Kto oświeci Warszawę

Karol Jedliński
06-10-2008, 00:00

ReportaŻ Ich rynkowa nisza warta jest w Polsce 1,4 mld zł. Krakowska spółka rośnie pod bokiem lidera, Philipsa. Bo pod latarnią najciemniej.

Mądrale z Brukseli zapalają światło. Ekologiczne. W ostatnią środę Komitet Regulacyjny UE przyjął pakiet przepisów do dyrektywy o ekoprojektowaniu. Co wyszło? Oświetlenie biurowe oraz uliczne musi przestawić się na "zielone tory".

— Niech świeci, ale nie podgrzewa klimatu — postanowili eurokraci.

Polska, tak jak i inne kraje Unii, ma 8 lat na wymianę oświetlenia. W takiej Warszawie czeka to 120 tys. lamp. Szacowany koszt: 60 mln zł. Chętni? Ot, choćby polski czarny koń, giełdowy ES-System, produkujący i projektujący tzw. oświetlenie profesjonalne.

— ES to skrót od Energy Saving. Już na początku lat 90. wiedzieliśmy, że energia będzie drożała — przyznaje Bogusław Pilszczek, prezes krakowskiej spółki.

Ekologicznych przesłanek nie przewidział. Ale na chłopski rozum: jeśli coś jest tańsze, a do tego lepsze, to dlaczego ma się nie przyjąć?

— Warszawa jest pod tym względem skansenem. W Krakowie w rok wymieniliśmy ponad czterdzieści tysięcy opraw. I miasto nie zapłaciło nam ani złotówki — twierdzi Bogusław Pilszczek.

I wcale nie fantazjuje. ES-System startował wtedy w konsorcjum z Elektrimem. Świetny strzał na początek. To "Elek", wówczas właściciel zakładów oświetleniowych w Wilkasach, wyłożył kilkadziesiąt milionów na projekt. ES-System wszystko zorganizował i zaprojektował. Gdzie zapłata? Konsorcjum odebrało swoje, przejmując z budżetu miasta fundusze, jakie Kraków oszczędzał na rachunkach za prąd.

— Zwróciło się w sześć lat, zużycie prądu spadło o połowę. Ale potem zmieniono przepisy i takiego rozliczenia miasta nie mogły już stosować — wyjaśnia Bogusław Pilszczek.

Zmieniło się jeszcze jedno. Zakłady w Wilkasach od Elektrimu, "króla spekulantów", kupiła po latach krakowska spółka, wówczas aspirujący kopciuszek.

Lenin niedowidzi

Już po PRL, ale jeszcze Huta im. Lenina. Krakowski moloch tłucze blachę dla fiata, aż miło. Tylko ciągle dzwonią z Bielska z reklamacjami. Że purchle, że odpryski.

— Okazało się, że w punkcie kontroli w Bielsku mają bardzo mocne światło, podczas gdy odbiór jakościowy w hucie pracował przy stu paru luksach — zamiast pięciuset — wyjaśnia prezes ES- System.

Wyłożył hutnikom wprost: panowie, zamiast tych czterech opraw po czterysta watów, my wam damy jedną o tej samej mocy. Ale jasność będziecie mieli ponad 500 luksów. Czarodziej? Raczej inżynier. Koniec końców wyszło nawet 650 luksów. Bo nie sztuka dać mocną żarówę. Sztuka światło odbić. Jak? To się bada w olbrzymiej kuli, stojącej w laboratorium w Wilkasach. Wygląda, jakby przed chwilą odłączyła się od sputnika. To kula Ulbrichta, w niej mierzy się sprawność oprawy oświetleniowej. Cel: obudowa ma jasność potęgować.

— Jestem autorem patentów w tej dziedzinie. W moim przypadku prezesem się bywa, a inżynierem się jest — rzuca Bogusław Pilszczek.

Giełda, czyli ostatnie półtora roku, to tylko chwilowe romanse z inżynierką. A tak: inwestorzy, wyniki, media… Wraca tęsknota za pionierskimi czasami.

— Bogusław z ostrożnością podchodził do procedur narzucanych systemami ISO, wolał tworzyć własne, ale w chwili, gdy zostaliśmy korporacją z ośmioma setkami pracowników, stał się ich zwolennikiem — zdradza Bożena Ciupińska, drugi ze współzałożycieli ES-System i przewodnicząca rady nadzorczej firmy.

Powiedzieć, że ta spółka to jedna wielka rodzina, nie będzie przesadą. Główni udziałowcy: Pilszczkowie, Ciupińscy i Wysoccy, znają się jeszcze ze studenckich czasów. Wiedzą o sobie niemal wszystko, dzielą podobne pasje i jeszcze sprowadzają kolejnych znajomych do firmy. Tu już się robi Nasza-klasa. I podobnie jak projekt internetowy — ta chemia działa.

Pudło za diamenty

Rok 1986. Pewien profesor długo peroruje o nowej normie oświetleniowej, przekonuje, że sakramencko trudno ją policzyć. Po szkoleniu podchodzą do niego pani i pan z dwóch różnych biur projektowych. Z tym samym pytaniem:

— Czy nie da się napisać programu komputerowego, który to wszystko porachuje?

Nie. Jak to nie? Bożena Ciupińska:

— Wtedy Bogusław wziął znajomego informatyka i zaczęliśmy ten program pisać. I tak się zaczęło.

Podstawowa koncepcja: sprowadzajmy do Polski systemy, o których w kraju nawet nie słyszano i pod nie projektujmy systemy oświetleniowe. Własna produkcja, spółki córki za granicą? Jeszcze nawet nie w marzeniach.

