Niby-krach na rynku mieszkań

Wskaźniki kondycji rynku pierwotnego spadły, ale o gwałtownym załamaniu można mówić, tylko robiąc żarty ze statystyk.

Najczęstsza z eksperckich prognoz spowolnienia przypada na 2018 r., co jednak nie oznacza, że do tego czasu na rynku nie będzie żadnych wahnięć. Tym razem sygnał pojawił się na pierwotnym, bo miesięczna ilość mieszkań oddanych przez deweloperów do użytkowania była najmniejsza od ponad dwóch lat — pod tym względem kwiecień był gorszy od marca o 33 proc., a roczny spadek wyniósł 37 proc., podaje Home Broker. Patrząc na kolejny wskaźnik, też prawie kryzys — kwietniowe nowe budowy były aż o 15 proc. mniej liczne niż marcowe.

Zobacz więcej

Marek Wiśniewski

Prawie, jak widać, zmienia sporo, bo z jednej strony mowa o gwałtownym dwucyfrowym załamaniu, a z drugiej o statystyce dla tak krótkiego okresu jak miesiąc. Gdy tylko horyzont obserwacji się wydłuży, obraz zaczyna się rozjaśniać — jak dla okresu od stycznia do kwietnia, w którym tylko jeden wskaźnik mógł podpaść. Z danych GUS wynika, że deweloperzy rzeczywiście oddali do użytkowania 4 proc. mniej lokali niż rok wcześniej, jednak nowych budów przybyło 14 proc., a pozwoleń było prawie połowę więcej.

Przyjmując jeszcze szerszą perspektywę, dodatnio zmieniły się wszystkie trzy wskaźniki, bo jak podaje Home Broker: liczba nowych mieszkań zwiększyłasię o 10 proc., budów o 1 proc., a samych pozwoleń zarejestrowano więcej o ponad jedną piątą. Odczytywanie miesięcznych wyników jest przydatne, bo dane zawsze o czymś świadczą, ale podstawowy sygnał, jaki dały te spadki, to że trzeba poczekać na wskaźniki z kolejnych miesięcy. Nie tylko dotyczące podaży, ale przede wszystkim zapotrzebowania, bo impulsy po tej stronie powinny się przecież przekładać na decyzje deweloperów.

Dla niektórych wiosna mogła być pod wieloma względami chłodna, bo to właśnie w rynek pierwotny szczególnie uderza wstrzymanie dopłat w ramach MdM, a im bardziej nabywcy spieszyli się z zakupem, tym większego spowolnienia można się spodziewać w krótkim okresie. W dłuższym natomiast analitycy podejrzewają przede wszystkimjedno zagrożenie — stopy procentowe dawno w końcu nie wzrosły. Niskiemu poziomowi stóp procentowych rynek nieruchomości zawdzięcza przede wszystkim tanie kredyty napędzające popyt.

Jak podają analitycy Emmersona, na pierwsze symptomy spowolnia należy się szykować dopiero w przyszłym roku, bo wtedy oczekiwana jest zmiana polityki RPP, która od marca 2015 r. utrzymuje stopy na stałym, rekordowo niskim poziomie. Wydatki na nowe mieszkania też osiągnęły wobec tego najwyższy pułap — w 2016 r. w siedmiu większych miastach przeznaczono na ten cel 14,2 mld zł, wynika z danych NBP. W porównaniu z poprzednim rokiem, rozmach w zakupach był większy o 27 proc. Trudno oczekiwać więc, że deweloperzy przestaną znienacka odpowiadać na tak wysoki popyt, szczególnie w warunkach sprzyjających jeszcze zaciąganiu kredytów — a tylko przy takim układzie popytu i podaży ceny pozostają stałe.

W przeciwieństwie do statystyk obrazujących działania deweloperów analizy cen transakcyjnych nie dają powodu do odkrywania sensacji, a wahania większe niż 5-procentowe należą do rzadkości. W Poznaniu na przykład spadek przekroczył 1 proc., jak podaje Metrohouse, więc żeby obwieścić bessę, trzeba pominąć, że dane obejmują kwiecień, a cena za mkw. była w tym miesiącu niższa, bo poznaniacy kupowali akurat więcej większych mieszkań.

21,1 proc. O tyle pozwoleń na budowę więcej wydano w kwietniu względem tego samego miesiąca ubiegłego roku, podaje Home Broker.

4,3 proc. Tyle wyniosła największa miesięczna zmiana cen transakcyjnych w większych miastach. Według danych Metrohouse, najbardziej podrożało w Gdyni, gdzie za mkw. płacono przeciętnie 5,3 tys. zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Niby-krach na rynku mieszkań