Mój zakładzik z kraja

Karol Jedliński
opublikowano: 30-06-2006, 00:00
Obserwuj w MójPB:

Spojrzysz w lewo — stolarz. Spojrzysz w prawo — stolarz. Przed siebie — nie inaczej. A jak rzucisz okiem przez ramię — zobaczysz dłuta i niewykończoną szafę.

Jak tu się wybić, kiedy połowa kilkutysięcznego miasteczka para się stolarstwem albo gdy większość sąsiadów we wsi to szewcy? Najprościej w świecie: ano, robić to samo — tylko lepiej i taniej. I modlić się, by na podobny pomysł nie wpadli Chińczycy.

Podwójna siła

Kalwaria Zebrzydowska. Nad miasteczkiem góruje Sanktuarium wraz z klasztorem Bernardynów. Odwiedzają je co roku setki tysięcy osób: metafizyka, ale i zwykłe — z ciekawości — wycieczki. Plon? Przemysł pamiątkarski ma się nieźle, nie brakuje restauracji i sklepów.

Ale Kalwaria od dziesięcioleci słynie nie tylko cudami, mistyką, ale również meblami. Na ponad 2700 zarejestrowanych w gminie firm prawie połowa zajmuje się ich produkcją. Co krok widać nowoczesne pawilony wystawowe i wielkie banery reklamowe, kuszące lepszymi czy gorszymi obrazami szaf, kanap, foteli — i internetowymi adresami firm. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać stolarzy starszej daty, wystawiających meble wprost na przydomowym podwórku.

— Robota pali się w rękach. Mam zamówienia na dwa lata — tak Jan Stołowski, snycerz z kilkunastoletnim doświadczeniem, odpowiada zapytany o rzekomy zastój w branży.

Na ścianie wisi, poszarzały, dyplom mistrzowski. Poniżej — nowe austriackie dłuta po 350 zł za sztukę. Austriackie, bo:

— Polskie są tańsze, ale nietrwałe.

Za to meble — jak najbardziej. W kalwaryjskich domach nie brak 150-letnich komód, szaf, kredensów. Niechlubnym wyjątkiem były te z czasów PRL.

— Wtedy meble szły jak woda i każdy chciał być tu stolarzem. Robiono byle jak meblościanki i sprzedawano je na pniu — Jan Stołowski wspomina drugi rozkwit stolarstwa w miasteczku.

Bo pierwszy był jakieś 200 lat wcześniej. Kilkudziesięciu majstrów zajmowało się wtedy prawie wyłącznie wyrobem parkietów. Ale nawet z sanktuarium trudno było zdobyć większe zamówienie, bo i wśród zakonników nie brakowało braci biegłych w drewnie. No, ale od czego austriacki zabór? Kiedy pod koniec XVIII wieku wybudowano tzw. gościniec wiedeński, w Kalwarii znalazło się skrzyżowanie szlaków handlowych. No i zaczęło się meblowanie Krakowa i innych miast regionu. To wtedy do miasteczka ściągnęli wykwalifikowani rzemieślnicy.

— Zaraz pan napisze, że teraz to mamy tu nie wiadomo jakie bogactwo, trzeci boom! A przecież to pokolenia pracowały na te majątki — zżyma się Łukasz Wilk, prezes zarządu kalwaryjskiego Cechu Rzemiosł Różnych. I dodaje jakby z przestrogą:

— Teraz, gdy zniknęły bariery technologiczne i logistyczne, nawet duża fabryka z drugiego końca Polski może zaproponować indywidualne rozwiązania dla każdego klienta z Małopolski.

Styl włoski

Coraz trudniej więc coś samodzielnie sprzedać. Teraz austriacką pomoc może zastąpić cech. Należy do niego mniej niż 40 proc. wszystkich stolarzy. Zrzeszeni składają się na reklamę, promują się na targach. Snycerzom łatwiej, bo rzeźba meblowa to już wąska specjalizacja.

— Wysyłam meble np. do Norwegii, a dla warszawiaka właśnie robię replikę obudowy przedwojennego kominka — na podstawie fotografii. Misterna robota na miesiące — Jan Stołowski pokazuje swe prace.

Rękodzieło pierwsza klasa. Podobnie jak ceny. Komplet: łóżko, komoda i szafka w stylu Ludwika XV to wydatek rzędu 18-20 tys. zł.

Można by robić więcej, ale brakuje rąk do pracy. Niby jest technikum, gdzie dominują kierunki związane z technologią drewna, odzieży i obuwnictwem, ale ich absolwentom bliżej dziś do Niemiec czy Wielkiej Brytanii niż do zakładzików w cieniu 400-letniego sanktuarium.

— Choć robota ciężka, pył i brud, to rzemiosło nie zginie. Coraz częściej działamy na styl włoski, powstają klastry. Kiedy pojawia się duże zamówienie, próbujemy działać razem — opowiada Łukasz Wilk.

