Luksus na szczytach Alp

Agnieszka Ostojska
opublikowano: 2002-12-20 00:00

Wygoda, zabawa, wypoczynek. Do ekskluzywnych klubów w austriackim Zürs zjeżdżają bogaci miłośnicy zimowych sportów z całego świata. Wśród nich nie brakuje Polaków i koronowanych głów.

Zürs. 1720 m nad poziomem morza. Tuzin hoteli, żadnych domów prywatnych. Poczta i cztery sklepy. Kolejka linowa na Trittkopf i 6 wyciągów narciarskich. Poza klubem Robinson jest jeszcze kilkanaście hoteli podobnej klasy. W najtańszym — trzygwiazkowym — nocleg poza sezonem kosztuje około 70 euro. W najdroższym — Zürserhof — co roku wypoczywa królowa holenderska Beatrix. Inny upodobała sobie księżniczka Monaco — Karolina. Przyjrzenie się z bliska koronowanej głowie to gratka nie lada. Toteż pilnie wypatruję VIP-ów na stoku, w hotelu, na ulicy... Sukces połowiczny. Poszła fama, że razem z nami wypoczywa w klubie Robinson telewizyjna gwiazda — ale rodzima. Martyna Wojciechowska z TVN. Ktoś widział, jak wychodziła z windy... Podobno.

Zürs to perełka wśród zatłoczonych kurortów narciarskich. Brak tłumu i gwaru, których pełno w wielkich, turystycznych aglomeracjach. Niektórych odstraszają ceny. W czasie sylwestrowym wzrastają trzykrotnie. W Robinsonie doba kosztuje wówczas 280 euro (1,2 tys. zł). Ale zwolenników wypoczynku w klubach w tym czasie nie brakuje. Dominują Austriacy i Niemcy, przyjeżdżają również Anglicy i Włosi. Coraz częściej słychać język polski.

— Wpadamy tu przez cały sezon. Czasem na krótko — cztery, pięć dni. Mamy wszystko, co trzeba. Śnieg, dobrze przygotowane trasy, wygodę i luksus, dobre jedzenie... — mówi Peter, austriacki biznesmen, stały gość Robinsona.

Mieszka niedaleko — trzy godziny drogi samochodem od Zürs. Przyznaje, że jedną z zalet wypoczynku w klubie jest formuła all inclusive — wszystko w cenie.

— Nie trzeba chodzić z portfelem w kieszeni i płacić oddzielnie za każdy batonik czy piwo — tłumaczy Peter.

Każdy z gości ma do dyspozycji elektroniczną kartę, na której rejestrowane są zamówienia. Obrót w hotelu pozostaje całkowicie bezgotówkowy.

Inni goście jako główną zaletę wypoczynku w klubie Robinson podają atmosferę.

— Elegancja, ale przede wszystkim luz i zabawa. Tutaj wszyscy są na nartach. Obowiązują stroje wygodne. Na śniadanie narciarze schodzą już przygotowani do wymarszu na stok. No może jeszcze w zwykłym obuwiu i bez gogli... — opowiada Petra, Niemka. Wraz z rodziną spędza tu co roku święta i sylwestra.

Dzień w Robinsonie zaczyna się wcześnie. Śniadanie podaje się od godziny 7.00. Dla wszystkich, którym zależy, aby być pierwszymi na stoku. Później do restauracji ściągają ci, którzy lubią dłużej pospać. I ci, którzy poprzedniego dnia zabalowali w klubie. Ostatni wychodzą ze śniadania przed dwunastą. Na stolikach — ulotki z programem dnia dla spędzających dzień w hotelu. Organizatorzy postawili na dobrą formę fizyczną i relaks. Już o 10.30 aerobik w wodzie. Zaraz potem streching, godzinę później ćwiczenia na poszczególne partie mięśni. Cały dzień dostępny jest masażysta, sauna fińska i turecka, basen, solarium...

