliczone, ale ten jutrzejszy dystans mnie przeraża, boję się jutrzejszego wyzwania, słońca, piasku i własnych słabości” — pisał wiosną 2014 r. Robert Podleś, leżąc w śpiworze pośrodku marokańskiej pustyni. To była nocna relacja z Marathon Des Sables, Maratonu Piasków, od 30 lat uważanego za najtrudniejszy ultramaraton na świecie. Przez tydzień śmiałkowie pokonują 240 km przez Saharę: organizatorzy zapewniają 10 litrów wody dziennie, amplitudę temperatur na poziomie 50 stopni, piasek, krew, pot i łzy. W 2014 r. Robert Podleś zajął 107. miejsce na ponad 1000 uczestników.

— Na Saharę zabrałem dziesięciokilowy plecak i hart ducha. Bieganie na poważnie wciągnęło mnie pięć lat temu. Teraz trenuję pięć dni w tygodniu — mówi Robert Podleś. Nawet gdy pracuje w Mielcu (a jest tu zwykle co drugi tydzień, mieszkając w pokoju przy hali fabrycznej), znajdzie czas na przebieżki po okolicznych lasach i pagórkach.

— Kolejnym celem jest maraton w Berlinie i górski ultramaraton w Bieszczadach, czyli kolejny start w Biegu Rzeźnika — wyjaśnia szef Cobi i ujawnia, że w tym roku zamierza atakować próg trzech godzin w biegu maratońskim.

Strategia uniku

Na pierwszym planie przez najbliższe lata i tak będzie maraton wokół biznesowych klocków. Ma różne pomysły, za 2-3 lata pełną parą ruszy inwestycja warta ponad 22 mln zł, czyli linia produkująca klocki z zaszytą elektroniką, dającą możliwość sterowania zestawami za pomocą telefonu. Na horyzoncie jest też zakład produkcyjny na Białorusi lub mariaż z potężniejszym producentem zabawek. Robert Podleś wartość Cobi ceni wysoko, nie tylko dlatego, że rokrocznie jego firma przynosi kilkanaście milionów złotych zysku.

Także dlatego, że jako jedna z niewielu wciąż pływa w jednym basenie z agresywnym Lego, w niektórych sklepach, np. w Danii, mając wyższą sprzedaż niż rywal. Cały czas jest jednak gotowy na unik przed frontalnym atakiem hegemona. Bo jak głosi instrukcja ataku wyrzutnią rakietową z „Komandosów”: „Trafiony rakietą traci wszystkie rzeczy, które ma przy sobie na rzecz atakującego, a także połowę pieniędzy. Sam natomiast przenosi się do szpitala”. &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Komandos, który strzyże Lego