Choć wielu przewoźników zabezpieczyło się przed krótkoterminowymi wahaniami cen ropy poprzez kontrakty hedgingowe, nie rozwiązuje to problemu w dłuższej perspektywie. Jak podkreślił prezes Ryanaira Michael O’Leary, każda dodatkowa presja kosztowa prędzej czy później znajdzie odzwierciedlenie w cenach biletów.
10 EUR zysku. Linie lotnicze są na granicy opłacalności
Jeszcze bardziej dosadnie ujął to szef Lufthansy Carsten Spohr. Zwrócił uwagę, że przeciętny zysk przypadający na jednego pasażera w jego linii wynosi około 10 EUR. Przy tak niskiej marży nie ma przestrzeni, by absorbować wzrost kosztów operacyjnych — szczególnie tak kluczowego elementu jak paliwo.
Przedłużający się konflikt zwiększa ryzyko niedoborów paliwa lotniczego. Ograniczenia w transporcie ropy przez Cieśninę Ormuz podbijają ceny — notowania ropy Brent przekroczyły już 118 USD za baryłkę. W efekcie część przewoźników zaczęła wprowadzać dopłaty paliwowe, a nawet ograniczać siatkę połączeń.
Paradoks rynku lotniczego: im drożej, tym większy popyt
Paradoksalnie, krótkoterminowo sytuacja napędza popyt. Pasażerowie starają się kupować bilety z wyprzedzeniem, licząc na niższe ceny przed kolejnymi podwyżkami. Linie ze Stanów Zjednoczonych jako pierwsze odnotowały wyraźne przyspieszenie rezerwacji, szczególnie wśród bardziej zamożnych turystów i klientów biznesowych.
Podobne sygnały płyną z Europy. Air France-KLM informuje o silnym zainteresowaniu nowymi połączeniami do Azji i Afryki, a Lufthansa — po ograniczeniu operacji na Bliskim Wschodzie — zwiększyła liczbę rejsów do Azji. Dodatkowe 40 lotów zostało zapełnionych w ciągu kilku dni.
Perspektywa na kolejne miesiące pozostaje jednak niepewna. Jak przyznają przedstawiciele branży, rosnące ceny paliwa i biletów mogą ostatecznie osłabić popyt. Kluczowe pytanie brzmi: jak długo pasażerowie będą skłonni płacić więcej za podróże lotnicze.