Kiedy zostanie się w klubie, trudno zrzucić zbędne kilogramy. Po długim śniadaniu już o 13 rozpoczyna się pora obiadowa. Często dla wygody narciarzy posiłek podawany jest przed hotelem. Gorąca, aromatyczna zupa, pasta, szaszłyk z grilla i sałatki. A do tego grzaniec, pachnący cynamonem i goździkami. Prawie tak dobry jak polski. I muzyka techno — niektórzy przytupują do rytmu. O 19.30 rozpoczyna się kolacja. Każdego dnia inna myśl przewodnia kulinarnego szaleństwa. Zioła i przyprawy, dziczyzna, dania lekkie, owoce morza, orient. To tylko niektóre kanwy kulinarnych wariacji. Późna kolacja nie jest jednak ostatnim posiłkiem. W klubie pojawia się również danie pod nazwą „przekąska o północy”, która — uwzględniając liczbę kalorii — mogłaby równie dobrze uchodzić za samodzielny obiad. Codziennie odbywają się koncerty muzyki klasycznej, czasem jazzowej. Kilka razy w tygodniu goście mają okazję zobaczyć w hotelowym teatrze przedstawienie.

— W spektaklach grają pracownicy. To część pracy. Dowód, że zależy nam na gościach, którzy — znając nas — reagują bardzo spontanicznie. Czasem nawet włączają się do przedstawienia... Pracując nad spektaklem, zespół integruje się. Także dzięki temu stanowimy naprawdę zgraną paczkę — mówi Martin, kelner.

Ma 24 lata i pochodzi z RPA. Załoga klubów Robinson jest międzynarodowa. Pracują tam studenci szkół hotelarskich z całego świata. Hotel w Zürs obsługują Duńczycy, Anglicy, Niemcy, Polacy, Kenijczycy. W ciągu dnia pracują w restauracji, barze, w centrum odnowy biologicznej. Przynoszą napoje, sprzątają, usługują. Po kolacji i po przedstawieniu wtapiają się w tłum gości. Część z nich nadal pozostaje w strojach kelnerskich, podaje drinki. Reszta dobrze się bawi, ale również pracuje. Niepostrzeżenie sprząta puste szklanki i kieliszki po gościach. Czysto, elegancko, wesoło...

W klubie nikt nie może być sam i wszyscy są na ty. Takie jest założenie. Wszyscy mają się czuć jak w gronie przyjaciół, po prostu — na luzie. Może dlatego Robinson cieszy się dużą popularnością wśród podróżujących samotnie. Wspólne imprezy, posiłki, dla chętnych nawet jazda na nartach w grupach. Do Zürs zjeżdżają również rodziny z dziećmi. Maluchy mają inny program wypoczynku, ich rodzice — inny.

W Robinsonie działa przedszkole, które opiekuje się latoroślami gości, podczas gdy oni sami szusują na nartach. Maluchy mają zajęcia na basenie, narciarstwa uczą się pod fachowym okiem instruktorów. Dla nich urządza się profesjonalne zjazdy slalomowe. No i sanki, łyżwy, zabawy na śniegu. Nie nudzą się. Po tak dużej porcji zabaw na świeżym powietrzu — po kolacji zasypiają snem sprawiedliwego. Wtedy rodzice mogą spokojnie pójść „na imprezę”. A tych w klubie nie brakuje. W hotelu — prócz restauracji i drink-baru — jest jeszcze klub nocny. To jedyne miejsce w Zürs, gdzie można spotkać miejscowych, gdyż klub obsługiwany jest przez mieszkańców pobliskich miejscowości.

W Polsce klient może wybrać między propozycją Robinsona i Club-Medu. Jak podkreśla Katarzyna Włodarek z Airclubu, na klubowe wyjazdy wpływ ma koniunktura gospodarcza. Pobyt w ekskluzywnym ośrodku nie należy do najtańszych — większość atrakcji wliczona jest w cenę.

W USA czy w Kanadzie, gdy ktoś po raz pierwszy chce wypocząć w ekskluzywnym klubie, musi uiścić opłatę wstępną. W Europie turyści po prostu płacą — i korzystają. Luksusowe kompleksy hotelowo-rekreacyjne rozmieszczone są w atrakcyjnych turystycznie miejscowościach.

— Są trzy kategorie klubów: dla wypoczywających samotnie, dla par oraz kluby rodzinne. W klubach dla osób podróżujących samotnie i dla par nie ma np. przedszkoli. Jest za to więcej imprez rozrywkowych... — wyjaśnia Maria Baumgartner z TUI Polska.

Obie dostępne w Polsce klubowe sieci postawiły na sport: narciarstwo, łyżwiarstwo, jeździectwo, tenis.

— Choć w obiektach klubowych można znaleźć centrum odnowy biologicznej, basen, fitness club i ćwiczyć pod opieką instruktora, to każdy ośrodek specjalizuje się w innej dyscyplinie sportu — potwierdza Katarzyna Włodarek, specjalista do spraw turystyki w Airclub, do którego należy Club-Med.