Mój triathon to pełny etat

Mistrz świata w triathlonie na dystansie potrójnego Ironmana. Przepłynął 11,4 km, pokonał na rowerze 540 km i przebiegł 126,6 km w rekordowym czasie 30 godzin 48 minut i 57 sekund

Wbrew pozorom triathlon nie jest młodym sportem — jego początki sięgają lat 20. poprzedniego wieku. W 2000 r. stał się dyscypliną olimpijską. Robert Karaś rywalizuje z najlepszymi.
Zobacz więcej

DYSCYPLINA DLA HEROSÓW:

Wbrew pozorom triathlon nie jest młodym sportem — jego początki sięgają lat 20. poprzedniego wieku. W 2000 r. stał się dyscypliną olimpijską. Robert Karaś rywalizuje z najlepszymi. Fot. ARC

Łukasz Ostruszka: Czy człowiek taki jak ja, z nadwagą 20 kg, może w ogóle myśleć o tym, żeby zacząć uprawiać triathlon?

Robert Karaś*: Oczywiście, że tak. Wszystko jest możliwe, to sport dla każdego. Sporo zależy jednak od tego, co się robiło wcześniej, bo bez sportowej przeszłości będzie troszkę trudniej. Zacząć trzeba od badań. Jeśli są OK i zdrowie pozwala na treningi, dobrze jest znaleźć trenera, który ułoży ich indywidualny plan. Potem trzeba powoli przebijać się przez jednostki treningowe i zacząć od krótkich wyścigów. W triathlonie są nawet takie, które trwają krócej niż godzinę. To naprawdę jest dla każdego.

Jak pan zaczynał i dlaczego akurat triathlon?

Próbowałem różnych dyscyplin. Trenowałem piłkę ręczną i pływanie. Na triathlon trafiłem przypadkiem, oglądając jakiś filmik na portalu YouTube. To był taki „zlepek” różnych scen pokazujących, jak ludzie na finiszu wyścigu cierpią ze zmęczenia, na kolanach przekraczają linię mety. Postanowiłem spróbować.

Ile miał pan lat?

Gdy zacząłem zajmować się tym wyczynowo, miałem 23 lata, ale wcześniej miałem intensywny kontakt z tym sportem, choć trenowałem amatorsko. Zerwałem więzadła i miałem rok przerwy. Pod sklepem zauważył mnie trener, który powiedział: „Robert, założyłem drużynę triathlonową. Chodź i spróbujmy jeszcze raz”. Tak się zaczęło i trwa do dziś.

Co triathlon panu daje? Co tak do niego przyciąga? To po prostu męczarnia…

Zawsze byłem „sportowym dzieciakiem”. Wolałem ruch niż siedzenie przy komputerze. Lubię uczucie zmęczenia i spełnienia po treningu. Zakochałem się w tym. Prawdziwym szczęściem jest jednak to, że udało się to zamienić w normalną pracę. Robię więc to, co kocham.

Nie jest to standardowy etat, czyli osiem godzin w pracy.

Sześć godzin dziennie trenuję siebie, a dwie godziny poświęcam na trenowanie innych zawodników.Mam amatorską drużynę triathlonową, prowadzę ludzi z całego kraju i pomagam im spełniać marzenia. Przygotowuję dla nich plany treningowe. To daje osiem godzin w trakcie dnia. Praca jak każda inna.

Czy lepiej trenować w Polsce, czy za granicą?

Zdecydowanie lepiej trenuje mi się poza Polską. Przede wszystkim w okresie zimowym jest tam łatwiej zrealizować długie treningi. Zimą robimy tzw. bazę i trzeba mocniej trenować niż w pozostałe miesiące roku. Lepiej to robić w cieplejszym klimacie, niż męczyć się w bluzach lub w hali. Poza krajem lepiej działa też psychika, bo tam nikogo się nie zna, więc zostają trening, spanie i jedzenie. Tutaj mam więcej pokus. Ktoś zadzwoni i mówi: „Robert, chodź na kawę albo piwo”. Mogę pojechać do rodziców czy teściów i treningi się przesuwają.

Dużo czasu spędza pan poza Polską?

Przez ostatnie dwa lata wyjeżdżałem na trzy miesiące, ale teraz planuję wyjechać na cały rok. Jeżeli chcę się ścigać na Hawajach, to muszę być rok poza domem.

To trochę jak kontrakt zagraniczny. Zawody na Hawajach to najbardziej prestiżowa impreza?

Mówimy o mistrzostwach świata Ironman, czyli do przepłynięcia jest 3,8 km, do przejechania na rowerze 180 km i do przebiegnięcia maraton. To najważniejsze zawody w triathlonie. Nigdzie nie ma lepszej obsady, większych nagród pieniężnych i wyższego prestiżu. Chcę zakwalifikować się do przyszłorocznej edycji.

Jak wyglądają kwalifikacje?

Praktycznie co dwa tygodnie są organizowane zawody gdzieś na świecie i wystarczy w jednej z tych imprez być na podium w kategorii zawodowców. Dostaje się wtedy przepustkę.

Opowiada pan o tym, jak o pracy na pełen etat, ale to wszystko także działalność gospodarcza, którą trzeba utrzymać. To chyba drogi sport. Jaki jest budżet zawodnika na pana poziomie?

W tym roku dopiero po raz pierwszy korzystam ze wsparcia sponsorów. Dzięki ich inwestycjom i własnym zarobkom udało mi się dopiąć budżet „na styk”. Żeby móc trenować poza krajem, tam się utrzymać, opłacić sprzęt i obiekty sportowe, potrzeba około 22-25 tys. zł miesięcznie. Nie liczę kosztów podróży, opłat wpisowych itp.

Dochodzi jeszcze koszt zakupu roweru.

Rower na szczęście dostaję od firmy z Wrocławia, natomiast wymianę komponentów muszę sobie sfinansować sam. To również drogie rzeczy.

Czy wyobraża pan sobie inną pracę?

Byłem w innej pracy i zamieniłem ją na triathlon.

Jaki jest pana zawód?

Zawodowy strażak. Lubiłem tę pracę, ale nie dało się tego połączyć z triathlonem. Bałem się ryzyka. Teraz wiem, że dobrze wybrałem.

Zachęci pan jakoś osobę, która dużo czasu spędza w biurze, żeby zaczęła uprawiać triathlon?

Kiepski jestem w przekonywaniu. Nie chcę namawiać do triathlonu, ale do uprawiania sportu — tak. Ktoś może zakochać się np. w pływaniu. Trzeba próbować różnych rzeczy, trochę się poruszać i zdecydować. © Ⓟ

*Robert Karaś — pochodzący z Elbląga zawodowy triathlonista, założyciel grupy TeamKaraś. Rekordzista świata w potrójnym i podwójnym triathlonie Ironmen. Przygotowuje się do startu w najbardziej prestiżowych zawodach na Hawajach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Mój triathon to pełny etat