Moja droga do LC 500

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2019-02-28 22:00

Lexus LC 500 zbliża ludzi. Pod tym względem jest wyjątkiem, zostawiającym w tyle niemiecką konkurencję. Wiem, co mówię. Mam dowody i wizytówkę. Wyjątek.

Niechęć, nieufność, może strach albo podejrzliwość lub dystans. Te uczucia bardzo często nam towarzyszą, kiedy spotykamy kogoś zamożniejszego od nas. Zazwyczaj siła, z jaką je odczuwamy, jest wprost proporcjonalna do różnicy na kontach. Im większa na korzyść spotkanego, tym bardziej nami targają. Skąd wiem? Czasem zamożnych spotykam, czasem zamożny jestem. Choć tylko w oczach przechodniów i ocenach, które wyrażają. Ot, bywam gburem! Ale zawodowo.

Sterta obelg

Gbur to złośliwy, opryskliwy i mało towarzyski typ. Ale w XV w. słowem gbur określano zamożnego chłopa, posiadającego duże gospodarstwo (gburstwo). Był wolny. Ale czy był chamidłem, czy też tylko tak go postrzegali mniej zamożni sąsiedzi — nie mnie rozstrzygać. Niemniej gburem się czuję, gdy dosiadam spektakularnej maszyny o sporej wartości. Patrzą na mnie tak, jak ongiś patrzono na chłopa z gburstwem. Jak nic złodziej, kombinator i sprzedawczyk. W Astonie Martinie byłem palantem. W Rollsie — kierowcą palanta, w Audi R8 — pedałem, a w BMW M6 — nowobogackim dupkiem. Drogie auto, choćby nie wiem jak interesujące, stwarza dystans między tym, który dzierży kierownicę, a tymi, którzy rzucają spojrzenia. Tworzy się bariera. Na tyle wysoka, że rzadko ktoś próbuje ją pokonać. Mimo motoryzacyjnej pasji, mimo zaciekawienia modelem nie podejmują próby. Najdobitniej doświadczyłem tego niemal trzy lata temu, kiedy jeździłem Audi R8 Plus (tekst „Spowiedź grzesznika” z 25 maja 2016 r.). Jak się w nim czułem? Tak jak wówczas napisałem: doskonale. Ale tylko gdy szło o osiągi auta. Byłem bowiem nielubiany. Nienawidzony nawet. Otwarte okno pozwalało usłyszeć, jak bardzo:

— Patrz, jakie auto! — Taa, synalek komunisty! — I pedał! Co gorsza, szybko zdałem sobie sprawę, że to ja — a nie auto — jestem powodem tej lawiny niechęci. Przekonałem się w kawiarni. Gdy incognito (bo przez szybę) obserwowałem tłum chłopaków, którzy zachwycali się linią auta i radowali, że pierwszy raz widzą na żywo najnowszy model. Robili zdjęcia. Część tych fotek widziałem potem w internecie. Pasjonaci. Kto inny gania z aparatem po Warszawie w nadziei, że upoluje jakieś fajne auto? Ale kiedy chciałem z nimi pogadać, pokazać auto w środku i dać szansę przynajmniej na zajęcie miejsca kierowcy, to… uciekli. Na mój widok! Podobnych sytuacji było więcej. Towarzyszą niemal każdemu testowi superauta. Scenariusz zawsze podobny. Zainteresowanie budzi auto, ale jego kierowca budzi strach i niechęć. Lub — co chyba częstsze — uczucie braku porozumienia wyrażone stertą wypowiadanych pod nosem epitetów. Można inaczej? Można. Włodzimierz może. Ale o tym za chwilę.

Wyglądam jak milion

Dlaczego wspominam o dystansie, obelgach i wysokiej barierze, odgradzającej świat właścicieli hatchbacków od możnych w superautach? Ponieważ znowu w takim siedzę. Znowu mam swoje „gburstwo”, a sąsiedzi zza miedzy spoglądają na mnie z ciekawością i niechęcią. Dobrze wiem, czego dotyczy ciekawość, a kogo niechęć. Ale tym razem mam trudniej. Jadę Lexusem LC 500. Samochodem, który wygląda jak prototyp, więc patrzą niemal wszyscy. Na domiar złego pod maską jest V8 i ryczy. Mówiąc krótko, słaby kamuflaż. Zatem patrzą i oceniają. Nie auto, mnie. Tym razem mi się upiekło. Jest zima, więc okna zamknięte, a Lexus LC, jak każdy Lexus, jest doskonale wyciszony. Mogę tylko czytać z ruchu warg. Nie czytam, bo nie umiem. Ale się domyślam. Zapewne nie są to zdania typu: — Zobacz, jaki przystojniak! I jak mu to auto pasuje! Piękne jest! Na pewno pracowity z niego gość! Zaparkowałem. Wystarczyło odejść kilka kroków, zniknąć za rogiem, by uwaga ze mnie przeszła na auto. — Kosztuje co najmniej milion złotych! — rzuca przechodzień do kumpla. — A widziałeś tego frajera? Ciekawe skąd na to ma — komentuje kompan.