Ale potem — każdy sobie. Rywalizacja — i dlatego nikt się przy cenie nie upiera. Bo jak miastowi pójdą do sąsiada, to ten chętnie taniej zrobi.

Chińska górka

Z Kalwarii do Stanisławia Dolnego tylko kilka kilometrów. Wieś to typowa ulicówka, choć całkiem ostro pod górkę. Kończy się na szczycie — rozjazdem w Stanisławie Górnym, przed sklepem. Ta droga mogłaby być metaforą. Ostatnie lata są ciężkie, pod górkę właśnie, bo miejscowi od dziesięcioleci żyją tu z szewstwa i cholewkarstwa.

— Jest źle, bo konkurencja niezdrowa — narzeka Aleksander Wojas, właściciel hurtowni szewskiej Adamix.

Nazwisko ma niby dobre do tego biznesu, ale odbiorcę bardziej obchodzi cena. A w tej dziedzinie prym wiodą Chińczycy. Sumuje:

— U nas najtańszy spód jest w cenie całego buta z Chin.

Dlatego kilka lat temu zakład szewski przeobraził w hurtownię. Na początku szło nieźle, ale te ostatnie 3-4 lata to równia pochyła.

— Kiedyś zastój był przez 2-3 miesiące w roku. Teraz — na odwrót — opowiada właściciel Adamiksa.

Przekonuje, że było już kilka kryzysów, na które nie ma sposobu. Zamyka się zakład i szuka nowej pracy — choćby w kopalni. Jak teraz, gdy nie ma zbytu, bo ludzie rzucili się na azjatyckie pantofle. Miejscowi szewcy kupują u niego coraz mniej.

Kopyta w garażach

Ale gdyby nie niszczejące dziesiątki szyldów, trudno byłoby poznać, że w branży recesja. Na pewno zastoju nie ma u Stanisława Żmii. Słynie na całą Polskę, bo przecież szył buty dla papieży czy prezydenta. W całej wsi lśni nowy asfalt, ogrody zadbane, domy wymalowane. Może to tak z nudów ludzie pielęgnują obejścia?

— Szkoda, żeś pan nie przyjechał tydzień temu. Objazdami jeździliśmy, gigant dziury były — światowa czołówka, czyli koniec świata — zarzeka się Andrzej Pawlik, producent obuwia, właściciel firmy Bucik.

Akurat zmienił szyld na nowy. Może ktoś go z drogi wypatrzy, wyłuska? Powodów do optymizmu Andrzej Pawlik nie ma za wiele, ale o hurtowni nie myśli. Nie po to kilka lat temu zainwestował w maszyny, zbudował zakład i wyprowadził firmę z garażu, gdzie zaczynał dziadek. Teraz Bucik to — jak na tę branżę i miejsce — firma niemała: zatrudnia kilka osób, produkcja w dużym stopniu zautomatyzowana. W lecie w zakładzie niewiele się dzieje. Kopyta pokryte kurzem, tu i tam pozasychany klej. Coś ruszy się jesienią.

W niektórych garażach Stanisławia Dolnego i Górnego praca jednak wre. Zazwyczaj jedyną elektroniką są tam lampka i radio. Kilka osób siedzi i klei. Papieros w ustach, zaciąganie się w przerwach między rozprowadzaniem mazi po podeszwie. Wilgotne spojówki, przekrwione oczy, dusząca mieszanina tytoniowego dymu i odoru kleju. Kopyta i kawałki skóry.

Na końcu — but. Zwykle wzorowo skopiowany wprost z zeszłorocznych włoskich i hiszpańskich katalogów.

Rada ministra

Dobrze idzie nielicznym. To z tych okolic pochodzą właściciele znanych na rynku firm obuwniczym, takich jak Ryłko czy Badura. Dwie duże hale buduje w Stanisławiu Conhpol — zatrudnienie znajdzie kilkadziesiąt osób. Ale wtedy zapewne będzie we wsi o kilkanaście warsztatów mniej.

— To firmy z wielkimi tradycjami rodzinnymi, ich właścicielami są ludzie niesamowicie ciężko pracujący na sukces. Nie tylko rękami, ale także głową — zaznacza Andrzej Pawlik.

On sam czuje, że jeszcze jest na tym rynku i miejsce dla jego firmy. Dokupić trochę maszyn, zatrudnić ludzi — i by poszło. Gdyby nie ci Chińczycy — to hasło miejscowi powtarzają jak mantrę.

— Przyjechał do nas kiedyś Hausner, więc mówię mu wprost: ciężko, pod nosem polityków na lewo wchodzą do kraju transporty z chińskimi wyrobami. Zróbcie coś — naciskam na ministra. A on na to: „Niech pan sobie zmieni pracę, przebranżowi się” — denerwuje się Andrzej Pawlik (ma szewstwo w genach i ani myśli go porzucać).

