Mam radę, więc mnie posłuchaj

Karol Jedliński
26-10-2007, 00:00

Jego rad słuchają tuzy biznesu i polityki. Prodi, Barosso, Schröder. Klienci i znajomi Rolanda Bergera.

„Puls Biznesu”: W tym roku same święta. Pańska firma obchodzi czterdziestolecie, pan wkracza w lata siedemdziesiąte. Ile lat stuknie walizce?

Prof. Roland Berger: Pewnie widział pan telewizyjny reportaż „Moja ulubiona rzecz” w Deutsche Welle.

Kilka minut tylko o czarnej walizce. Jedynie niemieckiego komentarza za grosz nie rozumiałem.

Walizka ma jakieś 20 lat. Była ze mną na wszystkich kontynentach w wielu krajach. Po niemiecku określiłbym ją jako „der Talisman”. Przynosi mi szczęście.

Lśniące cacko ze skórzaną rączką jest niczym płaszcz dla trenera José Mourinho?

Coś w tym stylu. Wcześniej miałem inną, ze skóry, która się w końcu wytarła. Teraz postawiłem na kompozyty. Są trwalsze.

Miał pan nie tylko sekretarkę, ale też walizkę. Nieźle jak na początek.

Nie byłem przesadnie biedny. Wcześniej miałem inne biznesy.

Przepowiadano panu karierę w pralni.

Jeszcze jako student zatrudniałem w Monachium piętnaście osób. Do tego miałem sklep spożywczy. Nie chciałem zostać pralniczym milionerem.

Poszły pod młotek?

Kiedy doszedłem do wniosku, że kręci mnie coś bardziej wyzywającego intelektualnie, sprzedałem wszystko za wartość obecnych 350 tys. euro.

Szybka decyzja?

Zanim wszedłem w konsulting, przeanalizowałem siebie. Doszedłem do wniosku, że w tym zawodzie odniosę najwięcej sukcesów.

Nie pomylił się pan. Doradca kompletny. Kto to taki?

Człowiek z charakterem, przy tym akceptowany przez klienta, potrafiący go przekonać do siebie i do swoich wskazówek.

Typy w stylu „jestem najmądrzejszy” odpadają?

Nie, jeśli potrafią budować relacje z różnymi ludźmi. Od sprzątaczki po szefa potężnej korporacji.

Panu wychodzi to nie najgorzej. Gerhard Schröder widział pana w swoim rządzie jako ministra gospodarki.

Oferta Schrödera rozmijała się z moimi planami. Ale i tak mu osobiście doradzałem. Na zasadach pro publico bono. Współpracuję też z obecną kanclerz.

Posadę w Gazpromie też pan Schröderowi polecił?

Nigdy nie doradzałem mu w sprawach osobistych.

Widuje się pana także u boku Romana Prodiego i José Manuela Barroso. Śmietanka europejskiej polityki.

Są moimi dobrymi znajomymi. Dzięki temu mogę wywierać pozytywny wpływ, nie będąc politykiem, szerzyć wartościowe pomysły, ulepszać zawartość merytoryczną polityki.

Szara eminencja?

W niemieckim systemie polityk, który nie jest członkiem partii, nie ma wsparcia partyjnych towarzyszy. Dlatego jest pod ciągłym obstrzałem. Zdecydowałem się działać jako niezależny doradca. Mogę przecież szerzyć swoje koncepcje wśród polityków na takich samych zasadach, jak robię to wśród biznesmenów czy naukowców.

Dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jeśli by poprosił, znalazłby pan czas?

Jak najbardziej. Kwestią sporną pozostaje, czy by słuchał moich uwag.

Angela Merkel słucha?

Pani Merkel, jak wielu innych polityków, niekoniecznie akceptuje wszystko, co usłyszy. Jej prawo. Moja rola nie polega na mówieniu tego, co politycy czy biznesmeni chcą usłyszeć, ale tego, co według mnie jest dobre dla kraju, społeczeństwa czy dla sprawy.

Co takiego sugeruje pan kanclerz Merkel?

Wiarę w ekonomię opartą na wolnym rynku. Rozumiem przy tym, że państwo powinno pomagać słabszym. Jednak najpierw sami powinni oni spróbować zmierzyć się z życiem.

Interwencjonizm odpada?

Odpada. Nie wierzę też w państwowe firmy. Ale przyznaję, że państwo jest potrzebne. Musi zbudować konstrukcję: zapewnić edukację, infrastrukturę, ale jej nie posiadać, tylko dbać o dostępność, jakość i o ceny. Odpowiedzialność społeczna też tu się zmieści.

Co z przypadkami, kiedy firmy pozostają państwowe, bo ich credo to bezpieczeństwo, na przykład energetyczne, a niekoniecznie rentowność?

Prywatne będzie zawsze wydajniejsze. W obliczu poważnego kryzysu państwo ma prawo do interwencji, nawet w sektor prywatny. Przyznaję, że w niektórych strategicznych spółkach trzeba z uwagą patrzeć na to, kto w nich zyska głos decydujący. W razie wątpliwości zawsze lepiej faworyzować prywatnych, lokalnych przedsiębiorców.

Nie każdemu sprzedałby pan rafinerie?

Każda sprawa wymaga osobnej analizy. Trzeba zachować szczególną czujność wobec zagranicznych inwestorów zależnych od państwowych wpływów, takich jak na przykład niektóre firmy rosyjskie czy chińskie. One mogą się kierować jedynie interesem politycznym. Jednocześnie wiele zachodnich firm ma bardzo dobre doświadczenia z kapitałem pochodzącym na przykład z Bliskiego Wschodu.

