Metropolie mają niższe deficyty

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2011-03-17 00:00

Samorządowcy mają argument w sporze z rządem — ich deficyt jest mniejszy niż za 2009 r.

Dziesięć największych miast ścięło w 2010 r. potrzeby pożyczkowe o 1,8 mld zł

Samorządowcy mają argument w sporze z rządem — ich deficyt jest mniejszy niż za 2009 r.

W ubiegłym roku samorządy musiały pożyczyć na rynku znacznie mniej pieniędzy, niż zakładały w budżetach. W dziesięciu największych miastach Polski łączny deficyt wyniósł 3,2 mld zł, czyli o 36 proc. mniej od planu i o 13 proc. mniej niż rok wcześniej. Kiedy na przełomie lat 2009- -10 lokalne władze przyjmowały uchwały budżetowe, prognozowały lukę między dochodami a wydatkami w 2010 r. na 5 mld zł.

Wydatkowy poślizg

Najlepsze wykonanie budżetu ma Warszawa — jej deficyt był o 607 mln zł niższy od planu. Dużą redukcję zanotowały też Poznań (336 mln zł), Szczecin (275 mln zł) i Katowice (194 mln zł). Kraków — jako jedyny wśród dużych miast — może pochwalić się nawet niewielką nadwyżką (7 mld zł), choć w budżecie miał zaplanowany deficyt (18 mld zł).

— Niski deficyt uzyskaliśmy częściowo dzięki ograniczeniu wydatków bieżących i — w mniejszej części — inwestycyjnych, a częściowo dzięki wzrostowi dochodów — mówi Teresa Blacharska, skarbnik Gdańska.

Niestety, to jednak rzadkość. W większości miast dochody były nieco niższe od prognoz, głównie z powodu słabych wpływów z podatku z CIT i PIT. Niskie deficyty w samorządach to głównie skutek poślizgu w wydatkach na inwestycje.

— Procesy inwestycyjne często napotykają problemy administracyjne, np. z załatwianiem pozwoleń czy formalnościami związanymi z procedurą zdobywania dotacji unijnych. To powoduje poślizg w wydatkach — tłumaczy Danuta Kamińska, skarbnik Katowic, przewodnicząca Komisji Skarbników Unii Metropolii Polskich.

Zdrowe żywienie

Niskie wykonanie deficytów w samorządach to ważny argument w sporze lokalnych władz z rządem. Ministerstwo Finansów forsuje pomysł wprowadzenia drastycznych limitów na deficyt w samorządach: w 2012 r. nie mógłby przekraczać 4 proc. dochodów, w 2013 r. — 3 proc., w 2014 r. —2 proc., a od 2015 r. limit miałby zostać na poziomie 1 proc. Dla samorządów takie propozycje są nie do przyjęcia, bo oznaczają cięcie inwestycji.

— Niskie wykonanie deficytów świadczy o tym, że samorządy same dbają o bezpieczeństwo. Zadłużają się tylko na tyle, na ile potrzebują do zrealizowania inwestycji. Nie zaciągają długów na bieżące wydatki. Proponowane przez rząd sztuczne, ślepe cięcia są groźne, bo powodują ograniczanie inwestycji i utratę dotacji unijnych — twierdzi Teresa Blacharska.

Samorządowcy alarmują, że rząd próbuje zrzucić na nie odpowiedzialność za hamowanie szybko rosnącego długu publicznego. Tymczasem w miastach cały zaciągany dług przeznaczany jest na inwestycje.

— Deficyt jest jak cholesterol — jest dla organizmu zły i dobry. Deficyt w samorządach jest dobry: pompuje inwestycje, przyciąga dotacje unijne, wspiera wzrost gospodarczy i zwiększa dochody budżetu centralnego z CIT i VAT. Ograniczanie deficytów samorządów to strzał w stopę — mówi Danuta Kamińska.

Samorządowcy zamrozili w minionym tygodniu rozmowy z resortem finansów. Domagają się spotkania z premierem Donaldem Tuskiem na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu, które odbędzie się 30 marca.

— Dane za 2010 r. wyraźnie pokazują, że deficyt samorządu jest ściśle skorelowany z poziomem inwestycji. Nakładanie limitów na deficyty to nakładanie limitów na inwestycje i koniunkturę gospodarczą —kwituje Lesław Fijał, skarbnik Krakowa.