Niskie ceny psują rynek
Właściciele tablic łamią własne zasady
Z TANIMI ŁATWIEJ: Często przy załatwianiu miejsca pojawia się problem własności terenu. Z takimi trudnościami najczęściej borykamy się w Warszawie. Przy billboardach, których rozmontowywanie nie jest kosztowne, jakoś sobie radzimy. Gorzej będzie z drogimi, podświetlanymi reklamami — tłumaczy Marek Kuzaka. fot. Małgorzata Pstrągowska
Wśród firm zajmujących się reklamą zewnętrzną narastają konflikty. Sąd koleżeński działający przy Stowarzyszeniu Reklamy Zewnętrznej nie narzeka na brak pracy.
Najczęstszą przyczyną nieporozumień jest nieprzestrzeganie umownej odległości między billboardami poszczególnych firm.
— Firmy zazwyczaj skarżą się, że tablica konkurencji wisi na ich terenie. Jeżeli rzeczywiście nie jest zachowana odległość 25 metrów, to firmę, która „dowiesiła” się jako druga prosi się o demontaż reklamy — wyjaśnia Marek Kuzaka, wiceprezes Europlakatu.
Choć firmy nie są zobligowane do przestrzegania orzeczeń sądu koleżeńskiego, robią to.
Wszyscy w centrum
Zostało jeszcze dużo miejsca do wykorzystania przez reklamę zewnętrzną. Reklamodawca z reguły chce, aby większość wynajmowanych przez niego billboardów była w centrum. Tymczasem tam powierzchnie zostały już zagospodarowane. Niektóre firmy i z tym sobie radzą
— Zdarzają się skargi, że konkurencja podkupuje zajęty obszar. Gdy umowa z właścicielem jest odnawiana, to w czasie negocjacji pojawia się ktoś, kto proponuje wyższą cenę — mówi Lech Kaczoń, dyrektor Outdoor Promocja Plakatu, prezes Stowarzyszenia Reklamy Zewnętrznej (SRZ).
Walka o miejsce widoczna jest też przy pozyskiwaniu nowych powierzchni. Firmy przebijają swoje ceny.
— Można konkurować co do ceny za miejsce. Jest to wydatek jednorazowy. Nie należy jednak bez opamiętania podnosić opłaty czynszowej. Jest to podcinanie gałęzi, na której siedzą wszystkie firmy — twierdzi Marek Kuzaka z Europlakatu.
Powolne władze
Sytuacja w branży staje się coraz trudniejsza. Wiele zależy od władz miast. To one wydają zgody na ustawienie billboardów.
— Władze popadają w skrajności. Albo w ogóle nie wydają pozwoleń, albo dają nam pełną swobodę w tym względzie — wyjaśnia Lech Kaczoń.
Firmy podkreślają, że wszystko zależy od specyfiki miasta. Według Marka Kuzaki najgorzej współpracuje się z Wrocławiem.
— Miasto prowadzi tam praktykę monopolistyczną. Chce, by jak najwięcej tablic powstało na ich terenie i dlatego nie wyraża zgody na zainstalowanie billboardów na terenach prywatnych — wyjaśnia Marek Kuzaka.
Firmy skarżą się na powolne działanie władz.
— Składamy wnioski. Na odpowiedź nie możemy jednak czekać w nieskończoność. Gdy nie dostajemy jej, to po prostu ustawiamy tablice. Zwykle dopiero wtedy odzywają się urzędnicy —tłumaczy Marek Kuzaka.
Według niego, w Warszawie niektóre rzeczy uchodzą uwagi władz.
— Gdybyśmy chcieli rygorystycznie przestrzegać prawa, to inna firma zajęłaby nam miejsce. Trzeba podporządkować się regułom obowiązującym na rynku — dodaje Marek Kuzaka.
Oprócz miejsca firmy muszą pozyskać również klienta. Prowadzą ostrą batalię. Według Lecha Kaczonia, branży szkodzi nadmierne obniżanie cen na powierzchnię reklamową. Przyznaje, że kiedyś firmy należące do SRZ ustalały ceny minimalne. Nie były one przestrzegane. Dlatego teraz nawet nie próbuje się tego robić.