Petrodolary są bardziej OK?

Z moich obserwacji wynika, że inwestorów z tego rejonu świata interesuje przede wszystkim zarabianie pieniędzy, a nie zakulisowe gry. Uważam przy tym, że w Rosji i w Chinach podejście zmieni się właśnie w tym kierunku. Zaczną szanować zasadę, że poczucie bezpieczeństwa i otwartość to podstawa w biznesie.

Pierwsze wielkie wyzwanie doradcze w pana karierze podjął pan w bezpiecznej

Europie Zachodniej. W wyniku fuzji powstał TUI, turystyczny gigant. Można było to zrobić lepiej?

Osiągnęliśmy wielki sukces, stworzyliśmy w końcu największego touroperatora na świecie. Zajęło nam to dekadę intensywnej pracy. Później TUI, mając różne profile, także przemysłowy, traciło udziały w rynku. I znów zwrócili się do nas, żeby wrócić na szczyt.

Znowu są najwięksi.

Pomnożyli swoją wartość i możliwość zarobku. Kupili linie lotnicze i hotele, by więcej zarabiać na pojedynczym turyście. Potem fuzja z brytyjskim touroperatorem. Weszli też mocno w internet.

Trochę późno.

Nie chodziło bynajmniej o lifting strony. Wyszliśmy z założenia, że po co klient ma wybierać gotowe zestawy wakacyjne z katalogu, skoro może sobie sam wybrać, co i jak chce. W internecie właśnie. Każdy detal, bez ograniczeń. Od linii lotniczych, po szczegółowe daty i miejsca. 100 proc. indywidualności. Teraz każdy turysta tworzy produkt dla siebie.

Nie cięliście kosztów?

Cięliśmy. W tym roku wyniki są świetne. TUI znów lideruje na świecie.

Jest pan na czasie z internetem i tymi wszystkimi palmtopami, iphonami?

Nie mam wyjścia. Ciągle jestem na pierwszej linii ognia. Muszę być na bieżąco, inaczej moi studenci i współpracownicy straciliby do mnie szacunek.

Nie ma mowy o zmęczeniu materiału?

Będę pracował przy projektach do końca życia, bo to mój zawód. Dyrygent dyryguje, a malarz maluje aż do śmierci, co nie znaczy, że nie powinno się rozwijać innych zainteresowań.

U doradcy wąskie horyzonty prowadzą do katastrofy.

Kiedy sprzedałem pralnię, dostałem pracę w firmie doradczej Gennaro-Boston w Mediolanie, bo znałem włoski. Praca tam niezwykle mnie wzbogaciła, pozwoliła właściwiej oceniać rzeczywistość i ludzi. Łatwiej mi się dogadać w świecie. Nauczyłem się szacunku i akceptacji dla innych kultur. Nie narzucać swojego sposobu myślenia, akceptować ich inność. Europejczycy, przyzwyczajeni do różnorodności kulturowej, są predestynowani do sukcesów w zglobalizowanej gospodarce.

Otworzyły się panu oczy?

Tak. Po czterech latach awansowałem na partnera.

Szybka korporacyjna kariera.

Wtedy życie wydawało mi się za łatwe. Szukałem wyzwań. Wróciłem do Niemiec. Chciałem działać niezależnie. Miałem kilku klientów z poprzedniej pracy, a ojciec kolegi był szefem agencji reklamowej. Szukali człowieka od strategii marketingowej. Pracowałem dla nich raz w tygodniu, miałem dostęp do ich klientów.

Stąd biuro i sekretarka.

Po półtora roku, pierwszych sukcesach i kontraktach, powiedziałem sobie: jeśli będziesz działał systematycznie, możesz zbudować coś większego i trwałego. Zacząłem pracować intensywniej.

Wolne chwile spędzał pan w galeriach?

Często. W kolekcji mam obrazy większości uznanych malarzy z ostatnich 50 lat.

Widziałem nawet pana portret autorstwa Warhola. Ładny.

Mam około 250 obrazów, firma na świecie ma ich ponad tysiąc. I to wcale nie koniec zbierania.

Sasnala pan ma?

Jasne. Kupowałem go w galeriach, zanim ceny wystrzeliły. Mam też amerykańską czołówkę, np. Christopher Wool, Joan Mitchell, Cy Twombly, Peter Halley. I przede wszystkim Jean-Michel Basquiat, którego „Apologia” uchodzi za najcenniejszą w kolekcji.

Sprzedaje pan coś?

Rzadko.

Wystąpił pan kiedyś w reklamie, siedząc na wysokim kominie. Wspina się pan?

Na Evereście nie byłem, ale na Mont Blanc owszem. Teraz jeżdżę na rowerze. No i lubię samochody, nie tylko dlatego że doradzamy wielu potentatom z tej branży. Właśnie kupiłem sobie dwudzieste ósme już porsche 911. Pracuję też nad kolejną książką.

Lektura dla młodych i ambitnych?

Coś dla polityków i biznesmenów. Problem w tym, żeby nie zdradzić zbyt wielu firmowych tajemnic.

Nie jest za to tajemnicą, że zasiada pan w zarządzie Bayernu z Monachium, gdzie pan mieszka. Poprzedni sezon nie należał do wyśmienitych.

Dlatego Bayern wydał rekordowe 110 mln euro na nowych piłkarzy, zmienili trenera. No i grają jak z nut. Najbardziej podoba mi się Francuz, Franck Ribéry. Inteligentny, wytrzymały twardziel. n

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Mam radę, więc mnie posłuchaj