Nie kieruj się rozmiarem miseczki

Trzynastocentymetrowa — taka właśnie jest miseczka, która ustanowiła rekord bliski 28 mln USD (96,5 mln zł). Uczestnicy aukcji byli poczytalni

Wygłodniałe w obliczu podobnych wiadomości media nie zdołały wyjawić nawet nieśmiałej próby częstowania uczestników aukcji ciężkimi narkotykami. Z niebieską miseczką należy mierzyć się więc równie poważnie, co na przykład z zabazgranym zeszytem wartym niecałe 633 tys. GBP (3 mln zł) — razem tworzą noworoczny duet kuriozalnych aktywów, które w 2017 r. gładko upłynniły dwa czołowe domy aukcyjne.

TY TU URZĄDZISZ:
Zobacz więcej

TY TU URZĄDZISZ:

KEA? Chińska ceramika z okresu dynastii Song szybko przywodzi takie skojarzenia, dobitnie pokazując, że wyprzedziła naszą nowoczesność o tysiąclecie. Cena naczynia do płukania pędzli ustanowiła na aukcji światowy rekord blisko 28 mln USD. SOTHEBY’S

Inwestor, który w taki element zastawy nie zaopatrzyłby się, nawet gdyby szwedzka sieć oferowała go w promocji, nie musi przy tym odrzucać oczywistych skojarzeń, bo rynek sztuki ma dla niego niespodziankę: miska wygląda jak z przeceny i właśnie z tego powodu należała się za nią równowartość karaibskiej posiadłości Donalda Trumpa.

Masz déją vu

W związku z tym, że w podejrzanym duecie zeszyt osiągnął jednak wyraźnie niższą stawkę, warto na początku dać się olśnić nocie katalogowej trzynastocentymetrowej ceramicznej zagadki. Czego trudno się spodziewać, patrząc mniej litościwym okiem, dom aukcyjny Sotheby’s opisał miskę należycie wylewnie, a więc na kilka kartek.

W samym wstępie dowiadujemy się, że obiekt nazywa się „Ru ‚Ice Crackle’ Brush Washer”, przy czym jedyny przykrótki wyraz w tym zestawie nie wywodzi się z ojczyzny IKEA, tylko z Państwa Środka. Mizernie płytkie naczynie usiane podszkliwnymi spękaniami służyło do płukania pędzli z atramentu — komu?

Nie wiadomo, ale nienarzucający się wyraz „Ru” może sporo wyjaśnić, bo dotyczy skromnej serii ceramiki powstałej w okresie niespełna 20 lat na specjalne zamówienie dworu dynastii Song. Nigdy przedtem tamtejsza wierchuszka nie miała kompletu naczyń wykonanego na żądanie, a z całego kruchego zbioru ocalało nie więcej niż stu ceramicznych świadków — sprzed prawie tysiąca lat, bo tyle miska do płukania pędzla musiała czekać na ubiegłoroczną licytację. Sprawa byłaby zamknięta na przerdzewiałą kłódkę, gdyby sama starość miała rozwiewać wątpliwości narosłe wokół aukcyjnej stawki, dlatego właśnie teraz warto powrócić myślami do IKEA, na parter.

Gdyby inwestor miał jakimś jednym określeniem opisać regał z jednokolorowymi, ubogo geometrycznymi naczyniami, powiedziałby pewnie, że są nowoczesne — ascetyczne, nieudziwnione, modnie skandynawskie. Bez wymalowanych pąków ani złotej obwódki, która zerwałaby z pałacowym rodowodem po pierwszej wizycie w zmywarce. Jeśli więc tak wyobrażamy sobie postępowość — przez dążenie do odarcia z babcinych dekoracji — musimy przyjąć do wiadomości, że dynastia Song wyprzedziła nas w tym odważnym wzornictwie o tysiąclecie.

Chińska ceramika bywała przecież dekorowana z większym rozmachem znacznie wcześniej, natomiast wąska seria na zamówienie dworu miała być, jak wtedy pisano, „niewyraźnym błękitem nieba, przebijającego się spomiędzy chmur po deszczu”. Brak wymalowanych kwiatów czytać trzeba więc nie jako nieumiejętność, tylko nowoczesność, czegokolwiek ten termin nie miałby już oznaczać.

Śniadanie w cenie

Mleczno-turkusowe dno naczynia szczelnie pokrywa migotliwa siateczka nierównych spękań, którą uznano za wystarczająco godną dekorację, tym bardziej że efekt przypominający załamujące światło minerały powstał przez zupełny przypadek.

Wypalając i studząc kolejne szkliwione elementy, nie można było uzyskiwać jednakowego wykończenia wedle zachcianek, dlatego niepozorna struktura popękanej warstewki lodu jest na tym „błękicie nieba” prawdziwym, niewymuszonym przez krytyków unikatem. Pomimo przejść kolorystycznych, subtelnych jak na skrzydle leśnego gołębia, oszczędność środków nie tylko osławiła miseczki i wazy, ale też przyczyniła się do ich cichych, nieopłakanych zniknięć.

Przetrząsając różne muzealne magazyny, może i dało się natrafić na element tej surowej kolekcji, ale trudno zakładać, że przed rozgromionym rekordem z aukcji komuś drżałaby ręka, wyrzucająca skarb do niebieskiego jak niebo worka. Przy całym ładunku historii, jaki zamyka w swoich trzynastu centymetrach chińska miska, drugi obiekt z noworocznego duetu może tylko pokazać, jak płytkie korzenie ma popularna kultura Zachodu. Zbiór papierów, sprzedany w ubiegłym roku za kilkaset tysięcy funtów oglądało wcześniej 12 tys. tłoczących się w galerii widzów, każdy z zakleszczonym w palcach smartfonem — bo mowa o scenariuszu „Śniadania u Tiffany’ego”, na którym odręczne notatki sporządziła szczupła dłoń Audrey Hepburn.

Cena uzyskana na aukcji przebiła dolną granicę estymacji ponad dziesięć razy, ustanawiając aukcyjny rekord za jakikolwiek scenariusz. Poprzedniego przez kilkanaście lat strzegł „Ojciec chrzestny”, tyle tylko, że robocze zapiski Marlona Brando okazały się kilkakrotnie tańsze w nierównym starciu z czarną suknią, sznurami pereł i bułką zagryzaną przed oknem wystawy. Krótko po licytacji do mediów przedarła się wiadomość, że właśnie za tę umowną witrynę trafi wartościowy scenariusz, bo najwyższą cenę zaoferowała za niego firma jubilerska Tiffany. Koło regularne jak perełka z szyi Audrey Hepburn i jak miska do płukania pędzla z atramentu — zatoczone jak zwykle na czas nieokreślony. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Nie kieruj się rozmiarem miseczki