— Bożena wyjechała do Stanów, przywiozła stamtąd wielkie pudło. To był, jak na tamte czasy, świetny komputer. I tu mieliśmy przewagę nad konkurencją — podkreśla prezes ES-System.

Na to cacko, i nie tylko, dzisiejsza szefowa rady nadzorczej zarobiła w kilka miesięcy na odcinku między Piątą a Szóstą Aleją w Nowym Jorku. W tzw. diamonds club; tu przychodzi śmietanka jubilerska, na handel, wymianę, pogaduchy. Walizek pieniędzy nie ma, są za to kamienie warte miliony. No i niezłe napiwki dla obsługi. Tam jeszcze Bożena Ciupińska oglądała świat wielkiej finansjery. Kontrakt z Elektrimem, na oświetlenie Krakowa, podpisała parę lat później, w 1996 r. ES-System zgłosił aspiracje do pierwszej ligi. I wciąż uczył się biznesu.

— Przychodzimy rano do Elektrimu uzgadniać szczegóły kolejnego etapu prac. Wjeżdżamy na piętro zarządu, a tu pustki. Jakby huragan przeszedł. Okazało się, że w nocy, z Londynu, odwołano szefostwo spółki — wspomina Bogusław Pilszczek.

Wilkasy. Gdzie?

A w ES-System, na górze od lat nuda. Żadnych kłótni, przewrotów. Produkcja roś- nie, zyski też (3,3 mln zł w II kwartale). Sukcesywnie gonią lidera, Philipsa z nieodległego Kętrzyna. Dla lepszych efektów Wilkasy postawiły na tortury w laboratorium. Wiesza się tam na oprawach ciężary, nagrzewa się je i polewa wodą, postarza w temperaturze 100 stopni Celsjusza, zamraża w minus trzydziestu na parę dni. Bada się nawet, czy lampa nie wysyła zakłóceń. A na hali nowe maszyny za miliony euro mieszają się z tymi jeszcze z lat 50. PRL odchodzi.

— Jak zaczynaliśmy, to gdy przechodziłem przez zakład, nikt nawet dzień dobry nie odpowiedział, ludzie stali z rękami w kieszeniach. Teraz też mało kto odpowie. Bo wszyscy mają nos w robocie — przekonuje Bogusław Pilszczek.

Pochwalić się można. Zaproszono więc niedawno do Wilkasów dziennikarzy, żeby pokazać im, co się przez rok od debiutu giełdowego spółki, zmieniło. Nie przyjechał nikt. Za daleko.

— Kupiliśmy ten zakład za 4,7 mln zł, osiem lat temu. A do dziś zainwestowaliśmy tu prawie 30 mln zł — wylicza Bogusław Pilszczek.

Też tu za często nie bywa, jakieś dwa razy na kwartał. Relaks? Dom w Beskidzie Makowieckim, podejścia pod przebiegnięcie maratonu, tenis. Ciupińscy dorzucają do tego morskie wyprawy i nurkowanie, choćby w Sudanie. Duma? Tysiące kontraktów na oświetlenie tysięcy prestiżowych miejsc: opera w Oslo, Belweder, Złote Tarasy, iluminacja Iraklionu czy krakowskiego rynku.

Gdzie iść? W stronę światła. n

Z ręki do ręki

Mała ojczyzna El Greco czy noblisty i poety Odyseasa Elitisa? Iraklion, dziś oświetlony przez ES-System. Największe miasto i główny ośrodek administracyjny Krety. Obecny Iraklion został założony w 824 r. przez Saracenów, którzy wykopali wokół niego rów obronny. Miasto nazwali więc Chandak — czyli fosa, port udostępniali piratom, napadającym statki bizantyjskie. Bizantyjczycy zdobyli więc miasto, splądrowali, wymordowali mieszkanców i spalili, co się dało. Rządzili tam 230 lat, po czym sprzedali Iraklion Wenecjanom. Ci po 200 latach dostali łupnia od Turków. Od XX w. cała Kreta to już Grecja. Co warto obejrzeć? Średniowieczną fortecę wenecką i fontannę Morosini z XVII w.

Żeby było jasno

Rynek oświetlenia jest w Polsce wart około 3,2 mld zł. Liderem jest Philips, na ES-System przypada kilkanaście procent. W zeszłym roku krakowska spółka wykazała 12,4 mln zł zysku i 167 mln zł przychodu. W tym czasie oświetliła m.in. nowy terminal lotniczy na Okęciu.

Policzyć i świecić przykładem

70

proc. Nawet tyle może oszczędzić miasto na rachunkach za światło, unowocześniając uliczne instalacje.

1,7

mln zł Taki był miesięczny obrót uzyskiwany przez zakład w Wilkasach kilka lat temu...

7

mln zł ...a taki jest obecny obrót Wilkasów, przy zatrudnieniu większym o 20 proc.

Palma gasi

Dziesięć lat temu na aukcji w Nowym Jorku sprzedano lampę Lotus Tiffany’ego za 2,8 mln dol. ES-System aż tak drogich cacek nie robi, ale zdarzają się zamówienia za spore sumy. Takim był kontrakt z galerią handlową Złote Tarasy, która zamówiła wyjątkowy projekt. Na najwyższych piętrach Tarasów stoją na słupkach oprawy, które są niczym liście palmy. Koszt pojedynczej sztuki: kilkanaście tysięcy złotych. I nie dlatego że są z cennego kruszcu, ale dlatego że jest to nie tylko lampa, lecz także element systemu gaśniczego. A połączenie prądu i wody nie jest łatwe. Do Niemiec trafiają zaś takie okazy, jak np. okrąg o średnicy 30-40 metrów. Za kilkadziesiąt tysięcy euro.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Kto oświeci Warszawę