CZYTAJ O NAJNOWSZYCH PLANACH DOMARECKIEGO - CHCE KUPIĆ POLSKIE KOPALNIE >>

Prezes (tak go nazywają wszyscy), a właściwie przewodniczący rady nadzorczej Seleny FM, przynosi na spotkanie jedno ważne „coś”. Autorski pomysł na tekst o sobie. Prawnik, ale przede wszystkim filozof z wykształcenia i zamiłowania, wizję ma zdecydowanie nielifestylową. Dokładnie sprawę przemyślał, rozważył wszystkie za i przeciw, używając wypracowanego na filozofii aparatu analizy.
— Przez ostatnią dekadę kilkoro dziennikarzy chronologicznie opisało skąd się wziąłem. Że zaczęło się od studiów prawniczych, następnie filozoficznych, potem były Indie, sprowadzane komputery itp., itd. I teraz pytania są takie: czy w drugiej dekadzie XXI wieku wracanie do początków biznesu sprzed niemal 30 lat ma sens? Czy historia mojej kariery będzie wartością dla czytelnika?
Czy może wartość artykułu będzie polegała tym, że ludzie, którzy coś w biznesie zbudowali, pokażą, w jaki sposób myślą o Polsce i o świecie, co zamierzają robić przez najbliższe 10-15 lat. Jak zamierzają inspirować siebie i innych, jak zmienia się ekonomia wokół nas. Może lepiej wyciągnąć coś twórczego od biznesu? — prowokuje Krzysztof Domarecki.
Siedzimy w fabryce kleju w Dzierżoniowie na południe od Wrocławia. Na zewnątrz hula mroźny wiatr, Góry Sowie chowają się w ciemnościach. Dobra pora na filozoficzne dysputy. Dziennikarska próba narzucenia własnej narracji,zawierającej jednak wątki biograficzne, kończy się ciętą ripostą: — Aha, a więc mamy swoją sztampę...
Talent z Bombaju
Po kilkugodzinnej rozmowie ukazuje się Krzysztof Domarecki w pełnej krasie: zawsze chętny do dyskusji, zaprawiony w bojach, imponujący żelazną logiką wypowiedzi. Nie złośliwy, ale przekonany, że warto prowokować — w imię dociekania prawdy. Coś o tym wie, bo już przed niemal trzema dekadami w hinduskiej świątyni w okolicach Bombaju dyskutował dniami i nocami z tamtejszymi mistrzami duchowymi, a także intelektualistami. Koniec końców prezes daje się namówić na uzupełnienie pewnych wątków w biografii — wyjaśnia zatem, że wbrew temu co o nim napisano nie czytał hinduskich ksiąg w oryginale. Nie miał też leciwego forda mondeo, lecz mercedesa.
Ale znów — to przyziemne, banalne sprawy. Żeby jednak nie było: ten wrocławski biznesmen nie wyłonił się niczym Afrodyta z morskiej piany, zachwycając publikę swym talentem. Korzenie ma w PRL, to w latach 80. ten 54-latek startował z biznesem. Wtedy rodziły się podwaliny Seleny, globalnego producenta i dystrybutora chemii budowlanej. Dziś spółka ma ponad miliard złotych przychodów rocznie, wielomilionowe zyski, a jej giełdowa wycena oscyluje wokół 220 mln zł. Tylko pakiet akcji należący do Krzysztofa Domareckiego wart jest 180 mln zł. Dużo? Nieważne. Nie o tym ma być artykuł.
Oko na Erewań
W narastającym kryzysie leninowskie pytanie narzuca się samo: szto diełat, co robić, dokąd iść? Po krótkiej pauzie wrocławianin wygłasza dobrze przemyślaną, wewnętrznie przedyskutowaną opinię.
— Czy się prowadzi stragan, czy handel powiatowy, albo i spółkę ogólnopolską, zawsze podpowiadam: szukajcie inspiracji poza krajem. Obecna łatwość podróżowania, znajdywania się w różnych ciekawych miejscach, wśród drobnych, ale kreatywnych przedsiębiorców, otwiera nowe możliwości. Miliony
Podróżujcie!