Gdyby nie czekał, aż odejdę, to by się dowiedział, że nie jestem frajerem, a samochód kosztuje połowę tej kwoty, na którą go wycenili. I o wiele więcej: że z zakrętami rozprawia się sprawnie, a na prostych — relaksuje. Że jest niemal idealnym połączeniem sportowych emocji z rozpieszczającym luksusem, co czyni zeń encyklopedyczny przykład segmentu Gran Turismo. Że za tę encyklopedyczność powinien stać w Sevre jako wzorzec segmentu Gran Turismo. Że wnętrze tego auta jest dopieszczone w każdym detalu. Ba, pokazałbym im to wnętrze!

Uzbrojony baron

Co jeszcze straciliście? Możliwość posłuchania — ze środka — wolnnossącego, 5-litrowego V8 o mocy ponad 470 KM. Poczucie mocy, płynnie przekazywanej na tylną oś, potęgowanej przez błyskawiczną pracę 10-biegowej, automatycznej skrzyni biegów (tak, tak byłaby przejażdżka). Możliwość przekonania się, że ten potwór potrafi się zadowolić zaledwie 12 l na 100 km w mieście i odczucia na własnych nogach, że czteromiejscowy może oznaczać dwuosobowy. Możliwość doświadczenia, że został zaprojektowany z pasją. Wykończony jakością (no i alcantarą). Przekonania się, jak oszałamiająco dobrze brzmi wydech, gdy kierowca (znaczy ja) pedałem przyspieszania powoli wkręca silnik na obroty. Zobaczenia, jak złe jest sterowanie systemem multimedialnym… Nie, o tym możecie się przekonać w każdym Lexusie, ale tylko w LC to nie ma znaczenia, bo ważniejsze niż nawigacja jest to, że LC jest arystokratą. Takim baronem, który pod pięknym, szerokim i fantazyjnie zaprojektowanym surdutem skrywa potężną broń. Armatę, która w mgnieniu oka robi z niego sprintera i ekstremalnego sportowca. Tylko po to, by po chwili wrócić do zachowania zgodnego z protokołem, a przy tym wszystkim nawet się nie spocić. A tak? Musicie wierzyć mi na słowo. Zostaliście tylko z zachwytem, jaki w was LC wywołał i przekonaniem, że wygląda na więcej, niż kosztuje. Włodzimierz? Przebił szklany sufit.

Głową w mur

„Witam, przepraszam, że w taki sposób. Jest to moja wizytówka, też mieszkam w tym budynku. Mam 20 lat, rozwijam swoją firmę i bardzo chciałbym spędzić kilka minut przy rozmowie o doświadczeniu i drodze do LC 500 :). Jestem do dyspozycji 24/7. Przepraszam za tę wizytówkę”. Takie coś znalazłem za wycieraczką „mojego” LC (dla niedowiarków: skan wizówki na moim instagramowym profilu). Czujecie! Gość mniej się interesował autem niż jego właścicielem. Chciał wiedzieć, jak ów właściciel zarobił na ten samochód. Przebił mur. Co prawda nieco się rozczarował, gdy się z nim skontaktowałem, niemniej pogadaliśmy chwilę. Ja gadałem o aucie, on o tym, w jaki sposób chce zarabiać. O tym, że próbuje się umawiać z ludźmi biznesu, słuchać ich historii i drogi. Czyta dużo o drogach do sukcesu. Ma 20 lat (za chwilę 21), studiuje i wspólnie z kolegą prowadzi firmę, a do tego jest głodny wiedzy i doświadczeń. Serio, zaimponował mi! Odwagą. Uporem (dla pewności zostawił dwie wizytówki: za wycieraczką i szybą w drzwiach kierowcy). Wracając do odpowiedzi na zadane mi przez Włodzimierza pytanie o moją drogę do LC 500. Drogi Włodzimierzu, zaczęła się od szczenięcego marzenia, rodzącej się pasji do podróżowania najlepszymi z aut. To się spełniło (niestety za dzieciaka nie marzyłem o podróżowaniu własnymi). Droga wiodła przez Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz redakcję „Pulsu Biznesu”. To w skrócie, ale… Nie idź tą drogą. Idź własną. Jest idealnie nakierowana na LC 500. Ambitna. I pokonywana małymi krokami. Ja w wieku 20 lat „upalałem” Fiata 125p sąsiada, a o własnej firmie (choćby handlu łóżkowym) nawet nie pomyślałem. A już na pewno nie chciałem czerpać z doświadczeń starszych. Zgoda, moja droga jest łatwiejsza. Szybsza. Tylko że po zakończeniu testu auta zostanę z przylepionymi epitetami. Ty — z epitetami i LC 500. Przypominam, ten samochód jest doskonale wyciszony, czego nie można powiedzieć o autobusach komunikacji miejskiej. Kończę. Pędzę na przystanek. &