Na fanfary za wcześnie

Adam Sofuł
opublikowano: 2006-12-07 00:00

Deficyt budżetowy może być w tym roku niższy nawet o 3,5 mld zł od zaplanowanego — zakomunikowała wczoraj z dumą dziennikarzom minister finansów Zyta Gilowska. W ten sposób przelicytowała swojego zastępcę Piotra Soroczyńskiego, który zapowiadał, że deficyt będzie mniejszy o 2 mld zł od zakładanego. Taką licytację kierownictwa resortu finansów można by było obserwować z przyjemnością, gdyby nie parę wątpliwości. Bo powody do radości, rzecz jasna, są (mniejszy deficyt zawsze cieszy), do dumy jednak już niekoniecznie.

Trudno wskazać, w jaki sposób działania rządu doprowadziły do zmniejszenia deficytu. Nie widać było szczególnej determinacji rządu we wprowadzaniu programu taniego państwa (delikatnie rzecz ujmując), mniejszy deficyt nie jest też efektem poczynionych przez rząd oszczędności. Rządowi sprzyjała dobra koniunktura gospodarcza i — co podkreślaliśmy wielokrotnie — wysiłek tysięcy polskich przedsiębiorców, płacących bynajmniej nieobniżone podatki. Rządowi trzeba oddać sprawiedliwość w jednym — projekt tegorocznego budżetu został przygotowany ostrożnie, bez nadmiernego optymizmu, choć też akurat nie przez obecną minister finansów.

Dziś możemy się z mniejszego deficytu cieszyć, jednak perspektywy na jutro nie są już tak pogodne. Po pierwsze, dlatego że jeśli zostanie utrzymana tzw. kotwica budżetowa, w przyszłym roku deficyt może być wyższy niż w obecnym. Po drugie, powtórzmy to po raz tysięczny — czas dobrej koniunktury gospodarczej sprzyja reformie finansów publicznych. A tej wciąż nie ma. Zamiast tego są tłumaczenia, że trzeba ją dobrze przygotować i poczekać na lepsze czasy. Można by przyjąć te argumenty, gdyby nie fakt, że padały one z ust wielu poprzednich ministrów finansów. I nadal tę reformę przygotowujemy, bardziej sprzyjające czasy jakoś nie nadeszły. I chociaż wysokość deficytu budżetowego jest ważna, nie wolno zapominać o innych wskaźnikach charakteryzujących stan finansów publicznych — potrzebach pożyczkowych, długu publicznym. A tu już rząd nie ma się czym pochwalić.

Mniejszy deficyt może też skomplikować prace nad projektem przyszłorocznego budżetu. Oto bowiem posłowie dowiadują się, że pojawiły się dodatkowe poważne pieniądze, które można przeznaczyć na ważne i społecznie użyteczne cele. Jak znamy naszych parlamentarzystów, możemy też w ciemno obstawiać, że lada chwila podniosą oni argument, że skoro w tym roku deficyt był nieoszacowany, to w przyszłym będzie podobnie, a w związku z tym jest więcej pieniędzy na zasiłki, dotacje, zapomogi i podwyżki (chociaż np. na rozwój już pewnie nie wystarczy).

Boje między rządem a posłami o budżet (zwłaszcza o wydatki) były i będą. Rząd miałby jednak w tych potyczkach znacznie więcej argumentów, gdyby jasno określił swoją strategię wobec finansów publicznych (kotwica to za mało). Elementem takiej strategii mogłoby być np. wyznaczenie daty przyjęcia euro — to stanowiłoby dodatkową mobilizację do szybszych porządków w finansach. Na razie jesteśmy jedynym krajem spośród nowych członków UE, który takiej daty nie wyznaczył.

Dobre wyniki gospodarcze — szybki wzrost produktu krajowego brutto, znaczny spadek bezrobocia, mniejszy deficyt budżetowy — choć cieszą, powoli stają się dla rządu potwierdzeniem, że odważne reformy nie są potrzebne, bo i bez nich gospodarka sobie doskonale radzi. Dlatego ministrowie upajają się optymistycznymi komunikatami Głównego Urzędu Statystycznego czy szacunkami Ministerstwa Finansów. Zapominają przy tym jednak o przykrej prawdzie — im większe upojenie, tym większy potem przychodzi kac.