Krzysztof Domarecki ma jedną radę zarówno dla właścicieli straganów, jak i szefów ogólnopolskich spółek: szukanie inspiracji poza Polską. On sam z każdej wyprawy do Stanów Zjednoczonych przywoził po 20 pomysłów na biznes.
Między słowami przewija się ukryty przekaz — dobry przedsiębiorca nie musi przez całą dobę myśleć o interesach, rozgrywkach na giełdzie, szachowaniu rywali. Dobry biznesmen może być uduchowiony, bogate życie wewnętrzne ubogaca bowiem bogatego. Metafizyczna strona biznesu daje więcej frajdy niż materialna.
— Nie konsumuję swego sukcesu finansowego. To przemyślana postawa — można być albo twórcą, albo konsumentem — mówi prezes, wychylając głowę zza ekranu zwyczajnego laptopa. Takiego bez owocowego logo. Dom ma, samochód ma, podróżuje, ale nie opływa w luksusy. Pieniądze nigdy nie były celem samym w sobie.
— Albo skupiamy się na dominującym w nas konsumeryzmie i chcemy więcej i więcej, albo tworzymy. Bo czymże innym jest bycie przedsiębiorcą jak nie codzienną kreacją? Moje praktyczne doświadczenie pokazuje, że twórca biznesowy ma ciekawsze życie, szkoda więc czasu na konsumpcję. To nie daje mi takiej przyjemności. Przy czym rozumiem czyjąś frajdę z uzupełnienia garażu o 27. limuzynę. Sam wolę książkę poczytać. W domowym gabinecie mam dwie ściany wypełnione półkami — mówi.
Prawda bez iPada
Co czasem robią w nocy tacy jak on filozofowie biznesu, gdy giełda śpi, a maszyny stoją? Nie liczą utargu. Wpatrują się w niebo. I z tego wpatrywania też wypływają życiowe prawdy.
Zresztą Selena nosi stygmaty astronomicznej fascynacji Krzysztofa Domareckiego, od nazwy poczynając. Nie wzięła się bynajmniej od meksykańskiej pieśniarki, lecz od bogini Księżyca, której historię Krzysztof Domarecki poznał podczas podróży na Kaukaz. Sztandarowy produkt — Tytan? No cóż, przecież Selena należała do pokolenia olbrzymów zwanych tytanami. Dodajmy do tego zakłady produkcyjne Libra lub Carina (nazwy gwiazdozbiorów) i jasne jak słońce, że podglądanie kosmosu to dla prezesa coś więcej niż weekendowa pasja.
— Miałem szczęście, bo rodzice rozwijali we mnie ciekawość świata. Od dziecka patrzę w niebo, z mamą potrafiliśmy długo wieczorami rozmawiać o wszechświecie. Stąd wzięło się moje zamiłowanie do literatury science fiction, na maturze dodatkowo zażyczyłem sobie egzamin z astronomii. Dziś ja wychowuję synów, także za pomocą teleskopu — zaznacza twórca Seleny.
Nie mógł zatem przegapić zeszłorocznego przejścia Wenus przed tarczą Słońca. Bladym świtem razem z synem rozstawili teleskop na zboczu nieopodal domu. I doświadczyli czegoś, czego nie da się zobaczyć na filmach, ani zdjęciach NASA. Dotknęli prawdy, takiej nie z iPada.
— Jaka to prawda? By panu wyjaśnić, potrzebuję rekwizytów — mówi Krzysztof Domarecki i już ustawia wizualizację: ściana jest Kosmosem, tablica robi za Słońce, statyw od aparatu za Wenus, a krzesło za pasmo gór. No i stół, miasto u podnóża szczytów.
— Przejście Wenus obserwowane na własne oczy to chwila, w której w sposób fizyczny, namacalny, zachwycający widać trójwymiarowość Układu Słonecznego. Takie 3D na żywo — emocjonuje się wrocławski przedsiębiorca, poruszając scenografią. Świetnie, ale dlaczego to ważne filozoficznie, tym bardziej w kontekście biznesowym?