Choć może jak Jana Pawła II ogłoszą świętym, to halę się przerobi na pensjonat dla pielgrzymów na trasie Wadowice – Kalwaria – Kraków? Okolica ładna, docenili to nawet poniektórzy krakowscy aktorzy, budując nieopodal imponujące wille.

Niezgoda rujnuje

Rzucić w cholerę — oto recepta Michała Bętkowskiego na prowadzenie firmy w gąszczu innych podobnych w podkrakowskim regionie szczotkowo-pędzlowym. Denerwuje się, kiedy w gazetach czyta, że PKB rośnie, a bezrobocie maleje. On tego w swojej małej ojczyźnie — Sieprawiu — nie zauważa.

— Nie wiem, co mi do głowy przyszło, by wskrzeszać ten biznes po ojcu! Kontrahenci nie płacą, odbiorców coraz mniej. Najlepiej zamknąć to w pieruny — roztacza czarną wizję właściciel Bemi-Polu.

Kiedy jednak przyjrzeć się dokładnie tej pięciotysięcznej wsi, robi się mniej ponuro. Sporo zakładów stoi na granicy bankructwa lub działa raczej na hobbystycznych zasadach, ale nie brakuje dużych i nowoczesnych. Crawtico założone przez Adama Krawczyka to — według właściciela — największy producent szczotek i pędzli w Polsce. Pełna automatyka, klienci w kraju i za granicą.

— Gdyby nasi przedsiębiorcy, zapatrzeni na niewymagający rynek wschodni, nie przespali chwili, kiedy można było wejść do supermarketów, byłoby znacznie lepiej. A tak towar dostarczają tam producenci z okolic Bielska — podkreśla Tadeusz Pitala, wójt gminy Siepraw.

Próbuje podglądać inne gminy z podobną rzemieślniczą monokulturą. Wyszło na to, że trzeba stworzyć wspólny front. Między sobą nie ma co walczyć, skoro — podobnie jak dla mieszkańców Stanisławia — największe zagrożenie to Chińczycy. Ale — na razie — cech szczotkarzy to fikcja.

— U genezy naszej szczotkarskiej i pędzlarskiej tradycji są podobno umiejętności wyniesione ze służby w carskim wojsku, jeszcze przed I wojną światową. Może stąd ludzie tacy wojowniczy są, także wobec swoich? — zastanawia się wójt.

Błogosławić i zamiatać

Tadeusz Pitala zaznacza, że liczba gminnych firm z branży szczotkarskiej stale się zmniejsza. Tyle że wciąż jest ich ponad 400. Przekonuje, że jak trzeba będzie liczyć poniżej setki, to się dogadają.

— Nie jest wcale tak źle. Ludzie zaczynają i z turystów żyć, a Andrzej Bachleda otworzył stację narciarską — pociesza Zbigniew Grochal, właściciel Grometu.

Biznes jakoś idzie, bo ma wiarygodnych klientów: wojsko, MPO, policja. Nie wszystkiemu Chińczycy winni. To — jak twierdzi — chałupnictwo psuje rynek.

— Siedzą po sieprawskich domach emeryci i produkują te pędzle prawie po kosztach. Więc my musimy zarabiać dzięki dużym obrotom, a nie wysokiej marży — uzasadnia.

Specjalizacja plus jakość to oczywista broń na azjatycką ofensywę. Bo rzemiosło jest elastyczniejsze niż skomputeryzowane molochy. Tylko siłę przebicia ma mniejszą.

— Włosie już importuje się głównie z Chin. Tylko czekać, aż ktoś ze wsi zacznie sprowadzać stamtąd gotowe wyroby — martwi się Tadeusz Pitala.

Jak sądzi, ta jednorodność zatrudnienia i produkcji na dłuższą metę nie jest taka dobra. Już widać, że niektórzy przestawiają się na obróbkę metalu, wyrób ogrodzeń. A to, że nie ma bezrobocia, staje się problemem.

— Wszyscy wyjechali za granicę. Przychodzi szef firmy budowlanej i chce zatrudnić kilkanaście osób od zaraz. A ja rozkładam bezradnie ręce — smuci się Tadeusz Pitala.

Ale zaraz się ożywia — przecież i Siepraw ma swoją błogosławioną, czyli Anielę Salawę, wyniesioną na ołtarze przez Jana Pawła II. Już widzi te szlaki pielgrzymkowe, tłumy wokół sanktuarium, sklepy z dewocjonaliami...

A może jednak pędzle i szczotki? Ostatnia ostra zima była dobra dla producentów nietypowych szczotek — tych do odśnieżania ulic czy lotnisk. Tylko żeby się Chińczycy o tym nie zwiedzieli — inaczej szybko i w tym biznesie będzie pozamiatane.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane