Koncern, kowboje, spółdzielnie

Karol Jedliński
opublikowano: 24-03-2006, 00:00

Arabscy szejkowie mają swoje czarne złoto. W dolinie Popradu złoto jest przezroczyste. Jak woda.

Przez kilkadziesiąt kilometrów wijący się Poprad wyznacza południową granicę Polski. To właśnie na krańcach tego odcinka rzeki leżą Muszyna i Piwniczna, a w pobliżu jest jeszcze modna Krynica. Na niewielkim obszarze działa tu kilkanaście większych i mniejszych zakładów wydobywających wodę. Dziesiątki, a niektóre i setki milionów litrów rocznie. Co rusz widać podłużną halę z logo którejś rozlewni.

— Panie, te złoża to ewenement nie tylko na skalę regionu czy kraju, ale na skalę świata! No i mają wielką przyszłość! — z entuzjazmem nie znoszącym sprzeciwu przekonuje mnie dr Jerzy Gala, mieszkaniec Muszyny, emerytowany naukowiec, poeta, piewca leczniczych walorów sądeckich wód.

Kilkaset lat temu Krynicy jeszcze nie było, a w rozwijającej się Muszynie królowały inne napitki. Przez wieki ta miejscowość była jednym z przystanków na szlaku handlowym na południe Europy. Wino z węgierskiego Bardejowa było wtedy największym lokalnym przysmakiem. Krążą legendy o beczkach zalegających w ukrytych piwnicach pod muszyńskim rynkiem. Teraz pozostała woda, bo jest dobra i zdrowa. I przynosi pieniądze, więc nawet wyjątkowo żelaziste szczawy smakują coraz słodziej.

Pijcie i płaćcie

Pod koniec XX w. co chwilę pojawiały się tu nowe rozlewnie. Ci, którzy mieli działki z odwiertami, z dnia na dzień stanęli przed wielką szansą na biznes. Ambitni górale świetnie nadawali się na wodnych szejków. Są wprawdzie w okolicy spółdzielnie pracy Muszynianka czy Piwniczanka, ale przeważają prywatne firmy prowadzone przez odważnych biznesmenów, którzy raczej nie mogą wylegitymować się ukończeniem menedżerskich studiów. Galicjanka, Mineral Complex czy Sopel nie narzekają na zastój. Podobnie jak niedawno powstały Masspol (woda Zdroje Piwniczna) czy Cechini z Muszyny. O swoje walczą też producenci Kryniczanki (Uzdrowisko Krynica-Żegiestów) czy Krynicy Zdrój. Okazję zwietrzyły też wielkie koncerny — trochę na uboczu, w Tyliczu, Coca-Cola wysyła w Polskę Kroplę Beskidu.

Ta jednak kole w oczy. Mniejszych producentów nie stać na reklamy w telewizji i postawienie lodówki z logo w każdym sklepie. Ale hardzi górale zapowiadają, że łatwo się nie dadzą. Z rynku nikt ich nie wyprze. W końcu jest on wart ponad 1,1 mld złotych, a Polacy mają pić coraz więcej wody, gonić Czechów czy Niemców. Bo choć maszyny wysłużone, a i marketing kuleje, to jednak wodę mają ponoć najlepszą. A może by tak zjednoczyć mniejsze rozlewnie i zaatakować pozycję wielkich graczy?

— Takiej wersji nie przewiduję. Tu się działa ogólnopolsko, ale myśli lokalnie. Każdy sobie. I na razie dajemy radę — mówi Stanisław Wieloch, prezes Masspolu, małego zakładu niedaleko Piwnicznej.

Francja elegancja

Kilkaset metrów za centrum Muszyny stoją dwie duże, biało-niebieskie hale. W środku zajęcia jest ledwie dla kilku osób, za to pełną parą pracuje pachnąca jeszcze nowością linia produkcyjna. Cała skomputeryzowana, nawet palety same się pakują. Najpierw nadmuchiwane są 1,5 litrowe butelki PET, gdzieś z góry sypią się nakrętki. Potem wreszcie woda, a na końcu etykiety. Jeszcze tylko pakowanie w zgrzewkę, na paletę i wio! — na magazyn. Hałas dokucza, ale nie ma co narzekać — kilka pań jedynie kontroluje, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Żadnej wilgoci, chłodu czy dźwigania. Tu wszystko robią komputery, Polakom pozostaje tylko pić. Muszyniankę, chlubę regionu i obiekt zazdrości niejednej mniejszej rozlewni.