— Właśnie. W serwisach internetowych było przecież mnóstwo fantastycznych zdjęć z tego wydarzenia, technicznie lepszych niż to, co widziałem przez oko lunety. Ale żadne nie dawało zapierającego dech w piersiach poczucia głębi — przekonuje Krzysztof Domarecki. I w ćwiczeniu intelektualnym idzie o dwa kroki dalej.
— Teraz użyjmy narzędzi filozoficznych do wyciągnięcia wniosków. Jeżeli wszyscy będziemy się uczyć świata z internetu, to nie zrozumiemy otaczającej nas rzeczywistości realnej. W związku z tym będzie nam można wcisnąć dowolny kit — kwituje.
Na koniec odwołuje się do siły filozofii greckiej (idei konstruowanych w oparciu o fizyczny kontakt ze światem), formułując apel: jeśli budować siłę ducha ludzkiego — tak potrzebnego w biznesie — to odkrywając prawdę. Niekoniecznie wirtualną, odbitą w krzywym zwierciadle.
Owoce 3.0
Uff… Pora znów ściągnąć Krzysztofa Domareckiego na Ziemię pytaniem o powody jego rezygnacji z prezesury w Selenie i przejścia do rady nadzorczej spółki.
Czyżby emerytura? Skądże — raczej powrót do biznesowych początków związanych z nowymi technologiami. Tym razem w roli inwestora. — Nie można przez całe życie robić tego samego, prawda? Wciąż wspieram zarząd Seleny, ale pracuję przy tym nad własnymi projektami. Interesuję się nowymi technologiami, informatyką. Inwestuję w spółki z tego segmentu jako osoba prywatna i inwestor w funduszu, którego nazwy jeszcze nie zdradzę. Na celowniku mam m.in. spółki biotechnologiczne oraz te z segmentu web 3.0. Szukam czegoś z potencjałem do wystrzelenia niczym CD Projekt — mówi.
A Selena? Wciąż śni o globalnej potędze, lecz na jawie dogonił ją kryzys. Krzysztof Domarecki nie ukrywa, że spowolnienie w branży budowlanej powoduje, że firma (mająca 7 fabryk poza granicami Polski, sprzedająca Tytana w 70 krajach) złapała ponadplanowe opóźnienie. Nie jest pewne, czy w 2020 r., po dwóch dekadach budowy globalnego zasięgu, polska spółka będzie tam, gdzie cel wyznaczył jej założyciel.
Libra. Nowoczesna fabryka klejów w Dzierżoniowie wzięła nazwę od mało rozległego, ale dość dobrze widocznego gwiazdozbioru zodiakalnego Wagi (Libra) na południowej półkuli nieba. Taki wybór to dowód, że podglądanie kosmosu jest dla Krzysztofa Domareckiego czymś więcej niż weekendową pasją.
— Wytyczne pozostają te same. Chcemy zbudować średniej wielkości firmę działającą globalnie z centralą w Polsce. Co jest naszą największą bolączką? Brak unikalności produktów. Wciąż pracujemy nad rozwiązaniami mogącymi się stać światowymi hitami. Na to potrzeba lat. Technologia w naszej branży ewoluuje bardzo powoli, marketing zaś działa w ograniczonym zakresie. Dla budowlańca coś jest dobre lub nie, opakowanie, marka nie mają za wiele do powiedzenia. Liczy się praktyczny rezultat — wyjaśnia twórca koncernu. Seleny radzi nie skreślać. Od kilku miesięcy spółka skutecznie poprawia rentowność, także dzięki cięciom kosztów.
— Będzie jak z pana tekstem, po owocach ich poznacie — uśmiecha się Krzysztof Domarecki. Dyskretnym ruchem wyłącza ukryty w konferencyjnym stole przedłużacz. Ot, biznesowy filozof w pracy. &
