Wczoraj w Londynie baryłka ropy skoczyła do prawie 52 USD, a w Nowym Jorku kosztowała ponad 55 USD. Eksperci straszą, że to nie koniec.
Wczorajszy rekord na giełdzie w Londynie (prawie 52 USD za baryłkę ropy brent) jest efektem strajku na platformach wydobywczych w Norwegii. Obawy o dostawy trzeciego na świecie eksportera ropy pojawiały się, gdy pracodawcy zapowiedzieli zwolnienie strajkujących pracowników, o ile spór nie zostanie zażegnany. Wobec groźby lokautu i wstrzymania wydobycia rząd nakazał wczoraj przerwanie strajku. W efekcie ropa w Nowym Jorku staniała wieczorem o 1,1 proc.
Ale norweski strajk to tylko jeden z czynników pchających notowania w górę. Wciąż silny wpływ na ceny mają malejące zapasy paliw w USA. Do tego dochodzą problemy rosyjskiego Jukosu, wybuchy w irackich rafineriach oraz napięta sytuacja polityczna w Nigerii.
— To wszystko sprawia, że już za kilka tygodni notowania ropy w Nowym Jorku mogą zbliżyć się do 60 USD za baryłkę. Ale z analizy technicznej wynika, że silny opór utrudni pokonanie tego poziomu — mówi Marek Zuber, główny analityk TMS.
Zanim jednak ropa przypuściłaby atak na kolejne szczyty, na najbliższych sesjach giełd paliwowych przewidywana jest stabilizacja.
— Notowania powinny utrzymywać się na poziomie 50-55 USD za baryłkę — uważa Ryszard Kaczmarek, szef biura maklerskiego Reflex.
To z kolei może przynieść stabilizację na krajowym rynku paliw, niestety na krótko.
— W tym tygodniu powinno być spokojnie, ale potem rodzimi konsumenci muszą być przygotowani na podwyżki. Ceny mogą rosnąć chociażby z powodu prognozowanej mroźnej zimy — ocenia Ryszard Kaczmarek.
Nadejście srogiej zimy oznaczałoby większe zużycie paliw. Ich dostawy mogą okazać się utrudnione, bo magazyny świecą pustkami. Rezerwy oleju opałowego spadły w Stanach Zjednoczonych w ubiegłym tygodniu o 1 proc., do 49,5 mln baryłek, i są o 11 proc. niższe niż przed rokiem. Na domiar złego amerykańskie rafinerie nie są w stanie w pełni wykorzystywać mocy przerobowych. Nadal bowiem odczuwają skutki ostatnich huraganów.