Winyl ma duszę. A gdzie najwięcej najpowabniejszych dusz? W londyńskich second-handach. Kolekcjonerzy czarnych krążków nie wahają się przepłacić. Bo dusza jest bezcenna.
— To świetna sprawa, gdy oprócz luksusowego DVD jest w domu gramofon, a obok stoją czarne płyty. Są ludzie, którzy płacą całkiem spore pieniądze za zbudowanie im winylowej kolekcji — przyznaje Hirek Wrona, didżej i niezależny publicysta muzyczny.
Takie zlecenia przyjmuje od jakichś dwóch lat. Spotyka się z klientami. Jeśli trzeba — kilka razy. Rozmawia o muzyce, słucha opowieści o miłościach, młodzieńczych fascynacjach, utworach, które mają dla nich wartość sentymentalną.
— Zwracam uwagę, by w kolekcji, obok płyt obciachowych — jeśli na takie jest zapotrzebowanie — znalazły się też te ważne dla historii muzyki. Tworzę listy rockowe, jazzowe, funky... No i potem zostaje tylko kupno płyt — opowiada Hirek Wrona.
Kompletowanie kolekcji może trwać — w zależności od wymagań klienta — od dwóch tygodni do roku.
— Pamiętam moją pierwszą płytę — singiel Elvisa Presleya. Z dużą dziurą... Bardzo używany. Kosztował chyba 50 zł. Był to dla mnie duży wydatek. Ale w PRL na kupno płyty można było wydać nie tylko pensję, ale też jej wielokrotność — wspomina z rozrzewnieniem Wojciech Mann.
Posmak wyjątkowości
Są tacy, dla których ważne są wydania: pierwsze lub kolejne, angielskie bądź amerykańskie. Dajmy na to „Synchronicity” The Police miał inną okładkę w Anglii, a inną w Stanach Zjednoczonych. A na pierwszym amerykańskim wydaniu „Their Satanic Majesties Request” Rolling Stones znajdują się ukryte twarze Beatlesów. Za podobne kolekcjonerskie smaczki niektórzy są w stanie dużo zapłacić...
— Prawdziwy zbieracz ma świadomość, że taka płyta musi być droższa. A moja najdroższa? Na wszelki wypadek nie powiem, ile kosztowała — zarzeka się Wojciech Mann.
— Pierwsze wydania często słychać inaczej, choć niekoniecznie dobrze: Jimi Hendrix po remasteringu brzmi, według mnie, znacznie lepiej. Poza tym sporo płaci się za płyty, których jest mało na rynku. Przykład? Prince, który wyszedł w 50 egzemplarzach, wart jest tysiąc funtów, a więc ponad 5,5 tys. złotych — dodaje Hirek Wrona.
Prawdziwy kolekcjoner kupuje płyty, gdzie się da: u dystrybutorów, w wirtualnych sklepach — ale tych zagranicznych, bo w polskich zbyt mały wybór. Na najrzadsze okazy można jednak trafić na aukcjach internetowych: Allegro czy eBay. Trzeba je tylko systematycznie kontrolować: poranna kawa i przed komputer...
— Najlepsze okazje? Nic nie zastąpi londyńskich czy amerykańskich second-handów. Tam dopiero trafiają się perełki. W rezultacie nie zawsze kupuje się tę płytę, po którą się przyszło... Kolekcjonowanie jest jak hazard — potrafię zapłacić dużo, jeśli trafia się coś, na co poluję od dawna. Jadąc do londyńskiego Soho, zabieram z sobą tylko jedną kartę kredytową. Z limitem. Po zakupach i tak zawsze sięga dna — mówi Hirek Wrona.
— Zawsze marzyłem o jakiejś płycie — i tak bez końca. Człowiek wpada w nawyk: jak przez dłuższy czas nie kupi wymarzonej płyty, to — by się uspokoić — kupuje tę mniej upragnioną. Pamiętam okres, w którym dużo kupowałem, a raczej... przede wszystkim kupowałem. Jeden mój zakup wstrząsnął rynkiem płytowym w Warszawie — udało mi się wnieść przedpłatę w Londynie na nową płytę długogrającą Alfreda Manna. Stałem się jej właścicielem w przeddzień oficjalnej premiery sklepowej. Co to oznaczało dla mojego ówczesnego prestiżu, wiedzą tylko ci, którzy wtedy żyli — wspomina Wojciech Mann.
Rytuał słuchania
Dla Hirka Wrony jedną z najcenniejszych płyt jest pierwsze angielskie wydanie debiutu solowego Johna Lennona (na okładce nadzy Lennon i Yoko Ono). Pamięta emocje związane z licytacją internetową. Dawał 600 zł. I był już bliski kupna, kiedy ktoś przebił jego cenę: zapłacił 50 zł więcej. Udało mu się dopiero kilka tygodni później, ale za to taniej... 160 zł i płyta była jego.
Za winyl warto zapłacić — mówią kolekcjonerzy — bo jest jak dzieło sztuki, ma w sobie coś magicznego.
— Ostrożnie wyjmujesz z okładki, z uwagą oglądasz z każdej strony — czy nic się nie stało od ostatniego razu. Delikatnie na talerz, spojrzenie na igłę — czysta, żadnego paproszka. Spokojnym ruchem opuszczasz ramię igły, zasiadasz w fotelu i czasem usłyszysz nawet skrzypnięcie krzesła, na którym siedział ktoś w studiu. Tego nie da się z niczym porównać — opowiada Michał Piotrkowski, sprzedawca w warszawskim sklepie muzycznym, prywatnie: kolekcjoner.
— Słuchanie starych płyt wiąże się z rytuałem, a niedogodności wynagradza piękny dźwięk. Nastrój jednak zależy od tego, co jest na płycie. Kiepska muzyka na analogu też brzmi kiepsko — przekonuje Wojciech Mann.
Pod opieką didżejów
Brzmienie! To dzieli. W latach 80., kiedy firma Philips zakończyła eksperymenty nad nowym nośnikiem, a słynny dyrygent Herbert von Karajan zaprezentował płytę kompaktową, wydawało się, że winyle nie mają z nią żadnych szans. Była trwalsza i dawała możliwość zapisu większej porcji muzyki lepszej jakości. Ale winyl ma to coś... Czarnym krążkiem zaopiekowali się didżeje. Dziś trudno sobie wyobrazić imprezę bez scretchowania.
— Ale lata 80. były trudnym okresem dla sprzedawców winyli. Ludzie masowo kupowali kompakty. Na winylu najlepiej sprzedawały się standardy, pozycje klasyczne, typu Pink Floyd czy Stonesi. Dziś sytuacja się zmieniła. Na czarne krążki jest rynek. Klienci szukają najrozmaitszych rzeczy. Młodzi kupują hip-hop, disco. Wzięciem cieszą się polskie płyty, zwłaszcza seria Polish Jazz. Na zakupy płytowe przyjeżdżają do nas również sąsiedzi zza wschodniej granicy, zaglądają też didżeje z Zachodu — kończy Michał Piotrkowski.
Trochę złotówek:
1
Linn Sondek LP12 został wprowadzony na rynek w 1972 roku i od tego czasu nieprzerwanie na nim króluje. Ramię gramofonu wyceniane jest na 1850 GBP (jakieś 10,5 tys. zł), a samo zawieszenie urządzenia — nóżki — to wydatek przynajmniej 120 GBP (prawie 700 zł).
2
Gramofon Technics SL-1210MK2 jest propozycją dla ludzi o mniej zasobnych kieszeniach. Całe urządzenie kosztuje 2399 zł.