— No i piją, a na rynku co i rusz pojawia się jakaś woda, która na etykiecie podpiera się rozgłosem regionu — mówi Maria Janas, wieloletnia prezes spółdzielni „Muszynianka”.

— Kilka lat temu pod Kielcami znaleziono fabryczkę podrabiającą Muszyniankę. Podobno na rynek puścili ponad 100 tys. butelek! — wtóruje Jerzy Gala.

A byle czego się nie podrabia.

— Kilka lat temu gruntownie zmodernizowaliśmy zakład. Wszystko z własnych środków, żadnych kredytów. W sumie wydaliśmy kilkanaście milionów złotych — opowiada Maria Janas.

Tylko skąd wzięła takie pieniądze?!

Ciastko popite wodą

Spółdzielnia istnieje już 55 lat, jednak nigdy wcześniej do tak wielkiego majątku nie doszła. Jako Postęp zaczynała od usług krawieckich, fotograficznych i fryzjerskich. Potem była produkcja cukierniczo-karmelarska i branża mięsna. Woda, i to na niewielką skalę, pojawiła się w ofercie spółdzielni jakieś 30 lat temu. Ale dopiero w latach 90. zaczęła być jedynym źródłem zarobku, źródłem, które zalało całą Polskę. A spółdzielni przyniosło krocie. Sklepy błagały o wodę mineralną, tiry godzinami czekały pod bramą zakładu. Spółdzielnia nie nadążała z produkcją i liczeniem zysków. Gromadzonych pieniędzy nikt jednak nie zamierzał przejadać. Nie te czasy.

— Niektórzy nie mogą się nadziwić, że spółdzielnia, czyli PRL-owski przeżytek, rozwija się dopiero w kapitalizmie — mówi jej szefowa.

W zeszłym roku zmieniono nazwę z Postęp na Muszynianka. Ale postępu bynajmniej to nie zatrzymało — ruszyła nowiusieńka niemiecka linia o wydajności 18 tys. butelek na godzinę. Przychody, które w 2005 r. wyniosły około 70 mln złotych, ciągle rosną w tempie 8-9 proc. rocznie. Są wreszcie reklamy w telewizji i sponsoring drużyny siatkarek. Udziały w krajowym rynku wody mineralnej oceniane są na ponad 4 proc.

— Przez lata gromadziliśmy środki na inwestycje, nie zjedliśmy ciastka od razu. Teraz wreszcie możemy je trochę nadgryźć — przyznaje.

Potwierdza, że członkowie spółdzielni, a jest ich prawie 70, dostali ostatnio dywidendy od zysków. Rozemocjonowani mieszkańcy okolicznych miejscowości pokazują mi eleganckie, nowe samochody, którymi jeżdżą spółdzielcy. Bo, jak mówią miejscowi, gdzie bogata parafia, tam i ksiądz piechotą nie chodzi. A wodę piją podobno urzędnicy z nowojorskiego biura ONZ-u. Tak rodzi się nowa muszyńska legenda.

Kropla drąży niemowlęta

Legendą owiane są także sumy, jakie Coca-Cola wydała na unowocześnienie zakładu w Tyliczu, i — przede wszystkim — na reklamę i marketing. W zeszłym roku zadebiutowała Kropla Beskidu, osiągając ponad 7-procentowy udział w rynku. Jest tuż za Nałęczowianką, należącą do Nestle. Ze sklepowych półek zniknęła za to Bonaqua, która była niczym innym, jak wodą stołową. Ona była produkowana — dodawano do niej syntetyczne minerały. Teraz źródlaną Kroplę Beskidu się rozlewa.

— To, że konsumenci wolą wodę z konkretnego regionu, dobrze świadczy o ich wiedzy i wymaganiach — przyznaje Iwona Jacaszek, dyrektor ds. korporacyjnych w Coca-Cola HBC Polska.

Jednak znawcy nie wychwalają Kropli Beskidu pod niebiosa.

— To woda smaczna, ale jeśli chodzi o inne walory, jest raczej miałka — uważa dr Jerzy Gala.

Przytacza liczby — w Kropli Beskidu suma składników mineralnych to 370 mg na litr i dlatego jest ona klasyfikowana jako woda źródlana. Tymczasem wody mineralne z Muszyny, Krynicy czy Piwnicznej mają między 1500 a 2500 mg minerałów na litr. No i nawet po kilka razy więcej dwóch najważniejszych składników dla ludzkiego organizmu — magnezu i wapnia.

— A udowodniono, że minerały z wody są trzykrotnie lepiej przyswajalne niż te z preparatów witaminowych — przekonuje dr Gala.

Jest pewien, że Polacy będą coraz bardziej świadomi zalet wód mineralnych. Dlatego widzi przed nimi przyszłość.

— A na przykładzie Kropli Beskidu widać, ile może zrobić doskonały marketing i armia handlowców — uważa.

Lekarze polecają Kroplę niemowlętom, bo jest neutralna. Podobnie jak Żywiec Zdrój, który opanował niemal czwartą część krajowego rynku. Francuski Perrier wielu zachwyca czystością i smakiem, a minerałów ma nie więcej niż 300 mg/l.

Konsekwentny budowniczy

Tam, gdzie rozlewa się wodę wysokozmineralizowaną, upierają się, że może być ona bogata w minerały, a jednocześnie smaczna.

— Boże, gdybym ja miał te 15 milionów euro, które na Kroplę wydała Coca-Cola, to bym tu zrobił wodne Eldorado! — rozmarza się Andrzej Pyrć, założyciel Mineral Complex, producenta Muszyny Minerale i Krynicy Minerale.

Nazwy wzięły się od lokalizacji dwóch rozlewni. Teraz Andrzej Pyrć ma kilkanaście odwiertów, na brak surowca nie narzeka, za to brakuje mu środków na inwestycje. Na ścianie ośnieżonego baraku, siedziby firmy, wiszą nasze „Pulsowe” dyplomy Gazel Biznesu.

— Rozwijamy się cały czas, a Muszynianka pokazała kierunek rozwoju — mówi prezes firmy, który zaczynał biznes od budowlanki.

Teraz planuje rozbudowę zakładu w Powroźniku nieopodal Muszyny. Na razie w hali kręci się kilkunastu mężczyzn. Kobiety tu się nie sprawdzają, a fabryka Muszynianki wygląda przy tej rozlewni bardziej jak zakład kosmetyczny. Tu liczy się ludzka siła, bo linie nie są skomputeryzowane.

— Nie jestem żadnym magnatem wodnym i raczej mi to nie grozi — śmieje się Andrzej Pyrć, wsiadając do swojego kilkuletniego mercedesa.

Ma dość czekania na inwestora lub dofinansowanie z Unii Europejskiej.

— Tak czy siak, ruszam z budową — ucina właściciel Mineral Complex.

Pionier z doświadczeniem

Żaden z biznesmenów nie zaprzecza, kiedy pytam o niezwykle wysoką rentowność rozlewni wód mineralnych. Mało jednak kto chce zdradzić, ile można zarobić. Jedynie Maria Janas uchyla rąbka tajemnicy.

— Jeśli nie ma się zysku na poziomie 15-20 groszy na butelce, to trudno planować większe inwestycje.

Po tempie rozwoju niektórych producentów widać, że profity mogą być większe. A butelek są przecież miliony rocznie. Najważniejsze, żeby być w dużych sieciach handlowych. A najlepiej to po trochu wszędzie, do sukcesu wystarczy choćby niecały procent udziału w rynku. Tylko jak to zrobić mając kilku handlowców na całą Polskę?

Ostatnio do Józefa Lalika, współwłaściciela rozlewni Sopel butelkującej Muszynę Zdrój, przyjechali Brytyjczycy. Z miejsca zaproponowali eksport.

— To jest dobry interes, ale na początek trzeba dużo włożyć, chociażby na uzyskanie wymaganych certyfikatów. Potem jest czas, żeby się odkuć — mówi Lalik.

Dla niego ten czas jeszcze nie nadszedł, choć właśnie przelał ostatnią ratę kredytu, który zaciągnął na odbudowę zakładu. Całe 600 tysięcy euro.

— Przejąłem zakład wraz z wierzytelnościami po spółdzielni, która zbankrutowała — tłumaczy Józef Lalik, który jako jeden z niewielu nie jest „miejscowy”. Mieszka pod Tarnowem.

Na razie dojeżdża wysłużonym passatem, bo wciąż planuje nowe inwestycje. Tym razem w foliowe etykiety i nowy kształt butelki.

— Po tym jak wyprowadziłem tę firmę na prostą, uwierzyłem w swoją twardość. Choć szybko osiwiałem — mówi Lalik, który z wykształcenia jest leśnikiem, a wcześniej handlował warzywami, produkował fornir i prowadził ubojnię drobiu.

Nieopodal mieści się rozlewnia braci Cechini, potomków sycylijskich inżynierów – imigrantów z czasów monarchii austro-węgierskiej. Z okien Sopla widać też elegancki hotel Klimek. Cztery gwiazdki, eksprezydent przyjechał tu ostatnio po powrocie ze Szwajcarii. Wygląda na to, że Muszyna jest jednym z czołowych europejskich kurortów — żartują niektórzy.

Ale woda to biznes poważny. Nie po to przez kilkaset lat przedzierała się przez warstwy łupków, piaskowców i wapieni, by teraz spokojnie leżakować sobie 300 metrów pod stopami Józefa Lalika.

Na hali wciąż czuć pionierską atmosferę. Sporo wody, niekoniecznie zamkniętej w butelce, korki trzeba dosypywać ręcznie. Przechodzimy pod śmigającymi dopiero co nadmuchanymi PET-ami. Taśma, po której dalej suną pełne już dwulitrówki, pieni się.

— Tak, tak, to płyn do mycia naczyń, stosujemy go, żeby taśma była bardziej śliska — wyjaśnia właściciel zakładu, widząc moją zdziwioną minę.

Zdziwienie budzi też to, że woda nie wpada do butelki wprost ze źródła. Najpierw jest destylowana w dużych cysternach. Trzeba ją odżelazić, w tym czasie traci także CO2.

— Wszyscy tak robią, rdzawy osad z wody niezbyt atrakcyjnie wyglądałby w butelce. No i jej smak byłby wyjątkowo ostry.

Trzeba więc między bajki włożyć opowiadania o „naturalnym nasyceniu CO2”. Po odżelazieniu wodę trzeba na nowo nasycać dwutlenkiem.

Galicyjski kowboj

Wciąż nienasycony jest Ryszard Potoniec z Powroźnika, wsi na drodze z Krynicy do Muszyny. Pierwszy odwiert odziedziczył po rodzicach, teraz ma ich 11. Sukcesu ciągle mu mało. Olbrzymie, zielone logo Galicjanki na jego nowym zakładzie przyciąga wzrok wszystkich przejeżdżających, chyba bardziej niż stojąca po drugiej stronie drogi XVII-wieczna cerkiew. Odwiedzających rozlewnię wita też figura Matki Boskiej z wypisanymi na cokole podziękowaniami za uratowanie firmy. Obok nowy mercedes prezesa połyskuje w marcowym słońcu.

— Moi byli pracownicy i część rodziny próbowali mnie wyrzucić! Ale to ja ich wywaliłem, na zbity pysk! — zapala się Ryszard Potoniec, zapytany o historię ufundowania figury.

Potwierdza się opinia ludzi z okolicy, którzy nie mówią o nim inaczej niż „oryginał”, „prawdziwek”. Człowiek porywczy, który nie tylko ubiorem przypomina kowboja. W biznesie idzie jak burza, strzela celnie, i o tym z uznaniem wypowiadają się wszyscy jego konkurenci. Ale sam Potoniec jest zniesmaczony rzeczywistością rynkową.

— Gospodarka się kończy, przekształca się w sposób rabunkowy. Skończyły się czasy dynamicznych rozwojów. Jak państwo jest chore, to jak to może rosnąć — mówi z przekonaniem. Ale...

Druga noga jego działalności to nieruchomości w Krynicy. Już niedługo ruszy hotel „Renesans”, obecnie restaurowany. To, według Potońca, przyszłość, bo Krynica i okolice są najbardziej perspektywicznymi miejscami. Tu ciągną ludzie z pieniędzmi. To też tworzy wartość dodaną jego wody. Reklam z supermodelkami czy aktorami nie będzie, lepiej zatrudnić więcej handlowców.

— Praca, jeszcze raz praca, plus dobra sieć, no i jakość produktu — z emfazą wylicza składniki sukcesu właściciel Galicjanki.

Jego woda ma wyjątkowo dużo wapnia — prawie trzy razy więcej niż Muszynianka. Jednak magnezu dwa razy mniej. A to właśnie ten składnik doskonale koi skołatane biznesem nerwy.

No to po jednej?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu